6 października 2012

[Recenzja] Pearl Jam - "Vitalogy" (1994)



Nie sposób pisać o tym albumie pomijając wydarzenie z 5 kwietnia 1994 roku. Dla wielu jest to symboliczna data końca grunge'u (większość jego przedstawicieli wkrótce potem się rozpadała lub podążyła w inne muzyczne rejony). Śmierć Kurta Cobaina odcisnęła silne piętno także na tym albumie. "Vitalogy" przepełniony jest złością i poczuciem beznadziei. To najbardziej bezkompromisowe wydawnictwo w dyskografii Pearl Jam. Zespół nigdy wcześniej nie brzmiał tak agresywnie, wręcz punkowo, jak w "Last Exit", "Spin the Black Circle", "Whipping" czy "Satan's Bad". Brudne brzmienie jest dopełnieniem dekadenckiego charakteru albumu.

To jednak tylko jedna z twarzy, jakie zespół tutaj zaprezentował. Muzycy pozwolili sobie także na parę eksperymentów, które traktować trzeba raczej jako rozluźniające atmosferę żarty. Mamy tu więc dwa przerywniki - funkowy "Pry, To" i psychodeliczny "Aye Davanita", jak również śpiewany przez Veddera wyłącznie z akompaniamentem akordeonu "Bugs", oraz dziwaczny dźwiękowy kolaż "Hey Foxymophandlemama, That's Me" z dźwiękami zarejestrowanymi w... szpitalu psychiatrycznym. Dla równowagi są też bardziej konwencjonalne, melodyjne piosenki: "Not for You", "Tremor Christ", "Corduroy" i z początku balladowy, a potem świetnie się rozkręcający "Better Man". Znalazły się tu także dwie stuprocentowe ballady. "Nothingman" zaczyna się bardzo obiecująco, ale ostatecznie niewiele ma do zaoferowania. Za to "Immortality" to prawdziwa perła - najbardziej poruszający i najpiękniejszy utwór w dorobku grupy.

"Vitalogy" jest albumem nieco niespójnym, pokazującym wewnętrzne rozdarcie zespołu. Z jednej strony jest niezwykle szczery, pełen prawdziwej wściekłości (np. "Spin the Last Circle", "Last Exit") i bólu ("Immortality"), ale z drugiej - momentami bardzo zachowawczy, jakby zespół nie chciał stracić swojej pozycji w mainstreamie (np. "Better Man", "Not for You" - oba są jednak całkiem udane). Nie czepiałbym się natomiast tych wszystkich wygłupów, bo to one w znacznym stopniu tworzą niepowtarzalny klimat tego wydawnictwa. Warto też zwrócić uwagę na bardzo ładne wydanie kompaktowe albumu - opakowano je nie w plastikowe pudełko, a w elegancką okładkę imitującą książkę.

Ocena: 7/10



Pearl Jam - "Vitalogy" (1994)

1. Last Exit; 2. Spin the Black Circle; 3. Not for You; 4. Tremor Christ; 5. Nothingman; 6. Whipping; 7. Pry, To; 8. Corduroy; 9. Bugs; 10. Satan's Bed; 11. Better Man; 12. Aye Davanita; 13. Immortality; 14. Hey Foxymophandlemama, That's Me

Skład: Eddie Vedder - wokal i gitara, akordeon (9); Mike McCready - gitara; Stone Gossard - gitara, melotron, dodatkowy wokal; Jeff Ament - bass, kontrabas, dodatkowy wokal; Dave Abbruzzese - perkusja
Gościnnie: Brendan O'Brien - instr. klawiszowe; Jimmy Shoaf - perkusja (10); Jack Irons - perkusja (14)
Producent: Brendan O'Brien i Pearl Jam


3 komentarze:

  1. Wolisz to czy debiut? Wiem, że nie słuchasz już takiej muzyki, ale hipotetyczna sytuacja: Ktoś sadza Cię na krześle, bierze kolejno Twoje winyle z jazzem i łamie każdy co kilka sekund, póki nie powiesz "Ten" albo "Vitalogy"...

    Ja wolę to, bo nie jest tak patetyczne, chociaż tu jest parę niewypałów (na "Ten" wszystko jest średnie, z niewielką zwyżką w Black, ale bez rasowej kiszki)

    OdpowiedzUsuń
  2. Szkoda, że panowie z PJ nie skorzystali z opcji 'hidden truck' i nie wrzucili tam utworu finałowego wraz z 'Pry, to' i 'Bugs' po 'Immortality'. Tam spełniły by swoją funkcję jako ciekawostki. Z resztą 'Immortality' powinien kończyć ten album.
    Ciężko ocenić to dzieło przez te wymienione przeszkadzacze i finał. Gdyby nie znalazły się na tym albumie, to calosc trwała by nieco ponad 40 min, czyli optymalnie i ocena 8 byłaby zasłużona. A tak 7 jest ok, choć gdybym mógł to dałbym 6,5.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem nie będą publikowane, ale jeśli uznam je za ciekawe, umieszczę odpowiedzi na nie na stronie "FAQ / Q&A".