1 października 2012

[Recenzja] Soundgarden - "Superunknown" (1994)



Album "Badmotorfinger" zwrócił na zespół uwagę, ale to "Superunknown" uczynił z niego prawdziwą gwiazdę. To w znacznym stopniu zasługa jednego utworu, "Black Hole Sun". Przygotowano do niego charakterystyczny teledysk, który bardzo chętnie i często prezentowało MTV - w tamtym czasie najbardziej wpływowe medium muzyczne. Sam utwór jest całkiem przyjemną balladą, ale na albumie znalazło się kilka lepszych kawałków. Na pewno "Let Me Drown", "My Wave", "Mailman" i "Spoonman", które łączą świetne melodie z energetycznym podkładem. Najzgrabniejszą melodię ma jednak nieco bardziej stonowany "Fell on Black Days". Bardzo dobrze wypada też nieco oniryczny "Head Down".

Ogólnie album, na tle wcześniejszych, wypada zdecydowanie łagodniej. Muzycy zrezygnowali z sabbathowego ciężaru na rzecz bardziej mainstreamowego grania, w którym nacisk położony jest przede wszystkim na zapadające w pamieć melodie. I nie ma w tym nic złego, dopóki utwory są tak fajne, jak te wyżej wymienione. "Superunknown" jest jednak bardzo długim albumem - piętnaście utworów o łącznym czasie siedemdziesięciu minut. Jeszcze żadnemu rockowemu wykonawcy nie udało się utrzymać wysokiego poziomu przez cały album o takiej długości. Ten nie jest wyjątkiem. Zdarzają się tu kawałki raczej nijakie (tytułowy, "Limo Wreck", "Fresh Tendrils", "Like Suicide"), a nawet zdecydowane wpadki (mdły "The Day I Tried to Live", punkowy bzdet "Kickstand", ospały "4th the July", czy niby-orientalna miniaturka "Half"). W sumie stanowią one ponad połowę tego albumu.

"Superunknown" to z jednej strony album kultowy, zawierający kilka niezapomnianych, naprawdę bardzo dobrych utworów, ale z drugiej - jako całość zbyt rozcieńczony i rozwleczony. Przydałoby się skrócić go o dobre pół godziny - i wtedy faktycznie mógłby to być wielki longplay.

Ocena: 7/10



Soundgarden - "Superunknown" (1994)

1. Let Me Drown; 2. My Wave; 3. Fell on Black Days; 4. Mailman; 5. Superunknown; 6. Head Down; 7. Black Hole Sun; 8. Spoonman; 9. Limo Wreck; 10. The Day I Tried to Live; 11. Kickstand; 12. Fresh Tendrils; 13. 4th the July; 14. Half; 15. Like Suicide

Skład: Chris Cornell - wokal i gitara; Kim Thayil - gitara; Ben Shepherd - bass, perkusja (6), wokal i gitara (14); Matt Cameron - perkusja, melotron
Producent: Michael Beinhorn i Soundgarden


19 komentarzy:

  1. Nie wiem czemu ale przeczuwałem, że tu będzie 7. Najwyraźniej nie zrozumiałeś tego albumu, bo jeżeli w pierwszej kolejności wymieniasz jako dobre ordynarne riffowanie w Let Me Drown, Spoonman czy najbardziej radiowaty "Fell on Black Days", to znaczy że nie doceniłeś bardziej eksperymentalnej części tego albumu.

    Gdybyś podszedł tak do Badmotorfinger ("melodie") to chyba dałbyś mu ocenę ze dwa razy niższą. Zastanawia mnie czemu czasem brak melodii wytykasz w co drugim zdaniu, a czasem nie jest to dla Ciebie problem. Zresztą, żeby odwołać się do klasyków, taki Limo Wreck to Sabbath jak w mordę strzelił - z przebojowym refrenem i ciekawym metrum.

    Podobnie jak Load powinieneś był słuchanie tego rozłożyć na dwie tury (1-7 i 8-15 na przykład) i dopiero potem napisać recenzję, bo ewidentnie jedziesz tutaj po drugiej połowie albumu, która chciała pokazać, że zespół nie poszedł w prostackie granie. Nie wiem też na jakim wydaniu się opierałeś pisząc tęr recenzję, bo europejskie jeszcze bardziej zamęcza, dorzucając na 16 miejsce krótki "She Likes Surprises"

    Rozcieńczony to jest dopiero następny "Down..."

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piszesz jakby to była jakaś awangarda, a przy prawdziwej awangardzie te "eksperymenty" Soundgarden to dziecinada. Ten album to po prostu mainstreamowy rock z paroma udziwnieniami. A mainstream nie potrzebuje udziwnień, tylko dobrych melodii.

      Owszem, "Limo Wreck" brzmi nieco sabbathowo, ale porównując go z poprzednim albumem, słychać bardziej komercyjne podejście. Ja "Badmotorfinger" słyszę całkiem sporo dobrych melodii, o czym zresztą musiałem wspomnieć w recenzji.

      Usuń
    2. Co to znaczy "komercyjne podejście" w tym wypadku? Żeńskie chórki? Sekcja smyczkowa? Syntezator? Przecież tego tam nie ma. Jak dla mnie to zagranie na nosie tłumokom (i słuchaczom i muzykom) dla których granie metalu/rocka ogranicza się do paru riffów i wirtuozerii instrumentalistów i pokazanie że można posunąć się dalej.

      Słuchałeś ten album na świeżo czy w pamięci?

      Usuń
    3. Słuchałem i na tym albumie nie ma niczego trudnego, co mogłoby zniechęcić nawet najbardziej początkujących słuchaczy rocka. To po prostu przyjemna, melodyjna muzyka. To, że pojawiają się jakieś nieliczne udziwnienia, nie czyni jej wcale ambitną i nieprzystępną. I nie robię jej zarzutu, że taka jest, bo muzycy dobrze się w takim graniu odnaleźli. Tylko, że przez większość czasu zwyczajnie nudzą.

      Usuń
    4. Plus - myślę, że mówienie o tym longplayu że byłby wielki po ucięciu pół godziny jest, szczególnie w Twoim wypadku nieprzemyślane. Jak zwyczajny, melodyjny rock może być czymś wielkim i stawać obok chociażby Milesa Davisa czy spirytualnej śmietanki przełomu lat 60 i 70? Chyba że to była ironia.

      Usuń
    5. Wielki w kategorii przyjemnego, melodyjnego rocka, od którego mam inne wymagania, niż od jazzmanów.

      Usuń
    6. Ale muzyka to nie jest klasa integracyjna by od mniej zdolnych lub nawet upośledzonych muzyków wymagało się mniej. Uszy masz od wszystkiego jedne, nie ma tak że do słuchania Tomahawka masz jedne, a do Plattersów drugie. Jak się siada do muzyki, to się ma pewne oczekiwania, które mogą rosnąć, a nie do niektórych wykonawców podchodzi się - to będzie mainstreamowy rock, więc niech sobie pograją 3 akordy i super, a to ma ambicje być czymś więcej, więc żadnego uchybienia nie puszczę płazem.

      Usuń
    7. Złe porównanie. Dam inne. Od studentów, dajmy na to informatyki wymaga się zupełnie innych umiejętności, niż np. od studentów kierunku lekarskiego. Nie wymagasz od informatyka, żeby potrafił zrobić przeczep i nie nazywasz go upośledzonym tylko dlatego, że nie umie tego zrobić.

      W muzyce rockowej i jazzowej chodzi o zupełnie coś innego, co osiąga się za pomocą zupełnie innych środków. Dlatego jedno i drugie jest ze sobą zupełnie nieporównywalne.

      Usuń
    8. Więc tu nie chodzi o żadne pobłażanie niedoskonałościom, a o to, że żadnych niedoskonałości nie ma. Te rockowe albumy, którym dałem 10 czy 9, mają wszystko, co powinien mieć dobry rock.

      Usuń
    9. Złe porównanie. Ze studentami ok, ale nie te kierunki, które obydwa sa bardzo w cenie - i bardzo istotne dla innych. Ale pomyśl sobie o studencie lekarskim, pójdźmy dalej - specjalizacji psychiatrycznej oraz studencie psychologii. Nie dość, że ten drugi by nie istniał gdyby nie pierwszy, gdyż taka nauka jak psychologia (rock) powstała dopiero pod koniec XIX wieku (o ile kojarzę), własnie dzięki różnym psychiatrom i lekarzom-fizjologom w ogóle (jazz) chociaż do powstania jej miała też swój przyczynek filozofia (ale tej już nie odniosę do konkretnej muzyki, ot takie dookreślenie rysu historycznego). Od obydwu studentów ma się różne wymagania - ale ten drugi może skończyć z głodowymi zarobkami, bądź nawet na bezrobociu. Bo nie dość że jest ich od groma (jak rockowych grajków) to tak naprawdę do nie ma na nich zapotrzebowania. Ujmijmy to tak - że zarobki jednego i drugiego będą odpowiednikiem oceny za wartość artystyczną płyty.

      Ale znacznie łatwiej jest nagrać dobry rock niż dobry jazz. Co więcej - dobry rock można skleić ze znanych, i to ledwie kilku ,składników, które powstały znacznie wcześniej, na gruntach muzyki znacznie ambitniejszej. Co ma mieć dobry rock? Dobre melodie. A melodie, nie wymagają nic poza jakimś zmysłem. Można nie być wirtuozem żadnego instrumentu i mieć dobre melodie, które sa podstawą komercyjnego grania. Może to być fajne - ale nie wielkie.

      Usuń
    10. Nie będę dyskutował w taki sposób, że przekręcasz mój przykład, żeby dowieść swoich racji. Zresztą cały wywód jest do bani, bo rock nie wywodzi się z jazzu. Co to za pomysł w ogóle? Oba wywodzą się z bluesa. Są jego dwiema gałęziami, które rozwijały się zupełnie od siebie niezależnie i tylko czasem się splatały (fusion i jazz rock), co jednak nie miało żadnego wpływu na ich dalszy rozwój. Co ciekawe, do końca lat 50. cały jazz był muzyką czysto rozrywkową, w której też nie chodziło o nic więcej, niż dobre melodie.

      Inne przykłady: nie wymagasz tego samego od skoczka narciarskiego, co od piłkarza czy boksera; czego innego oczekujesz od malarstwa klasycznego, niż od abstrakcyjnego; a samochodu sportowego nie ocenisz źle dlatego, bo nie nadaje się na wyjazd z całą rodziną.

      Mam wrażenie, że sprowadzasz jakość muzyki do jednego elementu - umiejętności technicznych muzyków. W takim razie Stave Vai czy Yngwie Malmsteen grają bardziej wartościową muzykę od Pink Floyd? No raczej nie. Bo wirtuozeria to tylko jeden z wielu elementów, które można obejść zarówno w rocku, jak i jazzie. Poza tym, w tym drugim gatunku też jest cała masa wtórnych i nudnych albumów.

      Usuń
    11. Stevie Vai i Yngwie Malmsteen grają tylko szybciej od PF. A technika nie równa się wirtuozerii. Co najwyżej się w niej zawiera.

      Twój przykład był wg mnie nietrafiony, podobnie jak Twoim zdaniem mój pierwszy, ale ja go nie odrzuciłem, tylko poddałem lekkim modyfikacjom.

      Tak czy siak, granie rocka jest pójściem na łatwiznę i górą rzemiosła nad artyzmem.

      Usuń
    12. Uogólniasz. Artyzmu w rocku nie brakuje, ani rzemieślnictwa w jazzie. Wywyższanie całego gatunku nad inny jest głupotą i naiwnością, a świadczy wyłącznie o słabym rozeznaniu w temacie.

      Myślę, że sportowy przykład jest najbardziej adekwatny. Nie oczekujesz przecież od skoczka, żeby strzelał gole, bo to nie ta dyscyplina. A to, że nie strzela goli, nie czyni skoczka słabym sportowcem.

      Usuń
  2. Możliwe, znasz dużo więcej muzyki niż ja i chyba inaczej rozumiemy słowo "wielki"

    Tak, sportowy jest dobry, ten ze studiami mnie nie przekonywał.

    a co do SG, to fajnie by było, jakbyś zrecenzował jego 2 pierwsze albumy, bo nie dość, że są całkiem dobre, to jeszcze pokazują jak rozwijał się ten zespół

    OdpowiedzUsuń
  3. ps. nawet w którymś komentarzu (nekrolog Cornella?) pisałeś, że przydałoby się uzupełnić te brakujące recenzje

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie racja, może faktycznie o nich przy okazji napiszę.

      Usuń
  4. Wsluchaj się jeszcze raz w Like Suicide, 4th thevJuly i Superunknown. Zwróć uwagę w moim ulubionym Like Suicide na narastające napięcie wywołane przez coraz silniejszy śpiew i coraz mocniejsze bębny,które brzmią tutaj fenomenalnie...qrva i ten groove w fazie końcowej. Majstersztyk! Końcowy riff i solo brzmi jakby go wspólnie wymyślili PS nowie Page i Iommi. Ominęło Cię to? 4th the July to coś nowego. Ciężki apokaliptyczny riff z piękną melancholijną melodią Cornella. Jazzmani mogą to śmialo konstruować na wersje instrumentalną... Ten kawałek to częsty faworyt wśród miłośników tego stylu, także ciekawy gust masz albo co gorsza jeżeli kierujesz sie jakimiś kryteriami wymyslonymi przez krytyków muzycznych (mainstream czy nie mainstream, rock czy alternatywa:) Krytcy muzyczni zawsze byli bezlitosni dla najwiekszych zespołów w historii Queen i Led Zeppelin, oczywiście w okresie ich dzialalnosci bo dzisiaj mogliby sie latwo wystawić na śmiesznosc. O kawałku Superunknown mogę napisać tyle że ma genialny riff i sprawia wielką przyjemność jego granie na gitarze. Linia Cornella to kolejny dowód na jego talent. Idealny utwór do pędzącego samochodu na jakiejś pustynnej trasie...Dobra płyta do jarania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taka muzyka zachwycała mnie naście lat temu. Od tamtego czasu mój gust bardzo się rozwinął, głównie w kierunku bardziej skomplikowanej i abstrakcyjnej muzyki. Więc Soundgarden jest dla mnie tylko zespołem grającym prosty, przyjemny rock, który w zbyt dużych ilościach (a zespół lubował się w zbyt długich albumach) mnie nudzi i męczy.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.