21 września 2012

[Recenzja] AC/DC - "Black Ice" (2008)



Po ośmiu latach od wydania beznadziejnego "Stiff Upper Lip", AC/DC wróciło z nowym albumem, który okazał się kolejnym wielkim sukcesem. Pamiętam, jak stacje radiowe do znużenia katowały singlowy "Rock 'n' Roll Train", choć to tylko kolejny bardzo typowy dla grupy kawałek, do tego dość nachalnie kojarzący się z "Highway to Hell". Na "Black Ice" jest, oczywiście, pod dostatkiem takich schematycznych nagrań. Album zawiera w sumie piętnaście utworów, co w przypadku tak jednostajnej muzyki jest totalnym przegięciem.

Na szczęście, znajdziemy tu też parę smaczków, na które trzeba jednak poczekać do drugiej połowy płyty. W "Decibel" i "Stormy May Day" pojawiają się zupełnie niespodziewane urozmaicenia wokalne - na początku pierwszego i końcu drugiego Brian Johnson śpiewa niższym głosem! I od razu brzmi nieporównywalnie lepiej. W "Stormy May Day" dodatkowo pojawiają się gitarowe partie grane techniką slide. Dzięki tym dodatkom, jest to jeden z najlepszych kawałków w całej dyskografii zespołu. Fajnie wypada także łagodniejszy, przebojowy "Rock 'n' Roll Dream". Z pierwszej połowy albumu najlepsze wrażenie robi oparty na wyrazistej linii basu "War Machine". Porażką jest natomiast strasznie banalny i cukierkowaty "Anything Goes". Pozostałe kawałki ani nie przeszkadzają, ani nie zachwycają, ale jest ich zdecydowanie za dużo, przez co zwyczajnie nudzą.

Gdyby skrócić "Black Ice" do trzydziestu paru minut, mógłby to być najlepszy album AC/DC od czasu "Back in Black". Jednak 55 minut ledwo rozróżnialnych od siebie kawałków (z paroma zaskakującymi przebłyskami) skutecznie zniechęca do tego materiału i całego zespołu. Naprawdę nie rozumiem, skąd tak wielka popularność tak nudnego zespołu. W ciągu ostatnich 30 lat udało im się nagrać tyle dobrej muzyki, że z trudem dałoby się z niej skompilować jeden album, który byłby zaledwie niezły. Cała reszta to zupełnie niepotrzebne odgrywanie tego samego pomysłu.

Ocena: 5/10



AC/DC - "Black Ice" (2008)

1. Rock 'n' Roll Train; 2. Skies on Fire; 3. Big Jack; 4. Anything Goes; 5. War Machine; 6. Smash 'n' Grab; 7. Spoilin' for a Fight; 8. Wheels; 9. Decibel; 10. Stormy May Day; 11. She Likes Rock 'n' Roll; 12. Money Made; 13. Rock 'n' Roll Dream; 14. Rocking All the Way; 15. Black Ice

Skład: Brian Johnson - wokal; Angus Young - gitara; Malcolm Young - gitara, dodatkowy wokal; Cliff Williams - bass, dodatkowy wokal; Phil Rudd - perkusja
Producent: Brendan O'Brien

Po prawej: wszystkie wersje okładki.


5 komentarzy:

  1. Naprawdę tak trudno jest Ci zrozumieć popularność ACDC, czy to tylko takie wyrażenie na potrzeby recenzji ?Bo odpowiedź na to jest bardzo prosta :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, naprawdę. Bo podobnie i równie przystępnie, a przy tym ciekawiej grających zespołów jest mnóstwo. I nie mają tak irytującego wokalisty.

      Usuń
    2. A mógłbyś wymienić kilka przykładów? Bo równie przystępnie grających grup kojarzę tysiące, ale podobnie - nie bardzo.

      Usuń
    3. Miałem na myśli ogólnie hard rock.

      Usuń
  2. Płyta jako całość to średniak i to mocny, ale zadziałał tu w pewnym ograniczonym zakresie bardzo ważny czynnik - dobre melodie. To czym grupa błysnęła ostatni raz na The Razors Edge. Przykład pierwszy z brzegu - Rock'n Roll Train. Znów są chóralne zapamiętywalne refreny, grupa znów odchodzi od bluesa w kierunku hard-rocka. Skies on Fire to znów fajna melodia i mocarny refren - ukłon w stronę bardzo niedocenianego albumu Flick of the Switch. A Anything Goes, to piosenka w stylu... Bruce'a Springsteen'a. Utwór ewidentnie noszący znamiona hitu, aż dziw, że nigdy nim nie został. Uszy raduje oprócz znakomitej melodii, kciukowanie Angusa, którego też dawno nie słyszeliśmy. Być może grupa zapędziła się trochę w tym uwypuklaniu aspektu melodycznego, bo trochę mało tu dobrych riffów. Pod tym względem płyta niestety kuleje. Czymś niespotykanym dotąd jest oparty na grze techniką slide Stormy May Day oraz quasi-ballada Rock'n Roll Dream. Z rzeczy dobrych, choć nie wybitnych można wyróżnić War Machine (nawet dobry riff udało się wykrzesać), kroczący Money Made oraz Rockin' All the Way. Reszta utworów jest trochę bezbarwna, nie mówiąc już o tym, że płyta jest zdecydowanie za długa, zwłaszcza na małą ilość naprawdę udanych kompozycji. Generalnie płyta plasuje się u mnie w niższych stanach średnich.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.