12 grudnia 2012

[Recenzja] Bruce Dickinson - "The Chemical Wedding" (1998)



"The Chemical Wedding" to album koncepcyjny poświęcony Williamowi Blake'owi, żyjącemu na przełomie XVIII i XIX wieku angielskiemu poecie, malarzowi i mistykowi. Nawiązania do jego twórczości pojawiają się w tekstach, dodatkowo pojawiają się tutaj recytacje jego poematów (w wykonaniu jednego z idoli Dickinsona - Arthura Browna), a na okładce wykorzystano obraz Blake'a zatytułowany "The Ghost of a Flea". Towarzyszy temu odpowiednia oprawa muzyczna - utwory często mają wręcz progresywny rozmach (np. "Book of Thel", "The Alchemist"), czasem wzbogacają je nawiązania do muzyki dawnej (np. w dwóch najlepszych utworach - agresywnym "Killing Floor" i bardziej stonowanym "Jerusalem"). Całość utrzymana jest w dość mrocznym klimacie, a brzmienie jest naprawdę ciężkie.

"The Chemical Wedding" o najbardziej udany i dojrzały solowy album Bruce'a Dickinsona. Niestety, nie brakuje też słabszych momentów, jak zbyt toporny i rażący sztampowym refrenem "Trumpets of Jericho", zepsuta słabym refrenem ballada "Gates of Urizen", czy ewidentnie stworzony z myślą o przebojowym singlu "The Tower", który nie pasuje do reszty albumu. Ogólnie jednak wokaliście udało się stworzyć materiał, który z jednej strony zadowolił fanów oczekujących od niego grania heavy metalu, a z drugiej - udało się to zrobić bez popadania w charakterystyczne dla tego stylu sztampę i infantylizm (z kilkoma wyjątkami), pokazując się od bardziej ambitnej strony. Zdecydowanie jeden z najlepszych metalowych albumów lat 90.

Ocena: 7/10



Bruce Dickinson - "The Chemical Wedding" (1998)

1. King in Crimson; 2. Chemical Wedding; 3. The Tower; 4. Killing Floor; 5. Book of Thel; 6. Gates of Urizen; 7. Jerusalem; 8. Trumpets of Jericho; 9. Machine Men; 10. The Alchemist

Skład: Bruce Dickinson - wokal; Roy Z - gitara; Adrian Smith - gitara; Eddie Casillas - bass; David Ingraham - perkusja
Gościnnie: Greg Schultz - instr. klawiszowe  (4); Arthur Brown - recytacje (5,7,13)
Producent: Roy Z


1 komentarz:

  1. Mam problem z solowymi płytami Bruce`a Dickinsona. Uwielbiam je wszystkie i nie potrafię wybrać tej najlepszej. Wszystko zależy od dnia i nastroju. Dziś jest chyba ten dzień, że za najlepszą uważam The Chemical Wedding. Ten album po prostu wbija w ziemię! Brzmieniowo, kompozycyjnie i wykonawczo. Bruce jest w szczytowej formie wokalnej. Ależ on tu śpiewa! Jaka moc w głosie! Muzyka tu zawarta to perfekcyjne połączenie fantastycznych melodii z heavy metalowym ciężarem i progresywnymi ozdobnikami. To się niezmiernie rzadko zdarza. Bruce pokazał kto jest królem heavy metalu. Zaryzykuję stwierdzenie że ta płyta to poziom najwybitniejszych krążków Iron Maiden. We mnie wzbudza podobne emocje co Brave New World czy Seventh Son...

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.