2 czerwca 2013

[Recenzja] Judas Priest - "Sad Wings of Destiny" (1976)



"Sad Wings of Destiny" ukazał się półtora roku po debiutanckim "Rocka Rolla". Zespół przez ten czas poczynił znaczne postępy. Brzmienie wciąż jest typowe dla hard rocka lat 70., całość cechuje umiarkowany eklektyzm, ale wiele kompozycji stanowi wyraźną zapowiedź stylistyki Judas Priest z następnej dekady. Wpływy innych wykonawców wciąż są słyszalne, czasem bardzo nachalnie, ale pojawiają się pewne elementy nadające rozpoznawalności. Przede wszystkim w warstwie wokalnej - Rob Halford już w pełni wykorzystuje swoje możliwości, nie unikając bardzo wysokich (i bardzo drażniących) tonów. Kolejnym ważnym elementem są gitarowe solówki duetu K.K. Downing / Glenn Tipton, choć sam pomysł na dwie gitary solowe był już wcześniej stosowany przez inne zespoły, jak The Allman Brothers Band, Wishbone Ash czy Thin Lizzy.

Na albumie dominują rozpędzone, ciężkie kawałki w rodzaju "Tyrant", "The Ripper" i "Deceiver". To właśnie one są najwyraźniejszą zapowiedzią późniejszych, najsłynniejszych dokonań zespołu. Ale są tutaj też nagrania innego typu. Rozbudowany "Victim of Changes" przypomina o korzeniach zespołu, słychać bluesowe naleciałości, a przez dłuższy czas nawet ewidentną zrzynkę z zeppelinowego "Black Dog". W środku pojawia się klimatyczna balladowa wstawka. Łagodniejszych momentów na longplayu zresztą nie brakuje. "Dreamer Deceiver" to klasyczna rockowa ballada z pokazującym swoją wszechstronność Halfordem oraz z długim gitarowym popisem. Dziwić mogą natomiast dwa kawałki z akompaniamentem Tiptona na klawiszach. O ile "Prelude" to tylko miniaturka pełniąca rolę introdukcji, tak "Epitaph" jest już pełnoprawnym utworem, przypominającym twórczość Queen. Broni się, jeśli traktować go w kategorii pastiszu i muzycznego żartu, ale w żadnym innym wypadku.

Według okładki oryginalnego wydania winylowego, pierwsza strona albumu zawiera utwory od "Prelude" do "Island of Domination", a druga - od "Victim of Changes" do "Deceiver". Na płycie jednak ta druga została oznaczona literą "A", a pierwsza - "B". Ta ewidentna pomyłka (bo tytuł "Prelude" wyraźnie sugeruje, że to od niego powinno wszystko się zaczynać) doprowadziła niestety do tego, że większość kompaktowych wznowień zaczyna się od "Victim of Changes", a kończy na "Island of Domination". A skoro już mowa o błędach, to warto też dodać, że utwór "The Ripper" jest wyraźnie głośniejszy od pozostałych (przynajmniej na moim winylowym wydaniu).

Nietrudno zrozumieć dlaczego "Sad Wings of Destiny" cieszy się ogromną popularnością wśród wielbicieli ciężkich brzmień. Jeśli ktoś od muzyki oczekuje głównie sporej dawki energii oraz mnóstwa ciężkich riffów i ostrych, przeplatających się lub granych unisono solówek, to tutaj dostanie to wszystko w potężnej dawce. Wykonanie jest bardzo sprawne, a same kompozycje są na pewno lepsze od tych z debiutu - bardziej dopracowane, bardziej charakterystyczne. A z drugiej strony może razić ilość zapożyczeń od innych wykonawców, czasem wręcz na granicy plagiatu. Co jednak najgorsze, pojawia się tutaj już trochę heavymetalowego kiczu i sztampy, szczególnie w kawałkach "Tyrant" i "The Ripper". 

Ocena: 7/10



Judas Priest - "Sad Wings of Destiny" (1976)

1. Prelude; 2. Tyrant; 3. Genocide; 4. Epitaph; 5. Island of Domination; 6. Victim of Changes; 7. The Ripper; 8. Dreamer Deceiver; 9. Deceiver

Skład: Rob Halford - wokal; K.K. Downing - gitara; Glenn Tipton - gitara, instr. klawiszowe; Ian Hill - bass, gitara; Alan Moore - perkusja
Producent: Jeffery Calvert, Max West i Judas Priest


10 komentarzy:

  1. Żaden tam "Sin After Sin" - to jest (moim zdaniem oczywiście) najlepszy album Priestów. Ogromny kok do przodu względem "Rocka Rolla". Konkretny, mocny, a przy tym różnorodny. Czuć tę świeżość w całym materiale. "Prelude" i "Epitaph" są po prostu piękne. "Dreamer Deceiver" też lubię, ale czasem lekko mi się dłuży. Poza tym same ostre wymiatacze typu "The Ripper" czy "Tyrant", które bardzo lubię.

    Dziwi mnie ta zmiana tracklisty. Częściej słuchałem go w wersji od "Victim of Changes", ale niewątpliwie to "Prelude" powinien go otwierać. Z kilku powodów. To świetne wprowadzenie do reszty materiału, a poza tym w drugiej wersji album zaczyna się od najlepszego utworu z całości ("Victim of Changes"), w sumie jeszcze lepiej by było, gdyby umieszczono go na końcu.

    Poza tym ten album to jeden wielki popis możliwości wokalnych Roba Halforda, który robi tu mistrzowską robotę. Kiedyś mocno krytykowałeś jego wokal, a jak jest obecnie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zmieniłem zdania. Jeden z najbardziej irytujących wokalistów.

      Usuń
  2. No prosę, nigdy nie sądziłem, że jakiś album Judas Priest będzie miał ocenę nie niższą od "największych" "dzieł" Iron Maiden. Aczkolwiek, chyba podobny poziom prezentował tylko kolejny album JP? Tak coś kojarzę z recenzji. To chyba Sin after Sin? Więc wyższa ocena dla Halforda nie padnie.

    Niemniej moją uwagę przykuwa już drugi raz - akapit, który zawiera pewne ukąsy wobec słuchaczy takiej muzyki. W "rock n rolla" mówisz niemal bez ogródek, że to jest zespół z gatunku "dla muzycznych kałmuków" (innymi słowami, ale wszyscy wiemy, że o to chodzi), tutaj też mam wrażenie, że wymieniasz w ostatnim akapicie, te elementy, które cechują prostacki heavy metal, jaki Ty zdążyłeś przez lata znielubić i pozbyć się wobec niego sentymentów i kwitujesz, że album ten jest czymś właśnie dla lubiących takie rozwiązania.

    Odsyłam Cię też do akapitu wstępnego z Powerslave, gdzie też dajesz bez opierniczania się prztyczki wielbicielom takiego grania.

    Ps. jakiś czas temu skomentowałem megaambitny "Hot Rats" i jestem trochę zawiedziony, że się do tego nie ustosunkowałeś. W końcu to nie Metallica dla gimbusów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Sin After Sin" zawsze uważałem za lepszy z tej najlepszej dwójki.

      W recenzji "Powerslave" nie ma mowy o wielbicielach konkretnej stylistyki, tylko o ludziach mających tak wąskie muzyczne horyzonty, że na siłę wyszukują pozytywów na każdym albumie z lubianego przez nich stylu. Fragment z recenzji "Rocka Rolla" również może dotyczyć fanów dowolnego rodzaju muzyki ograniczających się tylko do niego. A w powyższej recenzji tylko wymieniam elementy, które zachwycają miłośników takiego grania. Nie trzeba wszędzie doszukiwać się drugiego dna.

      Nie uważam, żeby komentarz spod "Hot Rats" wymagał odpowiedzi. Swoją opinię o tym albumie wyraziłem już w recenzji.

      Usuń
    2. Tak czy siak w recenzjach tych mniej ambitnych wykonawców (często tych, których sam niegdyś słuchałeś) niejednokrotnie dziugasz słuchaczy, którzy siedzą w jednym gatunku i nie chcą wyjść poza strefę komfortu. W którymś Thin Lizzy też się im dostało.

      Usuń
    3. Może ktoś dzięki temu zmieni swoje podejście do muzyki albo się obrazi i przestanie tu zaglądać. W obu przypadkach będę zadowolony, bo chcę pisać dla osób czujących potrzebę muzycznego rozwoju, a nie dla tych, które tylko szukają potwierdzenia, że ich gust jest najlepszy i marudzą, że recenzuję jakieś jazzy, zamiast wtórnych kapel rockowych. W sumie już dawno nikt taki tu nie komentował ;)

      Usuń
  3. Komentował, tylko się nie wychylał - aczkolwiek nie tyle chciałbym potwierdzenia że wtórne rockowe kapele są najlepsze (bo nie są - ba, nawet ich już nie słucham) co poczytałbym ostre pomyje na takie zespoły - ktoś pytał o Bush? Kopiści pierwszej wody, jak komuś podobała się Nirvana to mógł ich lubić, nawet bardzo, ale z tego też się wyrasta (mam nadzieję)- możesz opisać i zjechać. Tyle dobrego jazzu -życia nie starczy by to wszystko posłuchać więcej niż tylko raz, w celu odhaczenia na RYMie. A co do Twoich mało pochlebnych recenzji Rush, Iron Maiden, Scorpions i powyższych, cóż, znam dwie fanki, które regularnie bywają na ich koncertach... I nie są to gimbusiary ani starsze Panie które za młodu doznawały przy Number Of The Beast.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zjechanie wykonawcy, o którym praktycznie nikt już nie pamięta, to strata czasu. Najpierw ~40 minut gwałcenia uszu jakimś gównem, a potem drugie tyle pisania, które sprowadzałoby się do tego, że nie warto o tym pamiętać? Mogę w tym czasie poznać coś wartościowszego i napisać recenzję czegoś zasługującego na przypomnienie. A takich albumów w kolejce czeka mnóstwo.

      Nie słucham przecież muzyki w celu odhaczenia na RYMie, wracam do tego, co jest tego warte, czy to przy okazji dogłębniejszego poznania przed zrecenzowaniem, czy już dla samej przyjemności.

      Tylko co ma wiek do rzeczy? Jak ktoś nie czuje potrzeby muzycznego rozwoju, to nie wyrośnie z takiej muzyki. A sentyment nie jest zarezerwowany tylko dla starszych ludzi.

      Usuń
  4. Czyli teraz piszesz tylko w celu polecania czegoś wartościowego?

    Całymi dniami siedzisz i słuchasz muzyki, czy jak? Codziennie albo co drugi dzień wrzucasz na RYM ok 3-4 albumy, zdarza się że 7 - to kiedy jeszcze wracasz, do tego co Ci się podobało?

    Odhaczenie na rymie w celu zaznaczenia - "to już przesłuchałem, można iść dalej", a nie podbijania statystyk. Tych płyt są takie ilości, że nie katalogowanie tego sprawaiłoby, że słuchanie muzyki zmieniłoby się w syzyfowe zajęcie.

    Wiek, w sumie nie ma to już znaczenia, bo skojarzyłem, że wspominałeś że już dzielisz z kimś budżet.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak. Oraz sprostowania starych recenzji.

      Nie cały czas, ale zwykle czegoś słucham gdy jestem w domu, czasem poza nim. Głównie tego, czego jeszcze nie znam lub jestem w trakcie lepszego poznawania. Na wracanie do ulubionych płyt nie zostaje wiele czasu, czasem przez cały tydzień gramofon odpoczywa.

      To nie jest takie proste. Te pierwsze przesłuchania to tak naprawdę selekcja na trzy grupy (niekoniecznie odpowiadające konkretnym ocenom):
      1) albumy, do których na pewno będę co jakiś czas wracał, żeby oswoić się z nimi przed napisaniem recenzji;
      2) albumy, którym kiedyś dam kolejną szansę, bo słychać jakiś potencjał i może powinny być w pierwszej kategorii;
      3) albumy, których nie chcę przez pomyłkę znów usłyszeć.

      Akapit o wieku odnosił się do Twoich dwóch znajomych, nie wiem co ma do tego mój budżet.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.