17 kwietnia 2013

[Recenzja] Alice in Chains - "MTV Unplugged" (1996)



Zgodnie z tradycją, po trzecim regularnym albumie ukazało się wydawnictwo pokazujące łagodniejsze oblicze Alice in Chains. Tym razem nie była to jednak EPka z premierowym materiałem, a zapis występu w programie "MTV Unplugged", zarejestrowany 10 kwietnia 1996 roku w nowojorskim Majestic Theatre. Zespół, wsparty przez dodatkowego gitarzystę Scotta Olsona, zagrał trzynaście utworów. W większości takie, które już w studyjnych wersjach opierają się na brzmieniach akustycznych. Niestety, siłą wielu z nich jest właśnie zestawienie dźwięków akustycznych z elektrycznymi, przez co tutejsze wykonania sprawiają wrażenie wybrakowanych (z "Nutshell" i "Over Now" na czele). Zyskuje natomiast "Heaven Beside You", oczyszczony z niepasującego do niego brudu. Za to "Brother" praktycznie nie różni się od studyjnego pierwowzoru.

Najciekawiej wypadają jednak te utwory, które w oryginale były stuprocentowo elektryczne. W przypadku "Would?", "Angry Chair", "Sludge Factory" i "Frogs" nie ma mowy o żadnym zubożeniu, a po prostu o innym spojrzeniu na znane kompozycje (choć w sumie ograniczające się do zamiany elektrycznego instrumentarium na akustyczne). Właśnie tego typu nagrania powinny tu dominować, a nie stanowić urozmaicenie. W repertuarze znalazła się również jedna całkowicie premierowa kompozycja - "The Killer Is Me". Przyjemny, jednak nie wyróżniający się niczym szczególnym kawałek z rodzaju tych, o których zapomina się od razu po wybrzmieniu ostatniego dźwięku.

Choć zespół doskonale sobie radzi z akustycznym instrumentarium, co udowodnił już wcześniej na "Sap" i "Jar of Flies", takie granie w ilości zaprezentowanej na "MTV Unplugged" jest dość męczące i z czasem coraz bardziej dokucza monotonia. Można przyczepić do repertuaru, w którym znalazło się zbyt wiele ballad i prawie żadnych zaskoczeń (nie zaszkodziłoby np. jakiś nietypowy cover). Szkoda też, że zespół nie pokombinował choć trochę z budową i aranżacjami kompozycji, dodając np. jakieś nietypowe dla siebie instrumentarium (jak zrobił na "Jar of Flies"). Ogólnie można odnieść wrażenie, że muzycy niespecjalnie przyłożyli się do tego występu, na którym zaprezentowali się jak sprawni rzemieślnicy, a nie prawdziwi artyści. Tym bardziej szkoda, że to ostatnie pełnowymiarowe wydawnictwo Alice in Chains z Laynem Staleyem (posklejanego z różnych występów "Live" celowo nie liczę). Ten skład zasłużył na znacznie lepsze zwieńczenie swojej dyskografii. 

Ocena: 5/10



Alice in Chains - "MTV Unplugged" (1996)

1. Nutshell; 2. Brother; 3. No Excuses; 4. Sludge Factory; 5. Down in a Hole; 6. Angry Chair; 7. Rooster; 8. Got Me Wrong; 9. Heaven Beside You; 10. Would?; 11. Frogs; 12. Over Now; 13. The Killer Is Me

Skład: Layne Staley - wokal, gitara (6); Jerry Cantrell - gitara, wokal; Mike Inez - bass, gitara (13); Sean Kinney - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Scott Olson - gitara, bass (13)
Producent: Toby Wright i Alice in Chains


4 komentarze:

  1. "Można przyczepić do repertuaru, w którym znalazło się zbyt wiele ballad i prawie żadnych zaskoczeń" - dlatego minimalnie wolę Unplugged Nirvany, bo tam połowa repertuaru to były covery. Choć akurat przeróbki utworów grupy Meat Puppets należą do tej słabszej strony.

    Oba koncerty mają jednak fajną atmosferę i przyjemnie się ich słucha.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja powtórzę to, co zawsze piszę w kontekście występów bez prądu. Absolutnie żaden wykonawca występujący w "MTV Unplugged" nawet nie zbliżył się do tego, co wiele lat wcześniej, w 1969 roku, zaprezentował John Mayall na "The Turning Point". Tam CAŁY repertuar składa się z premierowych kompozycji, które są tak zróżnicowane i ciekawie zaaranżowane, że nie sposób się nudzić. Mayall pokazał, że grając bez elektrycznych instrumentów i bez perkusji wcale nie trzeba smęcić ;)

      Usuń
  2. Że co? No niby masz z tym wszystkim rację, ale w tym albumie chodzi przede wszystkim o klimat i atmosferę - podobnie jak na Unplugged Nirvany, który też mam nadzieję, że opiszesz gdy dojdziesz do poprawiania ich recenzji. Nie zaprzeczysz, że Layne Staley, który głosowo nie daje rady przy niektórych kawałkach to coś przejmującego

    Jeżeli "Killer Is Me" miał być czymś reprezentatywnym dla kolejnego albumu starego składu - dobrze że z dech.

    OdpowiedzUsuń
  3. Czekałem na recenzję tego albumu którego wcześniej nie było, dziękuje świetny album.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.