[Recenzja] Pearl Jam - "Vitalogy" (1994)

Nie sposób pisać o tym albumie z pominięciem wydarzenia z 5 kwietnia 1994 roku. Samobójcza śmierć Kurta Cobaina znacząco odbiła się na charakterze powstającego wówczas materiału na trzecie długogrające wydawnictwo Pearl Jam. "Vitalogy" to najbardziej gorzka, przepełniona złością oraz poczuciem beznadzieji płyta zespołu. Znalazły się tu zarówno jedne z najbardziej agresywnych kawałków grupy, jak i jej najbardziej poruszające ballady. Sporo tu też dziwnych eksperymentów, a mniej przymilania się do stacji radiowych, jakby muzykom faktycznie było już wszystko jedno, jak zareaguje prasa i fani. A może po prostu zdawali sobie sprawę, że cokolwiek nagrają, będzie się to świetnie sprzedawać, więc nie muszą narzucać sobie żadnych ograniczeń. Ostatecznie powstał album nieco chaotyczny, choć na tle calej dyskografii Pearl Jamu można go postawić w ścisłej czołówce. A na pewno jest najładniej wydanym - kompakt umieszczono nie w standardowym pudełku z plastiku, lecz w digipaku stylizowanym na książkę.
Już na otwarcie "Vitalogy" rozbrzmiewają wyjątkowo, jak na Pearl Jam, surowe, brudne, zgiełkliwe i krzykliwe, punkowe wręcz "Last Exit" i "Spin the Black Circle". Jednak na dwanaście kolejnych kawałków jedynie "Whipping" oraz poprzedzony odgłosami biczowania "Satan's Bed" przynoszą podobną dawkę jazgotliwego czadu. Za to jeszcze dalej od radiowych klimatów pozycjonują się różnego rodzaju przerywniki - chaotyczny funk "Pry, To", knajpiany "Bugs" z akompaniamentem akordeonu oraz żartobliwy psychodeliczny jam "Aya Davanita" - a zwłaszcza ponad siedmiominutowy "Hey Foxymophandlemama, That's Me", znany też jako "Stupid Mop", noise'owa improwizacja z kolażem głosów rzekomych pacjentów szpitala psychiatrycznego. Co ciekawe, ten ostatni to pierwsze nagranie zespołu z Jackiem Ironsem, następcą Dave'a Abbruzesse'a.
Reszta płyty to już granie przystępniejsze, bardziej konwencjonalne. "Not for You", "Tremor Christ" czy wzbogacony fajnie narastającym wstępem "Corduroy", choć niepozbawione grunge'owego brudu, to kawałki o wyrazistych, całkiem chwytliwych melodiach. Całkiem łagodnie robi się natomiast w pozostałych trzech utworach. "Better Man" zaczyna się balladowo, jedynie z akompaniamentem czystej gitary i organów, ale z czasem nabiera rockowej energii i przynosi najbardziej przebojowy refren na albumie. Dość typowymi, pod względem budowy, balladami są natomiast "Nothingman" oraz "Immortality", pierwsza bardzo rzewna i dopiero w końcówce nieznacznie nabierająca ostrości, druga z cięższymi refrenami. Szczególnie udanie wypada ta ostatnia, bardzo zgrabna melodycznie, subtelna, ale cały czas słychać tu pewne napięcie. Z pełnym przekonaniem uważam ten utwór za najładniejszą i najbardziej poruszającą balladę zespołu.
W przeciwieństwie do niedawnych wznowień "Ten" i "Vs.", zeszłoroczna reedycja "Vitalogy" wypada bardzo przeciętnie pod względem dodatków. Dorzucono jedynie inne wersje trzech albumowych kawałków: "Better Man" z akompaniamentem samej gitary i organów, alternatywne podejście do "Corduroy" oraz demo "Nothingman". Więcej wniósłby tu nagrany podczas tej samej sesji "Hard to Imagine", albo "Out of My Mind" ze strony B singla "Not for You". Ten pierwszy to jeszcze jedna ballada, słusznie pominięta na oryginalnym wydaniu - wydaje się zbyt wygładzona nawet na tle jego spokojniejszych fragmentów - jednak byłby to wartościowy bonus. Zwłaszcza że ta wersja jest dostępna wyłącznie na ścieżce dźwiękowej "Chicago Cab"; kompilacja "Lost Dogs" zawiera bowiem starsze podejście, odrzut z okresu prac nad "Vs.". "Out of My Mind" to z kolei nagranie z koncertu, jedno z zaledwie dwóch wykonań kompozycji, której nie zarejestrowano nigdy w studiu i nie wydano nigdzie, poza wspomnianym singlem. Według Veddera była to właściwie spontaniczna improwizacja z wymyślanym na bieżąco tekstem.
"Vitalogy" daleko do bycia wybitnym albumem. Poszczególne utwory mają tak różny charakter, że nie kleją się w spójną, przekonującą całość. Trudno też je uznać za tak samo udane, bo obok faktycznie zgrabnych piosenek są też bezładne, często zrobione jakby od niechcenia i bez ciekawego pomysłu lub umiejętności do jego zrealizowania, wygłupy. Ogólnie jednak nie ma (jeszcze) tragedii. Niewątpliwie jest to spadek formy po świetnym "Vs.", ale już w porównaniu z "Ten", przecież też nierównym, niekoniecznie wypada gorzej. A już na pewno jest to płyta lepsza od wszystkiego, co pod szyldem Pearl Jam ukazało się później, tych wszystkich wydawnictw przeładowanych coraz bardziej smętnymi balladami. Zdarzają się tam wciąż pojedyncze przebłyski, ale nigdy już nie było ich tyle, co na pierwszych trzech albumach..
Ocena: 7/10
Zaktualizowano: 4.2025
Pearl Jam - "Vitalogy" (1994)
1. Last Exit; 2. Spin the Black Circle; 3. Not for You; 4. Tremor Christ; 5. Nothingman; 6. Whipping; 7. Pry, To; 8. Corduroy; 9. Bugs; 10. Satan's Bed; 11. Better Man; 12. Aye Davanita; 13. Immortality; 14. Hey Foxymophandlemama, That's Me
Skład: Eddie Vedder - wokal i gitara, akordeon (9); Mike McCready - gitara; Stone Gossard - gitara, melotron, dodatkowy wokal; Jeff Ament - gitara basowa, kontrabas, dodatkowy wokal; Dave Abbruzzese - perkusja
Gościnnie: Brendan O'Brien - instr. klawiszowe; Jimmy Shoaf - perkusja (10); Jack Irons - perkusja (14)
Gościnnie: Brendan O'Brien - instr. klawiszowe; Jimmy Shoaf - perkusja (10); Jack Irons - perkusja (14)
Producent: Brendan O'Brien i Pearl Jam
Szkoda, że panowie z PJ nie skorzystali z opcji 'hidden truck' i nie wrzucili tam utworu finałowego wraz z 'Pry, to' i 'Bugs' po 'Immortality'. Tam spełniły by swoją funkcję jako ciekawostki. Z resztą 'Immortality' powinien kończyć ten album.
OdpowiedzUsuńCiężko ocenić to dzieło przez te wymienione przeszkadzacze i finał. Gdyby nie znalazły się na tym albumie, to calosc trwała by nieco ponad 40 min, czyli optymalnie i ocena 8 byłaby zasłużona. A tak 7 jest ok, choć gdybym mógł to dałbym 6,5.
No Code to mógłbyś jeszcze machnąć, bo tam też jest trochę eksperymentalnego podejścia przy jednoczesnym zaniechaniu grunge, dopiero potem robią coś na kształt Death Magnetic. Na Backspacer (Spacer w tył? Wiem że nie, ale to miałoby dość ciekawy wydźwięk :D) chyba nie ma smęcenia.
OdpowiedzUsuńCo Cię naszło na poprawianie PJ przy jednoczesnym odłogowaniu sukcesywnych poprawek kolejnych chronologicznych recenzji? Teraz doszło do sytuacji gdzie Mirage i Moonmadness mają po siódemce, co jest niedorzeczne.
Jakiś czas temu pisałem o "Mirror Ball" w ramach cyklu recenzji Neila Younga i chciałem podlinkować któryś z wcześniejszych albumów Pearl Jam, ale okazało się, że te poprzednie poprawki były zrobione od niechcenia, bardzo powierzchownie. Oryginalne wersje były jeszcze uboższe, ale tamte poprawki to wciąż nie był standard, do jakiego.aspiruję. I tyle, teraz prawdopodobnie wrócę do poprawiania 2017 roku, przy czym tam merytorycznie jest już całkiem ok, tylko niektóre opinie pod wpływem nowych doświadczeń się zdezaktualizowały.
UsuńCo jest niedorzecznego w zrównaniu oceń tych płyt Camel? Na RYM mają zbliżoną średnią: 3,99 i 3,88, co w zaokrągleniu daje im obu 4 gwiazdki.
a zdaniem Rymiaków, (tych którzy w ogóle zadawali sobie trud by ją przesłuchać), najgorszą płytą DP z czasów przed pierwszą przerwą jest Come Taste The Band, podobnie kiepski rezultat ma "Never Say Die", gdzie jest to najniższy wynik aż do połowy lat 90. (nie licząc tego dziwnego tworu "BS featuring Tomijomi")
UsuńPodobnie z sięganiem po płyty, widzę tendencję że jak jakaś płyta ma kiepski wynik na RYM to już jej nie słuchasz, gdy wcześniej dzielnie szedłeś przez dyskografię - np taki New Order.
Nie odpowiedziałeś na pytanie, co jest nie tak ze zrównaniem tych ocen. Jeśli wolisz inne źródło, to Teraz Rock w jedynej wkładce o Camel, z 1997 roku, dał "Mirage" 4,5 gwiazdki, a "Moonmadness" - 4 gwiazdki (i 5 dla "Snow Goose"). Te wartości wszędzie są podobne.
UsuńPowołałem się na RYM nie dlatego, że jest jakimś nieomylnym wyznacznikiem jakości - dla mnie na pewno nie jest, a im nowsze płyty, tym średnia coraz bardziej rozmija się z moimi ocenami - tylko dlatego, że jest dobrym wyznacznikiem obecnej popularności konkretnych tytułów. Trzeba jednak brać poprawkę na pewien kontekst. "Come Taste the Band" ma zaniżoną średnią, bo wielu fanów Deep Purple do dziś nie akceptuje płyty, na której nie ma ani Gillana, ani Blackmore'a, a do tego grają tam jakieś funki i soule zamiast hard rocka z klasycyzującymi solówkami. Z kolei "Never Say Die" powszechnie uchodzi za najsłabszy album Black Sabbath z Ozzym - wymiennie z "Technical Ecstasy" - co w dużym stopniu też jest konsekwencją zmiany stylu. Natomiast niższa średnia od płyt z Tonym Martinem (poza "Forbidden") wynika stąd, że po prostu oceniło go więcej osób, w tym pewnie więcej przypadkowych, podczas gdy tamtych zapewne słuchają głównie miłośnicy stylistyki. Tymczasem "Mirage" i "Moonmadness" to albumy nagrane w tym samym, klasycznym składzie, zresztą pierwszy z nich rozpoczął ten najbardziej klasyczny okres, a drugi go zakończył.
Nie tylko w przypadku New Order, ale ogólnie unikam słuchania późnych płyt w dyskografiach, o ile nie mam żadnych przesłanek, że w danym przypadku warto. W przeszłości zmarnowałem już zbyt wiele czasu na poznawanie pełnych dyskografii.
Tylko Rock ma jasny sposób oceniania - "najlepsza" płyta dostaje 5 gwiazdek, oceny pozostałych są do niej dostosowywane. Gąsior dostał 5 jako album koncepcyjny (zdaje się że nim jest), Mirage uchodzi za album nr 2, ale Moonmadness też liczy się do klasyków więc różnice między ocenami jak już to powinny być minimalne.
UsuńMirage - do niedawna też Twoim zdaniem wyraźnie wybijał się ponad te inne albumy Camela, które swoją naiwnością i cukierkowością były mniej lub bardziej nieznośne, stąd uważam że oceny dla SG, czy Moonmadness są obecnie nieproporcjonalne. Camel leciał ze swoim stylem w coraz większą przesadę, wręcz karykaturę, ostatnio sięgnąłem po tę przepiękną, chwytającą za serce operę "Harbour of Tears" - zachęcony jedyną polskojęzyczną recenzją tego albumu na RYM i rzeczywiście tego się nie da słuchać.
Co do wkładki - czyżbyś zdobył te skany TR które krążą po necie? ;)
Możliwe, że w Polsce wychowanej na Trójce "The Snow Goose" otoczony jest jakimś szczególnym kultem i dlatego został wytypowany w TR na piątkowy album, ale na świecie jednak "Mirage" jest flagowym albumem Camel. Wkładki nie widziałem, ale ze strony czasopisma można pobrać indeks wszystkich numerów i tam podejrzeć oceny. Co ciekawe, "Mirage" w innym numerze, bodajże z 1995 roku, dostał tylko trzy i pół gwiazdki. Znaczy według mnie adekwatnie, ale zadziwiająco nisko, jak na profil pisma.
UsuńTo nie do końca było tak, że Camel z płyty na płytę stawał się coraz bardziej cukierkowaty. W klasycznym okresie duży skok w tym kierunku nastąpił pomiędzy "Mirage" i "Snow Goose", ale potem na "Moonmadness" nieco się opamiętali, większość tego albumu to granie bliskie debiutu czy płyty udającej paczkę fajek. Czyli po prostu takie miłe melodie, przyjemne brzmienie klasycznego proga w najbardziej pastelowym wydaniu, mniej lub bardziej unikające piosenkowej formy, czyli ogólnie nic wyjątkowego, jak na tamtą dekadę.