[Recenzja] Iron Maiden - "A Matter of Life and Death" (2006)



Oceniając "A Matter of Life and Death" z perspektywy czasu, można stwierdzić, że to jedna z mniej istotnych pozycji w dyskografii Iron Maiden. Żaden pochodzący z niej utwór nie wszedł na stałe do koncertowej setlisty (mimo że na trasie promującej grane były wszystkie). Wśród fanów też nie cieszy się szczególnym uwielbieniem. Może dlatego, że jest to nieco bardziej ponury materiał niż zwykle - pod tym względem można postawić go w jednym rzędzie wyłącznie z posępnym "The X Factor". Podobnie jak na tamtym albumie, tematyka tekstów dotyczy głównie wojny i religii, całość ma raczej pesymistyczny wydźwięk. Niewątpliwie jednak można wskazać tu również parę pozytywów. W porównaniu z poprzednim "Dance of Death", na pewno lepsze jest brzmienie - nieco cięższe, bardziej naturalne (podobno całkowicie zrezygnowano z masteringu). Całość jest też równiejsza od kilku poprzednich albumów.

To ostatnie działa też jednak trochę na niekorzyść albumu. Znalazło się na nim dziesięć dość długich (zwykle ponad siedmiominutowych), zwykle solidnych utworów, z których żaden się nie wyróżnia, przez co całość jest raczej monotonna i bezbarwna. Zdecydowanie najciekawsze są tutaj spokojne wstępy niektórych kawałków (np. "The Reincarnation of Benjamin Breeg", "For the Greater Good of God", a zwłaszcza "The Legacy", który brzmi jak dzieło jakiejś progresywnej grupy z lat 70.), gdy jednak się rozkręcają i nabierają ciężaru - robi się zbyt przewidywalnie i nudno. Zespół powtarza tylko ograne patenty, jak galopady, biesiadowanie i wokalne górki. Podobnie jest zresztą w innych utworach. Chociażby "These Colours Don't Run", w którym znów pojawiają się te paskudne, uwielbiane przez zespół rycerskie zaśpiewy. Nie można też zapomnieć o podstawowym problemie - zbyt częstym powtarzaniu tych samych motywów, co tylko niepotrzebnie wydłuża utwory. Najbardziej ucierpiał na tym "Brighter Than a Thousand Suns", w którym pojawia się parę niezłych motywów, ale po którymś z kolei powtórzeniu zaczynają nudzić. Zresztą dwa najfajniejsze utwory na tym albumie, to dwa najkrótsze, o najbardziej piosenkowej budowie i wyrazistych melodiach, czyli "Out of the Shadows" (fajnie wzbogacony gitarą akustyczną) i inspirowany twórczością Thin Lizzy "Different World".

Na "A Matter of Life and Death" słychać parę dobrych pomysłów, jednak zespół zwykle nie potrafi ciekawie ich rozwinąć, więc po prostu wraca do tego, w czym czuje się najlepiej - sztampowych metalowych galopad. Ogólnie jednak jest to całkiem solidny album, bez wielu irytujących momentów. Mogło być lepiej, ale przecież w przeszłości bywało znacznie gorzej.

Ocena: 6/10



Iron Maiden - "A Matter of Life and Death" (2006)

1. Different World; 2. These Colours Don't Run; 3. Brighter Than a Thousand Suns; 4. The Pilgrim; 5. The Longest Day; 6. Out of the Shadows; 7. The Reincarnation of Benjamin Breeg; 8. For the Greater Good of God; 9. Lord of Light; 10. The Legacy

Skład: Bruce Dickinson - wokal; Dave Murray - gitara; Adrian Smith - gitara; Janick Gers - gitara; Steve Harris - gitara basowa i instr. klawiszowe; Nicko McBrain - perkusja
Producent: Kevin Shirley i Steve Harris


Komentarze

  1. Zupełnie nie mogę się zgodzić z tą recenzją. To najlepszy z ostatnich trzech albumów Maiden. Przede wszystkim bardzo odważny, dojrzały i ciężki. Oczywiście najlepiej wypadają długie, rozbudowane utwory, znacznie odbiegające od typowej konwencji Ironów. Riffy takie jak z "Brighter Than A Thousand Suns, "Reincarnation Of Benjamin Breeg" czy "For The Greater Good of God" po prostu kruszą ściany, tak ciężko Iron Maiden jeszcze nigdy nie grali. Finałowy "The Legacy" to bardzo udany powrót do konwencji kończących płytę kolosów, choć także nietypowy. Album nie stał się jeszcze klasykiem, to oczywiste, ale poczekajmy dziesięć lat. Jak dla mnie to na nim powinni byli zakończyć swoją przygodę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno "AMOLAD" jest najbardziej równy z ostatnich trzech longplayów, ale wg mnie nie ma na nim tak świetnych utworów, jak "Dance of Death" czy "When the Wild Wind Blows". I przecież Ironi niczego jeszcze nie kończą, nowy album podobno ma się ukazać w przyszłym roku. Nawet jak nie będzie udany w całości, to dobrze, że wciąż tworzą coś nowego, zamiast tylko wciąż grać na żywo utwory sprzed 30 lat (co niestety też robią).

      Usuń
  2. Znowu się nie zgodzę, na "Dance Of Death" utwór tytułowy był rzeczywiście wybijający się, ale na następnej płycie jest kilka numerów podobnego kalibru, więc sytuacja co najmniej się wyrównuje. Uważam też, że Iron Maiden powinni już przestać tworzyć, bo obawiam się, że może być słabo. A na żywo niech grają właśnie utwory sprzed trzydziestu, dwudziestu lat, publiczność przecież tego właśnie oczekuje.

    OdpowiedzUsuń
  3. "lepsza forma wokalna Bruce'a Dickinsona" - ja myślę dokładnie odwrotnie. Może to wina Bruce'a, a może wina produkcji, ale słyszę, że wokalista czasem się męczy (np. w zwrotkach "Brighter Than a Thousand Suns"), podczas gdy na poprzedniej płycie w niektórych utworach śpiewał kapitalnie (np. w "Paschendale").

    OdpowiedzUsuń
  4. Co jest nie tak z tymi "rycerskimi" zaśpiewami? Domyślam się, że to kwestia subiektywna, czyli po prostu nie przypada do gustu?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Subiektywizm sugeruje jednak pewną przypadkowość, że coś może się podobać lub nie bez konkretnego powodu. Tymczasem tutaj jest to ściśle powiązane z określoną wrażliwością muzyczną i poczuciem estetyki. Jeśli ktoś - jak ja - oczekuje od muzyki pewnej finezji, subtelności, to te wokalizy uzna za zbyt prostackie, toporne, przaśne i kiczowate.

      Usuń
    2. I tak samo tyczy się "Shadow of the Valley"?

      A czy masz podobne odczucia odnośnie nucenia we "Wrapping Paper" zespołu Cream?

      Usuń
    3. Dotyczy każdego kawałka Iron Maiden z rycerskimi lub kibicowskimi zaśpiewami.

      U Cream wokale zawsze są słabszym punktem, ale nawet te wokalizy nie są w aż tak złym głuście, po prostu wpisują się w tę naiwność wczesnego rocka.

      Usuń
    4. A czy poznałeś już muzykę, do której takie wokalizy nie tylko pasują, ale same utwory są naprawdę dobre?

      I skąd ta nazwa "rycerskie zaśpiewy"? Sam ją wymyśliłeś? Ponieważ szukałem w internecie informacji na ten temat i nie mogę znaleźć. Czy jak sama nazwa wskazuje, ma ona bezpośrednio powiązanie z rycerzami?

      Usuń
    5. Teraz już nie pamiętam skąd to określenie. Najpewniej odnosi się do tego, że tego typu wokalizy wywodzą się z heavy/power metalu, gdzie w tekstach często poruszana jest tematyka mediewalna i fantasy. Do tego tym wokalizom zwykle towarzyszą galopujące rytmy, co nasuwa skojarzenia z rycerzami ruszającymi na krucjatę czy do boju ze smokami.

      Dobrych wokaliz jest z pewnością wiele. Mnie jako pierwsza przychodzi na myśl ta z "The Great Gig in the Sky" Pink Floyd. O ile wokalizy, mam wrażenie, zwykle służą tylko temu, by wokalista na koncercie nie nudził się podczas fragmentu instrumentalnego, tak tutaj opowiada ona - bez słów - całą historię, zostawiając jednak słuchaczowi dużo miejsca na interpretację. Także u Magmy, a często też u Dead Can Dance czy Cocteau Twins, warstwa wokalna to wokalizy, bo śpiewane jest tam w nieistniejących językach.

      Usuń
    6. No tak, zapomniałem o "The Great Gig in the Sky"… A czy zaśpiewy Dickinsona w "Seventh Son of a Seventh Son" także określiłbyś mianem rycerskich, czy już jednak nie?

      Usuń
    7. To tylko takie obrazowe, nieco złośliwe porównanie, a nie jakieś fachowe określenie, żeby prowadzić poważną dyskusję, która wokaliza jest rycerska, a która nie.

      Usuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)