10 września 2012

[Recenzja] AC/DC - "Powerage" (1978)



"Powerage", pierwszy album nagrany z brytyjskim basistą Cliffem Williamsem w składzie, jest zarazem pierwszym, który na całym świecie został wydany z taką samą okładką. Jednak oryginalne wydania europejskie znacznie różnią się od (wydanych prawie miesiąc później) australijskiego i amerykańskiego. Przede wszystkim, zawierają jeden dodatkowy utwór, "Cold Hearted Man". Na najstarszych europejskich tłoczeniach brakuje natomiast kawałka "Rock 'n' Roll Damnation", który nie był jeszcze ukończony, gdy album trafił do tłoczni (utwór powstał pod naciskiem wytwórni, która stwierdziła, że brakuje kawałka nadającego się na singiel). Ponadto, oryginalne wydanie brytyjskie ma inny miks niektórych utworów (np. "Down Payment Blues" został skrócony o bluesową kodę, za to w "Kick in the Teeth" pojawia się dodatkowy akord na otwarcie) i mocniejsze, cięższe brzmienie całości. Na rynek amerykański i austraijski przygotowywany został lżejszy miks i zrezygnowano z utworu "Cold Hearted Man". Niestety, to właśnie taka wersja "Powerage" stała się standardem we wszystkich międzynarodowych wydaniach na CD.

Zawartość "Powerage" teoretycznie nie różni się od innych albumów AC/DC. To wciąż bardzo energetyczne granie, oparte na tych kilku patentach, które zespół powtarza od debiutu. Tym razem zabrakło jednak dobrych zapamiętywalnych melodii, przez co utwory są po prostu bezbarwne i trudne do rozróżnienia między sobą. Może nieco ponad przeciętność wybija się "Sin City", który - jako jedyny utwór z tego albumu - na dobre wszedł do koncertowego repertuaru grupy. Jednak jedynym naprawdę udanym fragmentem tego longplaya jest... "Cold Hearted Man", wyróżniający się na tle całości nieco wolniejszym tempem i bardziej wyrazistą melodią. Brak tego utworu na większości wydań "Powerage" i miałkość pozostałych nagrań, czynią ten album najnudniejszym wydawnictwem zespołu z lat 70., a zarazem drugim najsłabszym z tego okresu (po "Dirty Deeds Done Dirt Cheap").

Ocena: 5/10



AC/DC - "Powerage" (1978)

1. Rock 'n' Roll Damnation; 2. Gimme a Bullet; 3. Down Payment Blues; 4. Gone Shootin'; 5. Riff Raff; 6. Sin City; 7. Up to My Neck in You; 8. What's Next to the Moon; 9. Cold Hearted Man; 10. Kick in the Teeth

Skład: Bon Scott - wokal; Angus Young - gitara; Malcolm Young - gitara, dodatkowy wokal; Cliff Williams - bass, dodatkowy wokal; Phil Rudd - perkusja
Producent: Harry Vanda i George Young


5 komentarzy:

  1. Powerage to nieco pechowa płyta. Znalazła się w kleszczach między dwoma gigantami; mowa oczywiście o Let There Be Rock i Highway to Hell... Ale i tak, materiał tu zawarty nie do końca przekonuje, co nie znaczy oczywiście, że nie ma tu wspaniałych momentów. Do takich należy na pewno mocarny Sin City, z klimatycznym zwolnieniem i bluesową manierą Scotta (przypomina pod tym względem trochę Jailbreak). Riff Raff ze wspaniałą gonitwą gitar i dzikimi wrzaskami wokalisty. Fakt, że riff został podpatrzony u Aerosmith (patrz dwa lata wcześniejszy Rats in the Cellar). Numer jednak wspaniale nakręca atmosferę rockowego szaleństwa i nieprzypadkowo otwiera on nagrany wkrótce album live. Down Payment Blues, z zaczepnym riffem i dowcipnym tekstem, w kodzie przeradzający się faktycznie w rasowy, jak najbardziej klasyczny bluesior. No i rozkrzyczane boogie pod postacią Up to My Neck in You. Sympatyczny jest nieco stonesowski otwieracz - Rock'n Roll Damnation, ale czuć, że można było zagrać to z większym zębem. Gimme a Bullet z kolei, to jakaś zapowiedź tego, co stanie się na kolejnych albumach. Bardziej chwytliwa melodyka, wygładzone brzmienie, tylko znów trochę na bakier z energią. Pozostałe kawałki niestety już mniej przekonują. Są albo całkowicie bezbarwne (Gone Shootin, What's Next to the Moon) albo nieudanie próbują się podpiąć pod klimat poprzedniej płyt, a zwłaszcza kawałka tytułowego i Whole Lotta Rosie (Kick in the Teeth). To nie jest zła płyta, szkoccy Australijczycy mają znacznie gorsze w swojej dyskografii. Niemniej ma pewne istotne wady. Tak podsumowując: brak energii, zbytnie wygładzenie brzmienia i pewna niemoc kompozytorska. Powerage to płyta stojąca w rozkroku, jeszcze nie wyzwolona ze starego rock'n rollowo-bluesowego okresu, a już zerka w bardziej hitowo-hard rockowe rejony. Ode mnie 6/10.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak utwory trudno rozróżnić? Tylko niewprawne ucho nie odróżni od siebie "Riff Raff", "Gimme a Bullet" czy "Rock 'n' Roll Damnation". Dla mnie wcale nie jest to dużo gorsza płyta od "Let There Be Rock".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W czasach, gdy słuchałem takiej muzyki (i tylko takiej), też oburzyłbym się na takie stwierdzenie. Ale jak teraz posłuchałem, to w tych kawałkach nie słyszałem niczego charakterystycznego, co by je od innych odróżniało. Oczywiście, nie są zupełnie nierozróżnialne między sobą, ale celowo wyolbrzymiłem problem z dużym podobieństwem i brakiem w tych utworach czegoś naprawdę charakterystycznego, co od razu pozwoliłoby je zidentyfikować (jak np. partia basu w "Let There Be Rock" lub riff "Highway to Hell").

      Usuń
    2. No nie mogę dziś spać, a w tym czasie naszło mnie parę rozkmin...

      W sumie możesz mieć trochę racji, podam przykład: do "Powerage" mam w sumie niewielki sentyment i jak tak sobie przypomnę te odsłuchiwanie z kasety kilkanaście lat temu to pamiętam tylko "Rock 'n' Roll Damnation", więc może być coś na rzeczy...

      No ale co poradzić - to co już kiedyś pisałem - powszechnie wiadomo, że twórczość AC/DC opiera się w większości na kilku akordach, a jedynym większym urozmaiceniem są szalone solówki Angusa. Ta z utworu "Let There Be Rock" podoba mi się chyba najbardziej.

      I jak tak dłużej pomyślę, to "kopiowanie" stylu AC/DC zauważalne w niektórych nie jest wcale takie trudne i czasem wręcz niezamierzalne - w przypadku komponowania niekiedy nie da się nie natrafić na te najbardziej charakterystyczne akordy dla ich twórczości.

      Zaś w kontekście sekcji rytmicznej pokuszę się o stwierdzenie, że jest równie prosta jak w przypadku... Ramones. Na serio. Szczególnie perkusja, która ogranicza się tylko do trzymania rytmu i w większości nie ma tam miejsca na jakieś urozmaicenia. Zaledwie w przypadku niewielu utworów mógłbym wskazać jakieś przejścia na tomach itp - które i tak są bardzo proste. Choć np. w drugiej połowie "Shoot to Thrill" jest fajna, spokojniejsza wstawka z trochę inną pracą perkusji.

      P.S. Masz zamiar sprzedać winyla "Let There Be Rock" czy jednak zachowasz?

      Usuń
    3. Dużo bym na nim nie zarobił (sam dostałem go za darmo od sprzedawcy w sklepie z winylami, jako gratis do innych zakupów), więc niech sobie stoi na półce, nie przeszkadza mi ;)

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.