4 maja 2013

[Recenzja] Queen - "Innuendo" (1991)



"Innuendo" to album cieszący się niezwykłym uznaniem wśród fanów Queen i muzycznych krytyków. Taki, z którego wielkością i geniuszem nie wypada polemizować. Związane jest to oczywiście z dramatycznymi okolicznościami jego powstania. Freddie Mercury, świadomy swojej choroby i zbliżającej się śmierci, intensywnie rejestrował partie wokalne, by zespół mógł ukończyć ten album (ostatecznie zdołał nagrać ich tyle, że wystarczyło na dwa wydawnictwa). Wokalista zmarł 24 listopada 1991 roku, niespełna rok po lutowej premierze "Innuendo".

Ciekawe jednak, jaki byłby odbiór tego longplaya, gdyby nie ta cała sytuacja. Gdyby Mercury wciąż żył (lub zmarł kilka lat później) i nagrał z zespołem jeszcze parę płyt. Raczej mniej entuzjastyczny. Na pewno nie miałby tak silnego oddziaływania emocjonalnego. Nikt nie musiałby się obawiać posądzania o ignorancję przy próbie wskazania jego ewidentnych wad i niedociągnięć. A tych tu nie brakuje, podobnie jak na poprzedzających go wydawnictwach (w ich przypadku jednak nikt nie powstrzymuje się przed mówieniem o nich otwarcie). Właściwie można zarzucić mu to samo, co poprzedniemu w dyskografii "The Miracle". Brzmienie jest tak samo zepsute tandetnymi syntezatorami, które nie tylko zestarzały się z biegiem lat, ale już w chwili wydania albumu były archaizmem - 1991 rok to już przecież czas wielkiej popularności grunge'u, gdy do łask wróciło bardziej surowe granie. Muzycy najwyraźniej zupełnie nie odnotowali tych zmian. Drugim problemem są same kompozycje (znów podpisane wspólnie przez cały zespół), które boleśnie przypominają, że muzycy wypalili się twórczo dobrych parę lat wcześniej.

Rozrzut stylistyczny, jak zwykle, jest spory. Wydawnictwo jest jednak w miarę spójne za sprawą brzmienia i ogólnego klimatu. Choć zdarzają się kawałki sprawiające wrażenie, jakby znalazły się tu przypadkiem. Dotyczy to przede wszystkim hardrockowych "Headlong" i "The Hitman" - oba wypadają strasznie sztampowo i banalnie - oraz głupkowatego "I Can't Live with You", który jest nieznośnie kiczowaty i chaotyczny (pierwszy i ostatni z tych kawałków, miały pierwotnie trafić na solowy album Briana Maya, co niejako tłumaczy dlaczego tu nie pasują). Większość pozostałych nagrań wcale nie wypada dużo lepiej. Pseudo-operowe dziwactwo "All God's People" to nieudolna próba nawiązania do czasów "A Night at the Opera". Zupełnie bezbarwnymi kawałkami są natomiast "Don't Try So Hard" (z irytującymi falsetami Mercury'ego), "Ride the Wild Wing" i "These Are the Days of Our Lives". Ten ostatni stał się przebojem chyba wyłącznie dzięki osobistemu tekstowi wokalisty (wbrew powszechnej opinii, nie będący jego ostatnim). Pastiszowe "I'm Going Slightly Mad" i "Delilah" rażą natomiast okropnym brzmieniem syntezatorów. Imitowanie kociego miauczenia za pomocą gitary w tym drugim było fajnym pomysłem, tylko że zgapionym z utworu "Black Cat" Gentle Giant. Nie pierwszy raz May zapożyczył coś od tej grupy, nie rewanżując się choćby wzmianką o swojej inspiracji. "Bijou" to z kolei pretekst do gitarowego popisu Briana, niezbyt interesujący i zanadto przesłodzony syntezatorowym tłem.

Zostają jeszcze dwa najsłynniejsze utwory. Pierwszy i ostatni. Rozpoczynający album tytułowy "Innuendo" to jeden z najdłuższych i najbardziej złożonych utworów w repertuarze Queen i paradoksalnie jeden z największych brytyjskich przebojów grupy (obok "Bohemian Rhapsody" i "Under Pressure" - tylko te trzy single doszły tam na szczyt notowania). Pomijając sporą dawkę patosu, stanowi całkiem udane nawiązanie do wczesnych dokonań zespołu, a także... zeppelinowego "Kashmir". Gościnnie w utworze wystąpił gitarzysta Yes, Steve Howe, który zagrał akustyczne interludium w stylu flamenco. Finałowy "The Show Must Go On" to kolejny podniosły utwór, z popisową partią wokalną Mercury'ego, ale zepsuty pretensjonalnymi smyczkami z syntezatora i chóralnymi wokalami w końcówce. Wbrew pozorom, emocjonalny tekst został napisany przez Maya. Przy okazji nasuwa się pytanie, czy zespół celowo nie grał na emocjach fanów, by zapewnić sobie większe zyski. Trzeba jednak pamiętać, że dla muzyków był to bardzo trudny okres, więc jest zupełnie naturalne, że nie chcieli wtedy pisać o pierdołach. "Innuendo" i "The Show Must Go On" należą do najbardziej uwielbianych przez fanów utworów grupy. Ale choć na tle tego albumu faktycznie błyszczą, to raczej są to tylko nagrania na poziomie najlepszych z poprzedniej dekady, a nie tych z początku działalności zespołu.

"Innuendo" to album oceniany przez pryzmat dramatycznych wydarzeń i dwóch faktycznie dobrych - ale dalekich od doskonałości - przebojów. Pozostałe nagrania są już zdecydowanie słabsze, często zupełnie nijakie, a czasem po prostu fatalne. Taki "I Can't Live With You" wypada żenująco nawet na tle albumów zespołu z lat 80. Dziwne, jak bardzo wśród fanów różni się odbiór tamtych longplayów i "Innuendo", który różni się od nich głównie okolicznościami nagrywania.

Ocena: 5/10



Queen - "Innuendo" (1991)

1. Innuendo; 2. I'm Going Slightly Mad; 3. Headlong; 4. I Can't Live With You; 5. Don't Try So Hard; 6. Ride the Wild Wind; 7. All God's People; 8. These Are the Days of Our Lives; 9. Delilah; 10. The Hitman; 11. Bijou; 12. The Show Must Go On

Skład: Freddie Mercury - wokal i instr. klawiszowe; Brian May - gitara, instr. klawiszowe (3,4,12), dodatkowy wokal; John Deacon - bass; Roger Taylor - perkusja i instr. perkusyjne, instr. klawiszowe (6,8), dodatkowy wokal
Gościnnie: Steve Howe - gitara akustyczna (1); David Richards - instr. klawiszowe (4,8); Mike Moran - instr. klawiszowe (7)
Producent: Queen i David Richards


7 komentarzy:

  1. Dla mnie to szczególna płyta. Jedna z 5 najwybitniejszych w historii rocka. Zresztą chyba każdy fan Queen ma do niej wyjątkowy stosunek. Aż ściska za gardło jak slucha się tu Freddiego. Utwór tytułowy to arcydzieło a The Show Must go on swoją potęgą fenomenalnie zamyka album i jest jedynym w swoim rodzaju pożegnaniem z publicznością. Przy These Are the Days of Our Lives ciarki przechodzą po plecach. Krótkie solo Briana Maya dostarcza niesamowitych emocji.

    OdpowiedzUsuń
  2. mógłbyś podać jeszcze jakieś inne inspiracje jakie Brian May zaczerpnął od Gentle Giant ? (nie licząc God Save The Queen)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najsłynniejsza solówka Maya, z "Brighton Rock"/"Son and Daughter", wiele zawdzięcza tej z "Peel the Paint".

      Usuń
  3. Podoba mi się pana zdanie, dzięki panu potrafię mieć własne zdanie o muzyce a nie tylko to co przeczytam w recenzji.

    OdpowiedzUsuń
  4. Polemizowałbym: wczesna wersja tej solówki pojawiła się już w utworze "Blag" zespołu Smile (w którym grał wówczas May) na kilka lat przed wydaniem "Three Friends".

    Nagranie z 1969: khttps://www.youtube.com/watch?v=MNbbZpR7bY8

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie znałem tego nagrania, ale potwierdza moją teorię. Bo w tej wczesnej wersji nie słychać podobieństwa do "Peel the Paint". Dopiero w późniejszych doszły elementy z niego zapożyczone, w tym wykorzystanie efektu echa.

      Usuń
  5. Chociaż bardzo lubię Queen to muszę się zgodzić z tą recenzją. To nie jest tak wybitny album jak chciały by tego pewne media.Przez lata obrosl kultem na który miały wpływ okoliczności, to oczywiste.Niemniej jednak jest tam kilka dobrych utworów, a tytułowy i The Show Must Go On to nagrania wybitne.Może to właśnie dzięki nim ocena tego albumu jest tak wysoka.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.