10 maja 2013

[Recenzja] King Crimson - "Lizard" (1970)



Po wydaniu "In the Wake of Poseidon", Robert Fripp skompletował nowy skład King Crimson. Znaleźli się w nim dwaj muzycy, którzy wystąpili gościnnie na wspomnianym albumie - saksofonista Mel Collins i śpiewający basista Gordon Haskell - jak również nowy perkusista Andy McCulloch. Skład ten miał wyruszyć na wspólną trasę koncertową z zespołem Traffic, jednak w ostatniej chwili Fripp wycofał się z tego pomysłu. Zamiast tego, postanowił wejść do studia i przygotować materiał na trzeci album grupy. Po raz kolejny nie obyło się bez pomocy muzyków sesyjnych. Istotną rolę w nagraniach odegrał pianista Keith Tippett (znany już z poprzedniego albumu), a także sekcja dęta złożona z muzyków jego własnej grupy - Robina Millera, Marka Chariga i Nicka Evansa. W studiu pojawił się także Jon Anderson z Yes.

Cały materiał został skomponowany przez Frippa, a teksty tradycyjnie napisał Peter Sinfield. Album składa się z pięciu utworów - czterech krótszych na stronie A winylowego wydania i tytułowej suity zajmującej całą stronę B. Stanowią one rozwinięcie stylistyki znanej z poprzednich wydawnictw grupy, choć jednocześnie zespół zmierza tu w bardziej jazzowym kierunku. Utwory mają swobodne, jakby improwizowane struktury. Rozpoczynający album "Circus" jest świetnym wprowadzaniem do tego nowego oblicza King Crimson. Charakterystyczne elementy znane z poprzednich albumów - jak rozpoznawalna gitara Frippa, podniosłe brzmienie melotronu i mistrzowskie przechodzenie od ładnych melodii do cięższych i bardziej agresywnych dźwięków - wzbogacone są tutaj wyraźnie jazzowymi partiami dęciaków i pianina, oraz wspomnianą już, swobodą wykonania, która momentami sprawia wrażenie chaosu - jest to jednak w pełni kontrolowany chaos. Wspaniałe otwarcie, a jedyne, do czego mógłbym się przyczepić, to warstwa wokalna - Haskell nie ma niestety tak ciekawego i idealnie pasującego do stylu zespołu głosu, jak jego poprzednik, Greg Lake.

Kolejny na płycie "Indoor Games" przywołuje wyraźne skojarzenie z kompozycją "Cat Food" z poprzedniego albumu. To genialne połączenie groteski, chwytliwej melodii i porywającej gry instrumentalistów - zwraca uwagę świetna praca sekcji rytmicznej, a także jazzowe partie Collinsa i Tippetta. W nagraniu został użyty także syntezator, na którym zagrał Sinfield. "Happy Family" zawiera podobną dawkę groteski, a przy tym znacznie więcej w nim (poskromionego) chaosu, momentami ocierającego się o bardziej awangardowe formy jazzu. "Lady of the Dancing Water" dla odmiany jest subtelną, skromnie zaaranżowaną balladą w klimacie "I Talk to the Wind" i "Cascade and Cadence". Prosta, lecz przepiękna melodia czyni go najbardziej przystępnym fragmentem albumu. Tytułowy "Lizard" to natomiast wzorcowa progrockowa suita, pełna ciekawych zmian nastroju, oraz wspaniałych melodii i partii instrumentalnych. Utwór jest tym bardziej wyjątkowy, że zespół nigdy nie nagrał niczego podobnego. Warto też wspomnieć o wokalnym udziale Jona Andersona, który zaśpiewał pierwszą część suity - i choć nie znoszę jego głosu, muszę przyznać, że tutaj poradził sobie doskonale. Być może jest to nawet najlepsza partia wokalna w całej jego karierze.

"Lizard" jest jednym z najtrudniejszych w odbiorze albumów King Crimson, przez co nie cieszy się taką popularnością, jak kilka innych wydawnictw grupy. Sam potrzebowałem wielu lat, żeby go w końcu docenić. Nawet muzycy, którzy go nagrywali, mają o nim nienajlepsze zdanie. Robert Fripp uważa, że tylko niektóre z licznych pomysłów były udane, natomiast Gordon Haskell i Andy McCulloch w ogóle nie rozumieli muzyki zespołu i uważali ją za zbyt pretensjonalną (śmiech na końcu "Indoor Games" jest ponoć autentyczną reakcją Haskella na tekst tego utworu), w rezultacie czego obaj opuścili zespół wkrótce po nagraniach, zaprzepaszczając tym samym szansę na trasę promującą album. Niezależnie jednak od ich zdania, "Lizard" to wielkie dzieło.

Ocena: 9/10



King Crimson - "Lizard" (1970)

1. Cirkus; 2. Indoor Games; 3. Happy Family; 4. Lady of the Dancing Water; 5. Lizard

Skład: Gordon Haskell - wokal i bass; Robert Fripp - gitara i instr. klawiszowe; Mel Collins - saksofon i flet; Andy McCulloch - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Keith Tippett - pianino; Robin Miller - obój; Mark Charig - kornet; Nick Evans - puzon; Peter Sinfield - syntezator; Jon Anderson - wokal (5)
Producent: Robert Fripp i Peter Sinfield


21 komentarzy:

  1. Brawo panie Pawle nawet wbrew odczuciom muzyków tworzących ten album wysoka ocena z którą się absolutnie zgadzam . To tuż po debiucie mój najbardziej lubiany album King Crimson choć słucham go zdecydowanie częściej niż jedynki co i rusz odnajdując w nim nowe smaczki.Zaraziłem nim nawet paru swoich znajomych.Myślę że suita "Lizard" mimo udziału Andersona którego głosu podobnie jak Pan serdecznie nie cierpię (zresztą jak całego pompatycznego Yes)to najlepsza kompozycja w dorobku zespołu.

    OdpowiedzUsuń
  2. Lizard to zajebioza. Jaja w "Happy Family" są stokroć lepsze niż u Gente Giantów. Serio chyba ich nie polubię, bo ich muzyka na pierwszy rzut oka wydaje się przystępniejsza od tej na "Lizardzie". Ps. "Islands" ma dalej 8, a wczoraj mówiłeś, że podwyższyłeś oceny z 8 na 9. Chyba że tak ma być.

    Jeżeli to czerpiące z tego tytuł pisemko, periodyk, gazetka jest taka jak ta płyta - piszę się. Można to dostać stacjonarnie czy tylko przez internet?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gentle Giant nie jest przystępniejszy (bo gdyby był, to byś go łatwiej załapał, niż King Crimson). To, co odbierasz jako jaja, to właśnie wynik inspiracji awangardą. Wymaga większego osłuchania. Nawiasem mówiąc, nie wiem czemu tak uparcie cały czas o nich piszesz i porównujesz z KC. Oba zespoły miały na siebie zupełnie inny pomysł, a łączy je tylko to, że oba były nowatorskie, oryginalne i grały bardziej skomplikowaną muzykę, niż przeciętne zespoły rockowe.

      "Islands" na RYM-ie mam oceniony na 9. Przejrzę recenzje King Crimson, jak dojdę do tego momentu z poprawkami. Wiele się tam nie powinno zmienić. Chyba tylko "Starless and Bible Black" wymaga napisania od nowa, inne już poprawiałem.

      Można też dostać w Empikach (i tylko tam). Ale zawartość ostatnich dwóch numerów nie wygląda za ciekawie, sam ich nie kupiłem. Najlepiej załatw sobie numer z zeszłego roku z Niemenem na okładce, w którym jest bardzo dobry artykuł o Gentle Giant. Poczytaj, potem uważnie posłuchaj, najlepiej po kilka razy (z przerwami) każdego albumu, a dopiero potem wróć do krytykowania (lub wręcz przeciwnie) ;)

      Usuń
    2. Bo jestem laikiem i uważam, że można je stawiać w jednym rzędzie + to jedne z niewielu prog zespołów gdzie zapuściłem się tak daleko w dyskografie? Może piszę bo są uważane za wybitne? A przynajmniej okresy od 1969-74 w wypadku KC i 1970-5 w wypadku GG? Nie wiem, serio nie wiem.

      Jednowyrazówki i Aspergera KC słucham, wstyd się przyznać, ale po raz pierwszy i łapię od razu. Ostatnio próbowałem po roku odłogowania wrócić do GyGy i brrr... to trochę jak mały geniusz, który nie za bardzo wie jak korzystać ze swoich umiejętności, którymi został obdarzony w jakiejś dziedzinie.

      Zresztą, z tego co czytałem to oni mieli podstawy Teoretyczne bo któryś z tych braci kończył studia zw z harmonią czy czymśtam. A co mnie jescze zaciekawiło - na pewnej stronie gdzie obaj jesteśmy sporo osób plwa na debiut GG i stawia go niżej od Interview, a pewien jegomość nie trawi "IaGH", który chyba najmniej mi się nie podobał.

      Może po prostu nie do każdego trafia ta stylistyka.

      Usuń
    3. Podstawy miał klawiszowiec Kenny Minnear (studiował kompozycję). Bracia Schulman podstaw nie mieli i przed połączeniem sił z Minnearem grali bardzo typową, niczym się nie wyróżniającą psychodelię pod szyldem Simon Dupree and the Big Sound.

      Gentle Giant był właśnie jednym z niewielu progresywnych zespołów, który doskonale wiedział, jak korzystać ze swoich umiejętności. Muzycy znali swoje ograniczenia i potrafili mierzyć siły na zamiary. Nie porywali się na granie muzyki klasycznej w rockowym składzie, wielowątkowe suity z niekończącymi się popisami umiejętności technicznych, ani inne pretensjonalne pomysły. Zresztą tak samo, jak King Crimson, Pink Floyd (pomijając okres "Ummagumma"/"Atom Heart Mother") i może VdGG. Reszta tego progowego towarzystwa nie miała umiaru.

      Zdecydowanie nie jest to zespół dla każdego. Ale to raczej zaleta.

      Usuń
    4. Swoją drogą, ciekaw jestem co byś powiedział na ELP, który z jednej strony grał nadęte przeróbki muzyki klasycznej i własne utwory w tym stylu, a z drugiej - naprawdę głupawe, banalne i prostackie kawałki w rodzaju "Are You Ready, Eddie?".

      Usuń
    5. w zeszłym roku jechałem autobusem i potem pociągiem i słuchałem ich (ELP) przez słuchawki - nie porwali mnie, ale KC słucham w domu i spokoju. Może wrócę do ELP w spokojnych warunkach, ale nie sądzę by mi się to jakoś dużo bardziej spodobało. Pamiętam, że jeden kawałek (kto wie czy nawet nie pierwszy z pierwszej płyty) miał melodię podobną do "W murowanej piwni-cy" ale mnie to nie wyprowadziło z równowagi.

      Pink Floyd? Dałem im ostatnio szansę, wróciłem do WYWH, ale gdy w pierwszym numerze weszły te chóry to poczułem lekkie zażenowanie. I dałem sobie spokój. Tak jak mówiłem, "Piper" szczerze mi się podobał, a potem im dalej w las tym bardziej nierówno. Teraz słucham "Islands" i ma duże szanse stać się moją drugą ulubioną płytą KC z lat 70. (ale nie słuchałem jeszcze Starless). Trochę żałuję, że zacząłem od Red, bo wydaje mi się teraz najbardziej ordynarny (2 pierwsze numery w sumie były dość konwencjonalne, potem było lepiej)

      Usuń
  3. Nie zgadzam się z tym że ktoś nie załapał GG bo jest trudniejszy. To kwestia różnych czynników. Ja na przykład bardziej łapię Gantle Giant i King Crimson niż Abbę a przecież Abba jest łatwiejsza. Po prostu można posłuchać dwóch podobnie grających zespołów a jeden ci się spodoba a drugi nie bo np. melodie ci bardziej u jednego podchodzą a u drugiego nie, albo brzmienie wokalisty u jednego się bardziej podoba a u drugiego nie a grają identycznie. Gdyby mierzyć muzykę że łapię ją tylko po poziomie skomplikowania to słuchałbym disco polo czy właśnie Abby których właśnie w ogóle nie łapię, a Van Der Graaf Generator łyknąłem od razu po pierwszym usłyszeniu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jednak więcej osób łapie Abbę, niż GG, VDGG, czy nawet KC. Nawet wśród słuchaczy rocka progresywnego na ogół te dwa pierwsze nie są zbyt popularne, a ostatni w sumie tylko dzięki debiutowi i "Red", bo pozostałe, trudniejsze albumy nie są tak cenione. Większość słuchaczy proga preferuje jednak Pink Floyd, Genesis, Yes, ELP, Jethro Tull, Camel, czy - o zgrozo - wykonawców neo-progowych, czyli jednak łatwiejszą w odbiorze muzykę.

      Ja też wolę obecnie trudniejszą muzykę, ale to tylko ze względu na chęć poszerzania swoich horyzontów i w miarę dobre osłuchanie w różnych, w tym także mniej popularnych rzeczach. Ale tak przecież nie było zawsze - na początku preferowałem prostą muzykę. Kiedyś "In the Court of the Crimson King" i "Red" to były najbardziej złożone albumy, jakie lubiłem, a poznałem je dopiero po paru latach interesowania się muzyką. Większość ludzi zatrzymuje się jednak na wczesnym rozwoju muzycznego gustu. Jedni już na Abbie (mnie akurat w ogóle ominął ten etap), inni na hard & heavy, a jeszcze inni na Pink Floyd i paru innych łatwych w odbiorze progach. Na wyższy poziom przechodzą nieliczni.

      Usuń
  4. No akurat Yes nie zaliczałbym do łatwych. Close to the Edge wcale nie jest łatwy a Relayer to w ogóle odjazd, którego akurat nie lubię bo ma za dużo natłoczonych dzwięków ale nie dlatego go nie lubię bo trudny tylko po prostu mi się nie podoba, taka napieprzanka. ELP też wcale momentami nie jest łatwe. Jethro Tull trudne nie jest ale jest specyficzne i mi osobiście oprócz Thick as a Brick nie podchodzi bo wkurza mnie maniera wokalna i ten przegięty folk. Pink Floyd i Genesis się zgodzę bo to najbardziej mainstreamowe i komercyjne progowe granie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niepotrzebnie cały czas odnosisz wszystko do swojego jednostkowego przykładu, kiedy mowa o ogólnej tendencji. Faktem jest, że więcej ludzi słucha prostej muzyki. Oczywiście, są też inne czynniki. Ale one często wynikają z tamtego - np. prosta muzyka jest lepiej promowana.

      Nie powiedziałbym, że jakiekolwiek dokonania Yes i ELP są trudniejsze od takiego np. "Starless and Bible Black". A oba zespoły były przede wszystkim bardzo efekciarskie, co ma swoich wielbicieli (szczególnie przodował w tym ELP z grającym w powietrzu Emersonem i innymi pierdołami), miały też sporo piosenkowych wręcz kawałków i to już w latach 70.

      Usuń
  5. Ja przecież nie napisałem że Yes i ELP są trudniejsze od Starless tylko że wcale nie są łatwe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To był tylko taki przykład. Myślę, że albumy tych zespołów są dość wyważone i nawet jeśli momentami niełatwe, to mające też coś do zaoferowania mniej wyrobionym słuchaczom. Przykładowo "Soon" z "Relayer" czy akustyczne kawałki Grega Lake'a. Dlatego postawiłbym te zespoły jednak w jednym rzędzie z Pink Floyd (który też bywał niełatwy), a nie King Crimson, VdGG czy Gentle Giant.

      Usuń
  6. Kolejny wielki album King Crimson. Wciąż trochę żałuję, że ich debiut mnie zniechęcił do dalszej twórczości (choć już wtedy oceniałem go jako dobry) i zacząłem to dopiero teraz nadrabiać.

    Kojarzę coś, że "Lizard" kiedyś Ci kompletnie nie podszedł, i nie bardzo rozumiem dlaczego, bo np. u mnie jest zupełnie odwrotnie (a przecież na obecnym etapie "rozwoju muzycznego" nadal bardzo często słucham muzyki hard & heavy). Z pierwszej wersji recenzji pamiętam tylko zarzut, że album jest niemalże pozbawiony melodii, ale obecnie, po przesłuchaniu tylu "jazzów", jest to chyba bardziej zaleta niż wada (?)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale skąd wniosek, że po przesłuchaniu tylu "jazzów" brak melodii będzie zaletą? Jazz to nie jest przypadkowy zlepek dźwięków, melodie jak najbardziej są tam obecne. Nawet we free jazzie zwykle punktem wyjścia do improwizacji jest melodyjny temat.

      A zarzutem wobec tego albumu w oryginalnej recenzji była rzekoma chaotyczność. No, faktycznie dzieje się tu sporo, więc jak ktoś miał wcześniej do czynienia głównie z prostym rockiem, to ten album może przytłoczyć. Swojego zdania broniłem powołując się na to, że sam Fripp nie lubi "Lizarda".

      Ale chyba tak naprawdę, to najbardziej rozczarowało mnie, że zamiast dostojnego wokalu Lake'a jest tutaj smucenie Haskella ;)

      Usuń
    2. Z tym "jazzem" chodziło mi, że po wysłuchaniu tylu takich albumów (choć też innych dzieł z okolic rocka progresywnego itp) zacząłeś być bardziej otwarty na nowe rozwiązania (kiedyś też nie lubiłeś albumów całkowicie instrumentalnych), więc to co wcześniej drażniło Cię na "Lizard", z czasem zaczęło Ci się podobać.

      Usuń
    3. Dokładnie, miałem sprecyzowane oczekiwania wobec tego albumu, chciałem dostać "In the Court of the Crimson King Vol. III", a nie coś innego. I zamiast po prostu dać się porwać tej muzyce, spróbować znaleźć w niej coś interesującego, zignorowałem ją.

      Usuń
    4. To z tego samego powodu doceniłeś później "Load" czy "St. Anger" Metallici, a zacząłeś mniej cenić "Death Magnetic" ;)

      Usuń
    5. Tak, ale tam bardziej doceniłem podejście, niż muzykę, która sama w sobie jest ledwie i z pewnymi zastrzeżeniami dobra ("Load") lub co najwyżej średnia z poważnymi zastrzeżeniami ("St. Anger"). Natomiast w przypadku "Lizard" naprawdę doceniłem samą muzykę, dostrzegłem jej obiektywną wartość, ale też zacząłem czerpać subiektywną przyjemność z jej słuchania.

      Usuń
    6. Dobre w tych albumach KC jest to, że są przystępne i nie tak przytłaczające dla nieosłuchanego aż tak z rockiem progresywnym czy jazzem słuchacza - przynajmniej ja tak to odbieram. Niby "Lizard" czasem wydaje się nieco trudny, ale podczas słuchania nie odczuwałem za często takiego wrażenia.

      Ja akurat nigdy nie mam sprecyzowanych oczekiwań wobec jakiegoś albumu. Może być inny niż wszystkie albo nawet nieco wtórny (ale nie za bardzo), byle zachowywał odpowiedni poziom - wykonanie, kompozycje, brzmienie.

      Usuń
    7. Dokładnie, King Crimson zawsze umiejętnie łączył przystępność i artystyczne ambicje. Nie trzeba dużego doświadczenia, żeby go docenić, może być furtką do bardziej awangardowych odmian proga, a nawet do jazz fusion. A zarazem, gdy już się wejdzie w tę bardziej ambitną muzykę, twórczość King Crimson wciąż robi dobre wrażenie, nie traci na jakości. Zarówno to, jak i brak słabych pozycji w dyskografii sprawia, że jest to moim zdaniem najlepszy rockowy zespół.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.