13 września 2012

[Recenzja] AC/DC - "For Those About to Rock" (1981)



Album "Black in Black" okazał się tak wielkim sukcesem, że po zakończeniu promującej go trasy muzycy mogliby spokojnie przejść na emeryturę. Jednak zamiast tego, już niewiele ponad rok później wydali kolejny album, "For Those About to Rock (We Salute You)", który również okazał się sukcesem - przynajmniej komercyjnym. Tuż po wydaniu sprzedawał się tak dobrze, że w Stanach doszedł na szczyt listy Billboardu, podczas gdy "Back in Black" doszedł "zaledwie" do 4. miejsca. Inna sprawa, że ogółem sprzedało się mniej egzemplarzy - jak dotąd "For Those..." zdobył 12 platynowych płyt na całym świecie, podczas gdy jego poprzednik - 22 w samych Stanach, a na świecie ponad 50... Nie ma zresztą co ukrywać - wysoka sprzedaż "For Those..." tuż po premierze wynikała przede wszystkim z renomy, jaką grupa zdobyła dzięki "Back in Black". Zawartość muzyczna prezentuje się dużo słabiej.

Całość otwiera jednak jeden z najsłynniejszych utworów Australijczyków, "For Those About to Rock (We Salute You)". To niemal hymn grupy, który wciąż stanowi obowiązkowy punkt każdego koncertu - jako jeden z nielicznych utworów z dyskografii zespołu po 1980 roku. Prawdę mówiąc, jego fenomen nie jest dla mnie zbytnio zrozumiały - to po prostu kolejny bardzo typowy dla grupy, energetyczny kawałek, z dość sztampową melodią, powtarzanymi od lat patentami instrumentalnymi i irytującym wokalem. Choć na tle całości i tak jest dość niezły. Kawałki w rodzaju  "Let's Get It Up", "Inject the Venom", "Snowballed" i "Night of the Long Knives" jeszcze bardziej irytują swoją wtórnością, przesadną prostotą i banalnymi melodiami. Broni się właściwie tylko wolniejszy "Evil Walks", wyróżniający się dość niezłą melodią.

"For Those About to Rock (We Salute You)", jak się okazało, był początkiem kompletnego wypalenia zespołu, które - z małymi zwyżkami formy - trwa do dzisiaj. Powtarzanie wciąż tych samych patentów stawało się coraz bardziej irytujące, zwłaszcza w połączeniu z coraz bardziej nijakimi kompozycjami.  

Ocena: 4/10



AC/DC - "For Those About to Rock (We Salute You)" (1981)

1. For Those About to Rock (We Salute You); 2. Put the Finger on You; 3. Let's Get It Up; 4. Inject the Venom; 5. Snowballed; 6. Evil Walks; 7. C.O.D.; 8. Breaking the Rules; 9. Night of the Long Knives; 10. Spellbound

Skład: Brian Johnson - wokal; Angus Young - gitara; Malcolm Young - gitara, dodatkowy wokal; Cliff Williams - bass, dodatkowy wokal; Phil Rudd - perkusja
Producent: Robert John "Mutt" Lange


1 komentarz:

  1. Ta płyta to przykład kryzysu nadprodukcji i przekombinowania. Panowie za długo nad nią siedzieli. Po prostu za bardzo chcieli przebić Back in Black i cóż... nie udało się do końca. To jakby ostatnia część swoistej "amerykańskiej trylogii" nagranej pod okiem produkcyjnego pedanta Roberta "Mutt" Lange. Jest też wolniej i jakby ciężej niż na poprzedniczce, aczkolwiek nie jest to heavy metal, choć co poniektórzy próbują w te ramy wpasować choćby utwór tytułowy czy Evil Walks. Zaiste, zacne to utwory, ten pierwszy to cudownie rozwijający się hymn pochwalny na cześć rock'n rolla (niech się schowa Gary Glitter ze swoim Rock'n Roll). Drugi natomiast to skradający się, złowrogi walec, opatrzony tajemniczo brzmiącym riffem (brawo Malcolm!) i wybuchowym refrenem. A Inject the Venom też jest ciężki, opatrzony rwanym riffem gitary i partiami Johnsona śpiewanymi a capella. Angus gra tu jedną ze swoich najlepszych solówek w karierze. Podoba mi się bardzo niedoceniane Breaking the Rules, z tym pozornie dysonansowym, nieco wykręconym riffem, co razem z tekstem nadaje kompozycji nieco chwacko-luzacki charakter. A refren to już czyste AC/DC. Mamy też ejsidisowe przeboje. Największy to Let's Get it Up - rzeczywiście momentalnie wpada w ucho. Lepszy jest Snowballed, który to zwalnia to przyspiesza, by wreszcie eksplodować w porywającym finale. Night of the Long Knives brzmi natomiast zbyt banalnie, choć ma wielu fanów. Nie sposób zapomnieć tego refrenu, ale prostota też musi mieć swoje granice. Czego na tej płycie brakuje? Większej dawki szybszych utworów. Na dobrą sprawę, szybki jest jedynie Snowballed, przez co płyta po prostu gubi gdzieś dynamikę. Poza tym są tu dwie wyraźnie słabsze kompozycje (Night of the Long Knives i Spellbound). Niewątpliwy znak, że współpraca z Lange dobiegła kresu... Ocena: 7/10

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.