26 czerwca 2012

[Recenzja] Pink Floyd - "Wish You Were Here" (1975)



Chociaż "Wish You Were Here" powstawał w nie najlepszym okresie dla zespołu - podczas sesji muzycy byli przeważnie obecni tylko ciałem, najchętniej w ogóle nie przebywaliby razem w jednym pomieszczeniu, brakowało im pomysłów na nowe utwory - jest kolejnym wybitnym, ponadczasowym dziełem. Pod pewnymi względami nawet przebija "The Dark Side of the Moon". Chociaż i tutaj warstwa słowna jest bardzo istotna (to kolejny album koncepcyjny, tym razem dotyczący wyobcowania i negatywnych aspektów muzycznego biznesu), to w mniejszym stopniu odciąga od muzyki.

Alternatywna wersja okładki.
Bez wątpienia najważniejszym utworem jest składający się z dziewięciu części "Shine on You Crazy Diamond". To największe - obok "Echoes" - dzieło grupy zostało podzielone na dwa fragmenty: części 1-5 otwierają album, a 6-9 zamykają go. Utwór rozpoczyna się delikatnymi dźwiękami, granymi na kieliszkach do wina - to pozostałość po niedokończonym projekcie "The Household Objects", w którym cała muzyka miała być stworzona bez prawdziwych instrumentów, za pomocą domowego sprzętu codziennego użytku. Po wstępie, rozpoczyna się część grana na organach, zaś kolejna jest zdominowana przez gitarę Gilmoura, grającego najpierw delikatnie, później coraz mocniej. Śpiew Watersa pojawia się dopiero pod koniec dziewiątej minuty. "Parts I-V" kończy saksofonowe solo w wykonaniu Dicka Parry'ego, który współpracował już zespołem przy okazji poprzedniej płyty. Jeżeli zaś chodzi o tekst, to tytułowym Szalonym Diamentem jest oczywiście Syd Barrett. Pierwszy lider grupy pojawił się zresztą w studiu (po odbiór tantiem), kiedy zespół nagrywał album. Podobno nawet zapytał ich kiedy ma nagrać swoje partie...

"Welcome to the Machine" został zbudowany na zestawieniu gitar akustycznych z przerażającymi dźwiękami wydobywanymi z syntezatora. Daje to naprawdę niesamowity efekt, a sam utwór należy do najmroczniejszych w dorobku grupy. Bardziej pogodny - pod względem muzycznym - wydaje się "Have a Cigar", w którym pomimo lekko jazzowej melodii, pojawiają się ostrzejsze partie gitar, zdające się zapowiadać kierunek, jaki grupa obierze na kolejnych albumach. Co ciekawe, Waters miał problem z zaśpiewaniem tego utworu, a Gilmour odmówił zrobienia tego, bo nie utożsamiał się z tekstem. W rezultacie w nagraniu słuchać folk rockowego wokalistę Roya Harpera, który akurat nagrywał swój własny album w sąsiednim studiu.

Tytułowy "Wish You Were Here" to jeden z najbardziej rozpoznawalnych utworów grupy. Oparty na gitarach akustycznych i ładnej melodii, po prostu musiał przypaść do gustu większości słuchaczy. To zresztą zdecydowanie jedna z najpiękniejszych ballad wszech czasów. Kończący utwór szum wiatru to jednocześnie wstęp do "Shine on You Crazy Diamond (Parts VI-IX)". Po chwili wchodzi pulsująca linia basu, będąca akompaniamentem do dźwięków wygrywanych przez Wrighta i Gilmoura. Ten drugi wkrótce prezentuje długą solówkę, będącą wstępem do części wokalnej. Przedostatnia część opiera się na funkowym motywie, natomiast ostatnia to piękny popis umiejętności klawiszowca.

Ocena: 10/10

PS. W 2011 roku album został wydanych w dwóch specjalnych edycjach: dwupłytowej "Experience" i w boksie "Immersion". Obie zawierały dodatkowy dysk z niepublikowanymi wcześniej nagraniami: fragmentami koncertu z Wembley, z 1974 roku ("Shine on You Crazy Diamond" - jeszcze niedokończony i w jednej części - oraz "Raving and Drooling" i "You've Got to Be Crazy", które zostały odrzucone podczas nagrywania "Wish You Were Here", ale do których zespół wróci podczas nagrywania następnego albumu); instrumentalny utwór "Wine Glasses" z sesji "Household Objects" (użyty później jako wstęp "Shine on...", przez co jego atrakcyjność nie jest zbyt wielka); oraz alternatywne wersje "Have a Cigar" (z wokalami Gilmoura i Watersa) i "Wish You Were Here" (z partią skrzypiec w wykonaniu Stéphane'a Grappelli, zupełnie nie pasującą do tego, co gra zespół).



Pink Floyd - "Wish You Were Here" (1975)

1. Shine on You Crazy Diamond (Parts I-V); 2. Welcome to the Machine; 3. Have a Cigar; 4. Wish You Were Here; 5. Sine on You Crazy Diamond (Parts VI-IX)

Skład: Roger Waters - wokal (1,2,5), bass, syntezatory; David Gilmour - gitara, syntezatory, wokal (4); Rick Wright - instr. klawiszowe; Nick Mason - perkusja
Gościnnie: Dick Parry - saksofon (1); Roy Harper - wokal (3)
Producent: Pink Floyd


14 komentarzy:

  1. Słuchałeś kiedyś Tangerine Dream? :D

    Dawno temu, kiedy słuchałem wyłącznie klasycznego rocka, albo twórców, którzy mocno się na nim wzorowali (metalu, grunge'u i tak dalej) mój wujek, stary meloman, wielki fan Pink Floyd podrzucił mi trzy płyty Tangerine Dream i powiedział tak: "to jest elektronika i już 30 lat temu ludzie mówili mi, że ta muzyka jest bezduszna i nie warto jej słuchać, a tymczasem to po prostu Shine on You Crazy Diamond, tylko z inaczej rozłożonymi akcentami". Posłuchałem i faktycznie, było dokładnie tak, jak powiedział.

    Między Floydami i Mandarynkami zachodziło sprzężenie zwrotne, to znaczy te zespoły cały czas inspirowały się sobą nawzajem. Najmocniej słychać to na Wish You Were Here i płytach TG z lat 76 - 79. Miejscami brzmią jakby nagrywał je ten sam zespół! Polecam Ci na spróbowanie trzy albumy:

    Stratosfear (1976)
    Cyclone (1978)
    Force Majeure (1979)

    To są płyty, które sprawiły, że straciłem wszelkie uprzedzenia wobec muzyki elektronicznej (powiedzmy te plus dwa pierwsze Portishead). Bardzo, bardzo jestem ciekaw co byś na nie powiedział!

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sprawdzałem jakieś nagrania tej grupy (na pewno był wśród nich "Cyclone"), ale nigdy mi nie podeszły specjalnie. Może następnym razem ;)

      Usuń
  2. Partie gitary prowadzącej utworu tytułowego zostały podebrane z fragmentów leadu "Catch The Rainbow"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic nie zostało podebrane. Oba albumy były nagrywane równolegle, w innych studiach (nawet w innych krajach), a "Ritchie Blackmore's Rainbow" ukazał się zaledwie miesiąc przed "Wish You Were Here", parę tygodni po zakończeniu na nagrań tego drugiego. Liczba dźwięków i ich kombinacji jest ograniczona, dwie lub więcej osób może na nie wpaść zupełnie niezależnie. Co innego, gdyby te utwory były do siebie chociaż trochę podobne, ale w ogóle nie są.

      Usuń
  3. Wracam - i co tu dużo mówić.

    Gdyby nie powtarzający się zaśpiew "Shine on you crazy diamond", który do tego w pierwszej odsłonie tego kawałka powtarza się niezliczoną ilość razy - to byłby to album prawie idealny. I tak jest prawie idealny - bo ideały chyba nie istnieją, ale wtedy byłby bardziej idealny, a mniej prawie. Ale i tak jest super. Na 100 przesłuchanych po rozpoczęciu nadrabiania braków albumów tylko 4 oceniłem na 9, a to jeden z nich ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz co jest największą zaletą tego albumu? Uniwersalność. Można być fanem jakiś rockowych łupanek i słyszeć tu piękno, a można też słuchać jazzu i awangardy, a wciąż doceniać ten longplay. Zespołowi udało się nagrać materiał, który jest jednocześnie przystępny, atrakcyjny nawet dla niezbyt osłuchanych ludzi, a zarazem naprawdę interesujący pod względem muzycznym.

      Nie wiem czy widziałeś na forum, które nie jest ani o rocku, ani o metalu, temat z głosowaniem na album roku 1975. W każdym razie wygrał "Wish You Were Here", co spowodowało lament tamtejszych snobów. Prawda jest jednak taka, że każdy z nich na niego głosował. Tylko ten jeden album był an każdej indywidualnej liście - czasem na szczycie lub w jego pobliżu, czasem w drugiej lub trzeciej dziesiątce, ale zawsze był. Bo po prostu trudno go nie docenić, to byłby już naprawdę skrajny przykład snobizmu lub zwykła głupota. Oczywiście, jest wiele albumów lepszych/ciekawszy pod tym czy innym, albo i pod każdym względem. Ale z drugiej strony - właściwie nie sposób znaleźć obiektywnych zarzutów przeciw "Wish You Were Here".

      Usuń
    2. Głupota? W sensie prostactwo - ktoś może być za prostolinijny do słuchania czegoś więcej niż IM czy JP, a jakiekolwiek instrumentarium wykraczające poza gitary i jakiś miękczący klawisz powoduje u niego skręt kiszek?

      Nie, nie widziałem na forum, odstaję od innych na tym forum znacznie mniejszym osłuchaniem więc coraz rzadziej tam bywam, teraz już raczej od wielkiego dzwonu tylko po to by podrzeć koty z Bartłomiejem.

      By nie pisać setek komentarzy pod setką recenzji odniosę się tutaj też do rozmowy spod Meddla i Dark

      Time i Money są riffowcami, gdzie da się spokojnie wyróżnic wersy i refreny, solówki też są stricte rockowe. Jeden podlatuje jeszcze pod reggae, co jeszcze bardziej rozeklektyzowuje ten album. Ja oczekuję od utworów bardziej luźnych konstrukcji, a jeżeli wokalista nie ma nic sensownego do dodania w utworze to to niech siedzi cicho. Tak samo zaangażowanie tej babki w Gig in Sky - przecież Waters umie cierpieć ;))))

      Time jest po prostu niefloydowy.

      Słyszałem za mało by stwierdzić, że Wish You Were Here to najlepszy album z 1975.

      Może jeszcze sięgnę za jakiś czas po Animals, Pompeje (w kontekście w którym o tym krązku wspominałeś, myślałem że był jakiś i tę nieszczęsną Ummagummę (jak czytam o niej napisałeś to zaczynam żałować, że ją tak olałem). Po Animals może przelecę The Wall, może się zapoznam fragmentarycznie z ich twórczością 1983-1994,

      Nie powiem jednak, że Syd Barrett był ich przyszłością, ale jego brak bardzo zmienił kierunek w jakim poszła grupa.

      Usuń
    3. Pisząc o głupocie, miałem na myśli, że ktoś mógłby się upierać, że "Wish You Were Here" nie jest dobrym albumem dla samej przekory, zaznaczenia swojej indywidualności, pozowania na kogoś o tak wysublimowanym guście, że nie będzie się zniżał do słuchania takiego mainstreamu.

      Niespecjalnie jestem za tym, by kontynuować tu tematy spod innych recenzji, ale niech będzie. W "Time" już samo brzmienie gitary sprawia, że jest to typowy Pink Floyd. Zespół cały czas się rozwijał, każdy jego album ma inny charakter, ale właśnie takie elementy jak brzmienie, sposób gry muzyków czy barwy ich głosów sprawiają, że ich twórczość jest natychmiast rozpoznawalna. Nie dotyczy to oczywiście nagrań z Barrettem.

      Zdecydowanie powinieneś przesłuchać tych albumów, które wymieniłeś.

      Usuń
  4. Wish You Were Here, przynajmniej w 1975 nie miał już sensownej konkurencji. To mój wniosek po tym, jak zajrzałem do RYM. Podczas gdy PF ewidentnie był zespołem ewidentnie rozwijającym się i eksplorującym wiele terytoriów to inne grupy progresywne nie zaproponowały wtedy nic rewolucyjnego, co mogłoby powalić innych na kolana, taki Gentle Giant ledwo załapał się do pierwszej 50 (miejsce 49) a zarazem by nie szło w coś co będzie dla 3/4 populacji dziwne. W ścisłej czołówce za to znalazł się Bob Dylan czy Springsteen, których wartość artystyczna nie jest duża w porównaniu z tym co już wspomniałem.

    Tangerine Dream, James Hetfield and The North - nikt z ulicy tego nie doceni. Zresztą wyższe miejsca zajął debiut Rainbow, Sabotage czy nawet Alice Cooper. A wspomnianego GG pokonał nawet ten płaski Fleetwood Mac.

    Przewaga Wish you were here nad kolejnymi albumami jest miażdżąca - ma on o 20000 ocen więcej niż większość zespołów z kolejnych miejsc, a czasem i więcej.

    W latach poprzedzających (a na pewno 1971-73) Wywh już nie miałby chyba tak łatwo, co nie zmienia faktu że mi się on podoba bardzo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sukces "Wish You Were Here" wynikał co najmniej z czterech rzeczy: przystępności/uniwersalności, renomy zespołu, a także tego, co zapewniła wytwórnia, czyli dobrej promocji i dużego nakładu. Z upływem lat w tej pierwszej kwestii nic się nie zmieniło, renoma zespołu wciąż rosła, a wydawca dbał, by regularnie ukazywały się kolejne wysokonakładowe wznowienia i by nie dało się ich przeoczyć.

      Gdyby Gentle Giant i Hatfield and the North mieli takie możliwości, to ich wydawnictwa z tamtego roku mogłyby też być bardzo popularne. "Free Hand" i "The Rotters' Club" są akurat całkiem przystępne. Zresztą ten pierwszy całkiem nieźle sprzedawał się w Stanach, które nie są przecież łaskawym rynkiem dla takiej muzyki. Przy lepszej promocji i większych nakładach oba te zespoły mogły zajść znacznie dalej pod względem komercyjnym.

      Natomiast abstrahując już od popularności, a skupiając się na wartości artystycznej, to "Wish You Were Here" ma w samym 1975 roku całkiem poważną progresywną konkurencję:
      Gentle Giant - Free Hand
      Gong - Shamal
      Hatfield and the North - The Rotters' Club
      Hawkwind - Warrior on the Edge of Time
      Henry Cow - In Praise of Learning
      Magma - Live
      Quiet Sun - Mainstream
      Soft Machine - Bundles
      Steve Hillage - Fish Rising
      Tangerine Dream - Rubycon
      Van der Graaf Generator - Godbluff

      Usuń
  5. Już wiem, te chórki kojarzą mi się z pastiszowo-teatralnymi zapędami Queen. Nie uważasz, że A Night at the opera też byłoby kandydatem do albumu roku? W końcu to również 1975

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wymieniłem tylko albumy z okolic progresywnego rocka, do którego "A Night at the Opera" można na upartego zaliczyć, ale raczej byłbym przeciwko temu.

      W plebiscytach, w których głosy oddawaliby głównie słuchacze znający tylko te podstawowe zespoły, album Queen byłby głównym rywalem "Wish You Were Here". Ale moim zdaniem jest to wydawnictwo na trzecią, najwyżej drugą dziesiątkę najlepszych z 1975 roku. Zwłaszcza jakby brać pod uwagę jeszcze jazz, bo tutaj też trochę dobrego się ukazało, przede wszystkim dwie genialne koncertówki Milesa Davisa ("Agharta", "Pangaea") i jedna bardzo dobra Herbiego Hancocka ("Flood"), do tego sporo naprawdę dobrego jazz-funku ("Mind Transplant" Alphonse'a Mouzona, "Sunburst" Eddiego Hendersona).

      To zdecydowanie nie był zły rok. Dopiero następny jest już zdecydowanie słabszy.

      Usuń
    2. a tak w ogóle, to wg niektórych źródeł Shamal wyszedł w 1976, a sesje nagraniowe trwały jeszcze w styczniu tego roku.

      Usuń
    3. Chyba faktycznie wyszedł w 1976. Zasugerowałem się RYMem, a tam często są błędne daty. Np. ze wspomnianą wyżej "Pangaeą" jest odwrotna sytuacja - wyszła w '75, a RYM podaje, że w '76.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.