21 lutego 2013

[Recenzja] Rush - "Moving Pictures" (1981)



"Moving Pictures" (czyli "przenoszenie obrazów" lub "poruszające obrazy" - na okładce widać jedno i drugie) to rushowe opus magnum. Zespół doprowadził do perfekcji styl, który dojrzewał od czasu "A Farewell to Kings". Utwory z jednej strony zachwycają poziomem skomplikowania, szczególnie w warstwie rytmicznej, zaś z drugiej - niesamowicie chwytliwymi, niebanalnymi melodiami. Doskonałe jest też brzmienie, z wyraźnie słyszalnym każdym instrumentem, łączące hardrockowy ciężar z brzmieniem analogowych syntezatorów, które pełnią tu równie istotną rolę, co gitara, bas i perkusja.

Muzycy w końcu postawili zdecydowanie na krótkie, zwarte i treściwe utwory. Większość z nich nie przekracza długości pięciu minut. Zespołowi udało się stworzyć naprawdę dobry zestaw kompozycji. Zachwycają już od pierwszych dźwięków otwierającego album "Tom Sawyer", w którym każdy instrument zdaje się walczyć o uwagę słuchacza, co daje bardzo intrygujący efekt. Jednocześnie utwór nie traci przez to na melodyjności. Nieco dłuższy, bo lekko przekraczający sześć minut, "Red Barchetta" pokazuje odrobinę łagodniejsze i jeszcze bardziej melodyjne oblicze grupy. Utwór brzmi bardzo nowofalowo, pomimo hardrockowych riffów. Najcięższy na albumie, instrumentalny "XYZ" to z kolei fantastyczny popis technicznych umiejętności muzyków, maksymalnie komplikujących warstwę rytmiczną. "Limelight" stanowi powrót do bardziej piosenkowego, ale niebanalnego grania. Zachwyca świetną melodią, basowym pulsem i rewelacyjną solówką Alexa Lifesona.

Drugą stronę winylowego wydania otwiera najdłuższy utwór, jedenastominutowy "The Camera Eye". To ostatnia tak długa kompozycja w dyskografii zespołu i, niestety, nieco słabszy fragment longplaya. Jak już wspominałem we wcześniejszych recenzjach, zespół najlepsze efekty osiągał w zwartych utworach. Te dłuższe są albo przeładowane pomysłami i niespójne, ale zbytnio rozwleczone, co ma miejsce w tym przypadku. Zwraca ciekawe brzmienie syntezatorów, ale to wszystko. Dobrze, że muzycy nie zostawili tego utworu na koniec albumu, bo nie mieliby już okazji się zrehabilitować. Co rewelacyjnie udaje się w dwóch kolejnych kawałkach: łączącym świetną melodię z intrygującym, nieco podniosłym klimatem "Witch Hunt" oraz kompletnie zwariowanym "Vital Signs", w którym lekko dyskotekowe partie syntezatora spotykają się z reggae'ową gitarą w zwrotkach i hardrockowym riffem, na którym zbudowano refren - wszystkie te elementy tworzą jednak zaskakująco spójną całość, a muzycy zadbali o kolejną dobrą melodię.

"Moving Pictures", wraz z wydanym w tym samym roku "Discipline" King Crimson i opublikowanym rok wcześniej "Remain in Light" Talking Heads, dał doskonały przykład, jak powinna brzmieć muzyka rockowa w latach 80. Niestety, niewiele rockowych albumów z tej dekady zbliżyło się do ich poziomu.

Ocena: 9/10



Rush - "Moving Pictures" (1981)

1. Tom Sawyer; 2. Red Barchetta; 3. YYZ; 4. Limelight; 5. The Camera Eye; 6. Witch Hunt; 7. Vital Signs

Skład: Geddy Lee - wokal, bass, syntezatory; Alex Lifeson - gitara, syntezatory; Neil Peart - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Hugh Syme - syntezator (6)
Producent: Rush i Terry Brown


8 komentarzy:

  1. Może wydać się to dziwne ale dla mnie wszyskie poprzednie albumy Rush są lepsze niż ten. Sam nie wiem dlaczego ale wydaje mi się on lekko nudny. Chociaż kilka utworów to niekwestionowana klasyka.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten album jest dobry jako całość, ma bardzo niewielką amplitudę, co ma swoje i plusy (brak kiepskiego utworu) i minusy (brak hitu zwalającego z nóg)

    Czy "Limelight" nie brzmi jak protoplasta "Time Stand Still"? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nieco inne wrażenie. "The Camera Eye" wyraźnie odstaje od hitowej reszty ("Limelight", "Tom Sawyer" i "Vital Signs" odniosły niemałe sukcesy na singlach, a wraz z "Red Barchetta", "Witch Hunt" i zwłaszcza "YYZ" należą do najpopularniejszych koncertowych kawałków Rush; każdy z nich czymś się wyróżnia i czymś zachwyca). W sumie jakby zamienić "The Camera Eye" na "Closer to the Heart", "The Spirit of Radio" i "Freewill", to "Moving Pictures" mógłby robić za greatest hits z okresu 1977-81.

      Nie wiem na czym miałoby polegać podobieństwo tych utworów. "Time Stand Still" to ckliwy i banalny kawałek popowy, a "Limelight" - przebojowy, ale niebanalny kawałek rockowy.

      Usuń
    2. Tempo, tonacja i co się z tym łączy - progresja akordów. Fragment ze zwolnieniem koło 2:20 gdzie Gedy śpiewa "Live in the limelight" , serio obydwa numery mi się ze sobą kojarzą.

      A całe MP - solidna robota, ale nic mnie nie porwało. Ocena ode mnie 8 (stąd podejrzenie parę recenzji temu, że też ją tak obniżysz)

      Usuń
    3. Techniczne szczegóły. To tylko środki, którymi osiągnięto zupełnie inny efekt.

      Usuń
    4. Obojętnie czy lubię się "Time Stand Still", warto obejrzeć nakręcony do niego teledysk - genialny w swojej beznadziejności, dodatkowo wyreżyserowany przez Polaka.

      Usuń
    5. Widziałem, widziałem dziwnym trafem polepszył on moje nastawienie do tego numeru ;)

      Peart wygląda tam jak Van Damme

      Usuń
  3. Nigdy nie lubiłem Moving Pictures. Ta płyta ma jakąś taką banalną melodykę (przykład Limelight) i jest taka mdła. Zdecydowanie moją ulubioną płytą Rush jest Grace Under Pressure

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.