20 czerwca 2012

[Recenzja] Pink Floyd - "Ummagumma" (1969)



"Ummagumma" to dwupłytowe wydawnictwo, na które składają się właściwie dwa różne albumy. Pierwszy z nich, odpowiadający pierwszej płycie, to po prostu zbiór koncertowych nagrań, zarejestrowanych wiosną 1969 roku w Birmingham i Manczesterze. Drugi zawiera eksperymentalne, awangardowe nagrania studyjne, skomponowane i zarejestrowane przez poszczególnych muzyków oddzielnie. Choć jest to najtrudniejszy w odbiorze album zespołu, nie przeszkodziło mu to w osiągnięciu sporego sukcesu komercyjnego. Longplay pobił wyniki poprzednich wydawnictw grupy, dochodząc do 5. miejsca listy sprzedaży w Wielkiej Brytanii i łapiąc się do pierwszej setki amerykańskiej listy Billboardu. Takie to były czasy - można było być popularnym grając ambitną muzykę.

Koncertowa część zachwyca już samą tracklistą. To tylko cztery utwory, ale za to najlepsze, jakie zespół do tamtej pory stworzył (no dobrze, obok "Interstellar Overdrive"). Przy czym to tutejsze wersje należy uznać za definitywne. Album rozpoczyna się tak samo, jak debiutancki "The Piper at the Gates of Dawn" - od "Astronomy Domine". Tutaj utwór został trochę rozbudowany i nabrał mocniejszego brzmienia, ale jednocześnie zachował kosmiczny klimat oryginału. David Gilmour nie tylko godnie zastąpił Syda Barretta, ale wręcz wniósł nową jakość, zarówno jako wokalista, jak i gitarzysta. "Careful with That Axe, Eugene" z dość niepozornego instrumentalnego kawałka (wydanego na stronie B niealbumowego singla "Point Me at the Sky") przerodził się w porywający psychodeliczny jam. Instrumentaliści budują niesamowity, hipnotyzujący nastrój, a dziki wrzask Rogera Watersa za każdym razem przyprawia mnie o dreszcze. Drugą stronę wypełniają dwa utwory z "A Saucerful of Secrets". "Set the Controls for the Heart of the Sun" nabrał tu jeszcze bardziej mistycznego klimatu, a nagranie tytułowe w tej wersji jeszcze bardziej zachwyca połączeniem awangardowego chaosu z przepiękną kodą, tutaj wzbogaconą o bardzo ładną wokalizę Gilmoura. Zespół był w tamtym czasie naprawdę fenomenalny na żywo i chyba jeszcze bardziej kreatywny, niż w studiu. Dlatego szkoda, że te cztery utwory to, obok filmu "Live at Pompeii", jedyny oficjalnie wydany koncertowy materiał zespołu z wczesnego etapu kariery.

Mieszane odczucia wywołuje natomiast część studyjna. Każdy z muzyków dostał pół strony płyty winylowej na zaprezentowanie swoich pomysłów. I, niestety, żaden z nich nie stworzył dzieła pozbawionego wad. Rick Wright zaproponował serię czterech instrumentalnych utworów o wspólnym tytule "Sysyphus", granych na różnych instrumentach klawiszowych, zdradzających inspirację muzyką klasyczną i awangardową. O ile początek jest naprawdę obiecujący i intrygujący, tak z czasem muzyka staje się coraz bardziej irytująca. Jak na awangardę, jest zbyt przypadkowa i prosta, jak na rock - zbyt udziwniona i pretensjonalna. Z dwóch nagrań Rogera Watersa lepsze wrażenie sprawia "Grantchester Meadows". To przyjemna i w sumie bardzo konwencjonalna piosenka w stylu "Cirrus Minor" z poprzedniego albumu, z delikatnym śpiewem i partią gitary akustycznej, oraz odgłosami przyrody w tle. Ale Waters odpowiada także za najbardziej dziwaczny "Several Species of Small Furry Animals Gathered Together in a Cave and Grooving with a Pict" - dźwiękowy kolaż przeróżnych odgłosów i dźwięków nie pochodzących z instrumentów, poddanych studyjnej obróbce. Ciężko ten eksperyment w ogóle nazwać muzyką. Bardzo melodyjnie wypada natomiast "The Narrow Way" Davida Gilmoura - zwłaszcza w drugiej, piosenkowej połowie, bo pierwsza część zawiera trochę niezbyt zaawansowanych i w sumie niepotrzebnych eksperymentów dźwiękowych. Kompozytor zagrał w tym utworze na wszystkich instrumentach, włącznie z perkusją i klawiszami. Ostatnia ćwiartka należy do Nicka Masona - "The Grand Vizier's Garden Party" to po prostu przydługawe i nieciekawe solo perkusyjne (wzbogacone wstępem i zakończeniem granym na flecie przez żonę bębniarza).

"Ummagumma" pokazuje, że siła Pink Floyd tkwiła we współpracy wszystkich członków, którzy samodzielnie nie potrafili wspiąć się nawet w połowie na ten poziom (co później potwierdziły ich solowe kariery). Koncertowa część to absolutne wyżyny muzyki rockowej. Gdybym miał oceniać ten materiał indywidualnie, nie zawahałbym się przed wystawieniem najwyższej oceny. Solowe nagrania muzyków z drugiej płyty niestety są przerostem ambicji nad umiejętnościami. Niezbyt przemyślanym eksperymentem, brzmiącym jakby sami muzycy nie bardzo wiedzieli, co właściwie pragną osiągnąć. Awangardowe fragmenty wypadają zdecydowanie słabiej od piosenkowych, co pokazuje, że zespół znalazł się na niewłaściwym dla siebie gruncie. Mimo wszystko, "Ummagumma" jako całość zasługuje na wysoką ocenę. Szkoda jednak, że nie jest to po prostu dwupłytowy album koncertowy, na którym starczyłoby miejsca także na "Interstellar Overdrive", "Embryo", "Cymbaline" i inne utwory, jakie zespół wykonywał w tamtym czasie.

Ocena: 8/10



Pink Floyd - "Ummagumma" (1969)

LP1: 1. Astronomy Domine; 2. Careful with That Axe, Eugene; 3. Set the Controls for the Heart of the Sun; 4. A Saucerful of Secrets
LP2: 1. Sysyphus (Parts I-IV); 2. Grantchester Meadows; 3. Several Species of Small Furry Animals Gathered Together in a Cave and Grooving with a Pict; 4. The Narrow Way (Parts I-III); 5. The Grand Vizier's Garden Party (Part I-III)

Skład: David Gilmour - wokal (LP1: 1,4, LP2: 4); gitara (LP1, LP2: 4), bass (LP2: 4), perkusja (LP2: 4), instr. klawiszowe (LP2: 4); Roger Waters - wokal (LP1: 2,3, LP2: 2,3), bass (LP1), gitara (LP2: 2); Rick Wright - wokal (LP1: 1), instr. klawiszowe (LP1, LP2: 1); Nick Mason - perkusja (LP1, LP2: 5)
Gościnnie: Ron Geesin - wokal (LP2: 3); Lindy Mason - flet (LP2: 5)
Producent: Pink Floyd i Norman Smith


7 komentarzy:

  1. W tym tygodniu wzięło mnie na słuchanie starej muzy Floydów więc przy okazji kilka słów na temat tego albumu.
    "Insane" czyli “Niepoczytalny" i właśnie dlatego cały ten album (włącznie ze studyjnym) jest po prostu GENIALNY i obok “Meddle” jest (według mnie) najlepszym dokonaniem poprzedzającym “Dark Side of the Moon”.
    Rok przed jego wydaniem stracili przecież Barreta który cierpiał na schizofrenię, ale taka właśnie wtedy była ich muzyka - mocno psychodeliczna. Trzeba przecież pamiętać że na przełomie lat 60’tych i 70’tych taka muza była szokiem nawet dla ówczesnych recenzentów muzycznych. “Grantchester Meadows” moim zdaniem jest genialne a
    “Several Species of Small Furry Animals Gathered Together in a Cave and Grooving with a Pict” to po prostu przestroga Watersa czego nie należy zbyt często słuchać żeby nie dostać obłędu ;)

    Dla mnie najlepszym kawałkiem na całej płycie jest “Careful With That Axe, Eugene”. To z pewnością jest najlepsze wykonanie tej kompozycji. Słuchając tego mam uczucie że umarłem i znalazłem się w niebie, ale tam uświadamiają mi że to jeszcze nie jest mój czas i wysyłają mnie spowrotem do domu po to żebym mógł się nacieszyć słuchaniem “Ummagumma” jeszcze raz. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten wrzask Watersa jest niesamowity!!!!! Był taki czas, że słuchałem trochę Black Metalu (mam to już za sobą, wracam tylko do Dissection i Burzum), ale nigdy nie słyszałem nikogo, kto byłby w stanie się wydrzeć tak wymownie, przerażająco, a przy tym naturalnie, jak Roger. W wersji z 1972 roku wymiata jeszcze bardziej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na mnie największe wrażenie robi tutejsza wersja ;)

      Usuń
    2. To fakt, kto by pomyślał że on tak potrafił oczywiście dzisiaj na pewno nie wydał by z siebie takiego dźwięku. Nigdy wcześniej ani później też go nie wydał więc ta kompozycja była idealna aby to zrobić. A płyta Ummagumma to jedna z najbardziej kontrowersyjnych płyt jakie słyszałem, nikt nie nagrał czegoś takiego wcześniej ani później nikt nie miał na tyle odwagi. Dodanie do niej wersji live było sprytnym posunięciem.

      Usuń
    3. To nie do końca tak. Zespół chciał nagrać album awangardowy, ale nie bardzo wiedział, co konkretnie chce osiągnąć i jak to zrobić. Muzycy wyraźnie tutaj błądzą po omacku, za pomocą różnych dziwactw próbując ukryć, że kompletnie nie mają pojęcia, co robią. Natomiast i wcześniej, i później, byli wykonawcy, którzy z poważnej awangardy czerpali w sposób znacznie bardziej świadomy, doskonale wiedząc, co i jak chcą osiągnąć. Żeby nie być gołosłownym, podsunę parę nazw: AMM, The Red Crayola, Henry Cow czy praktycznie cały nurt Rock in Opposition. A przecież jeszcze jest awangarda jazzowa...

      Albumowi wyszłoby zdecydowanie na dobre, gdyby w całości składał się z nagrań koncertowych. Zespół miał przecież mnóstwo materiału, np., wersję "Insterstellar Overdrive" zarejestrowaną w tym samym czasie co pozostałe koncertowe kawałki z "Ummagummy", ale też pełno nagrań dla BBC (np. 15-minutową wersję "Fat Old Sun", różne rozbudowane wykonania "Embryo"). W takiej formie, byłby to jeden z najlepszych albumów koncertowych w historii fonografii.

      Usuń
    4. Tak zdaje sobie sprawę że awangardowe albumy były wcześniej, ale nie w znanych mainstreamowych zespołach. Może ujmę to w inny sposób, w sumie to odnosi się tylko do Polski gdzie panuje mała świadomość muzyczna, zespoły które wymieniłeś nie wymieni prawie nikt spotkany na ulicy a Pink Floyd może będzie znała co 3 osoba głównie za te bardziej popularny płyty jak "The Wall" i w sumie chodziło mi oto że tak znany zespół ma taką płytę w dyskografii.

      Usuń
    5. No, ale w tamtym czasie Pink Floyd był związany raczej z podziemną sceną, niż głównym nurtem. W tym drugim owszem, był obecny, ale tylko za sprawą dwóch singli - "Arnold Layne" i "See Emily Play" - które były zupełnie niereprezentatywne dla tego, co muzycy robili na koncertach, czy nawet w studiu. Wielki sukces nadszedł później. Gdyby zespół zakończył działalność przed "The Dark Side of the Moon", to raczej też mało kto by dzisiaj kojarzył tę nazwę. Inna sprawa, że w tamtych czasach granica między undergroundem i mainstreamem nie była wcale tak oczywistą i niekwestionowana sprawą, jak obecnie.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.