6 września 2012

[Recenzja] The Doors - "L.A. Woman" (1971)



"L.A. Woman" to ostatni album, na którym wystąpił Jim Morrison. Wokalista zmarł w lipcu 1971 roku, niespełna trzy miesiące po premierze longplaya. To zarazem pierwsze wydawnictwo The Doors, którego producentem nie jest Paul Rothchild. Co prawda był on początkowo zaangażowany w pracę, ale zrezygnował z powodu przygnębienia po śmierci Janis Joplin i rosnącego zirytowania słabnącym zaangażowaniem Morrisona. Miał też zastrzeżenia do nowego materiału zespołu, zwłaszcza utworu "Love Her Madly", który uważał za krok wstecz. Produkcją zajęli się ostatecznie sami muzycy i Bruce Botnick, który od początku pełnił rolę inżyniera dźwięku na ich albumach. Tradycyjnie w studiu zespołowi towarzyszył sesyjny basista - tym razem był to Jerry Scheff, znany ze współpracy z Elvisem Presleyem. Po raz pierwszy zespół zatrudnił także dodatkowego gitarzystę, Marca Benno, który zagrał w czterech utworach.

Zespół rejestrował utwory praktycznie na żywo, dogrywając później tylko dodatkowe partie klawiszy. Część materiału powstawała na bieżąco, już w studiu. Jednak zespół sięgnął też po starsze pomysły. "L'America" (skrót od "Latin America") został napisany rok wcześniej na zamówienie reżysera Michelangelo Antonioniego, na potrzeby filmu "Zabriskie Point", gdzie jednak ostatecznie nie został użyty. "Crawling King Snake" - bluesowy standard nieznanego autorstwa, spopularyzowany przez Johna Lee Hookera - oraz "The WASP (Texas Radio and the Big Beat)" były natomiast wykonywane przez zespół podczas koncertów już w poprzedniej dekadzie.

Pod względem muzycznym jest to bezpośrednia kontynuacja bluesowego stylu z "Morrison Hotel", ale i jego wzbogacenie. Oprócz oczywiście "Crawling King Snake", mocno bluesowo wypadają także takie utwory, jak świetny, energetyczny "Been Down So Long" (jedyny utwór The Doors bez klawiszy - Ray Manzarek gra na rytmicznej gitarze), wolne "Cars Hiss by My Window" i "The WASP" z mówionymi partiami wokalnymi, oraz rozpędzony, nieco knajpiany "L.A. Woman". Poza tym są tu fragmenty, nawiązujące do wcześniejszych dokonań grupy. "Love Her Madly" faktycznie brzmi jak nagranie z okresu, powiedzmy, "Waiting for the Sun" (pomijając bardziej przepity głos Morrisona), ale to naprawdę fajny, melodyjny kawałek. Podobnie jak pogodny "Hyacinth House" (w którym Manzarek podczas swojej solówki cytuje "Polonez As-dur op. 53" Fryderyka Chopina). Czymś ewidentnie nowym jest natomiast funkujący "The Changeling", w którym słychać wyraźny wpływ Jamesa Browna. Albo zróżnicowany "L'America", którego posępny początek i zakończenie  kojarzą się nieco ze stylistyką Black Sabbath. Czy w końcu ten najważniejszy utwór - finałowy "Riders on the Storm". Choć inspiracją był utwór country "Ghost Riders in the Sky", muzycy stworzyli prawdziwe psychodeliczne arcydzieło, z dodającymi fantastycznego klimatu odgłosami burzy i jazzującymi partiami elektrycznego pianina.

"L.A. Woman" to doskonałe zwieńczenie dyskografii The Doors, a w każdym razie album, który powinien nim być*. Zespołowi zdecydowanie służy taka bluesowa stylistyka, słychać, że muzycy dobrze się w niej czują. Jednocześnie próbują tutaj nowych rzeczy, co też wspaniale im wychodzi. A nawet jeśli czasem robią krok wstecz, to jakość tych nagrań nie pozwala na krytykę. 

Ocena: 9/10

* Po śmierci Jima Morrisona, Ray Manzarek, Robby Krieger i John Densmore nagrali jeszcze dwa albumy pod szyldem The Doors, na których sami podzielili się partiami wokalnymi: "Other Voices" (1971) i "Full Circle" (1972). Po kilku latach wydali jeszcze "An American Prayer" (1978), na którym wykorzystali głos Jima Morrisona, recytującego swoje wiersze, i nagrali do niego podkład muzyczny. Dziś sami najchętniej by wymazali z pamięci cały ten etap swojej kariery. Szkoda, że tak mądrzy okazali się dopiero po fakcie. 



The Doors - "L.A. Woman" (1971)

1. The Changeling; 2. Love Her Madly; 3. Been Down So Long; 4. Cars Hiss by My Window; 5. L.A. Woman; 6. L'America; 7. Hyacinth House; 8. Crawling King Snake; 9. The WASP (Texas Radio and the Big Beat); 10. Riders on the Storm

Skład: Jim Morrison - wokal; Ray Manzarek - instr. klawiszowe, gitara (3); Robby Krieger - gitara; John Densmore - perkusja
Gościnnie: Jerry Scheff - bass (1-5,7-10); Marc Benno - gitara (3-5,8)
Producent: Bruce Botnick i The Doors


6 komentarzy:

  1. A co z recenzjami płyt Doors po śmierci Jima? To dalej solidny kawał pustynnego rocka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kawał jakiego rocka? Przecież to typowa dla tamtego okresu mieszanka psychodelii z bluesem, a nie żaden stoner.

      "Other Voices" to kiepskie popłuczyny po The Doors. Może ze dwa kawałki są przyzwoite (z wokalem Morrisona byłyby całkiem dobre), a reszta nudna. A "Full Circle" nie ma już muzycznie nic wspólnego z wcześniejszą twórczością zespołu, zamiast tego muzycy nieudolnie próbują swoich sił w innych stylach. Nic, o czym warto by pisać.

      Usuń
    2. Ale nad tym graniem (także z ery Morrisona) unosi się taki południowo-southernowy klimat, o to mi bardziej chodziło.

      Usuń
    3. To jest klimat muzyki z Zachodniego Wybrzeża z przełomu lat 60. i 70., który mają też nagrania Grateful Dead, Quicksilver Messenger Service, Jefferson Airplane, The Byrds i innych psychodelicznych grup.

      Natomiast pojęcie "pustynny rock" odnosi się do stonerowego grania w stylu Kyuss. Zupełnie inna muzyka, inny klimat.

      Usuń
  2. A gdyby na Other Voices śpiewał Morrison to byłby to album chociaż na poziomie Soft Parade? Bo mnie rzeczywiście to nudzi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Ship w/Sails" to ciekawa kompozycja, która z wokalem Morrisona mogłaby stać się kolejnym klasycznym utworem The Doors. Pamiętam, że otwieracz też jest całkiem przyjemny. Ale reszta jest naprawdę marna. Sądzę jednak, że z Morrisonem nagraliby lepszy album, bo pewnie jego kompozycje zajęły miejsce tych słabszych momentów.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.