17 czerwca 2012

[Recenzja] Pink Floyd - "The Piper at the Gates of Dawn" (1967)



Rok 1967 przyniósł kilka ważnych, przełomowych dla muzyki rockowej albumów. Ciekawie rozwijały się nurty psychodeliczny i bluesrockowy, wydając na świat takie dzieła, jak - wymieniając tylko te najważniejsze - "Are You Experienced" The Jimi Hendrix Experience, "Disraeli Gears" Cream, "Surrealistic Pillow" Jefferson Airplane, debiuty The Velvet Underground i The Doors, czy prawdopodobnie najsłynniejszy album Beatlesów, czyli "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band". W czasie, gdy nagrywany był ten ostatni, w studiu obok pracowała nad swoim debiutem mało wówczas znana, choć kultowa w londyńskim "podziemiu", grupa Pink Floyd. Jeszcze dwa lata wcześniej był to niepozorny zespół rhythm'n'bluesowy. Jednak pod wpływem takich wykonawców, jak The Byrds czy The Mothers of Invention, grupa podążyła w bardziej eksperymentalne rejony. Na koncertach coraz większą rolę zaczęły odgrywać długie, psychodeliczne, kakofoniczne jamy, składające się ze zgrzytliwych, atonalnych partii gitary, "kosmicznych" dźwięków elektrycznych organów, oraz transowego podkładu sekcji rytmicznej.

Wielu ówczesnych wielbicieli zespołu musiało być bardzo rozczarowanych, gdy do sprzedaży trafił debiutancki album "The Piper at the Gates of Dawn" (tytuł został zaczerpnięty z książki dla dzieci "O czym szumią wierzby" Kennetha Grahame'a). Znane z koncertów psychodeliczne odloty pojawiają się tylko w dwóch instrumentalnych utworach,podpisanych nazwiskami wszystkich ówczesnych muzyków - "Pow R. Toc H." i "Interstellar Overdrive". Choć z drugiej strony, są to dwa najdłuższe utwory na tym albumie. I o ile pierwszy nie przekracza czterech i pół minuty, tak drugi trwa ponad dwa razy tyle, co stanowi jedną czwartą całego albumu. Jego wyjątkowość nie tkwi jednak w samej długości - ta szalona, bardzo swobodna improwizacja po prostu niesamowicie wciąga i hipnotyzuje swoim klimatem. Echa tego typu grania słychać jeszcze w warstwie instrumentalnej "Take Up Thy Stethoscope and Walk" - jedynej tutaj kompozycji Rogera Watersa - i "Astronomy Domine", autorstwa ówczesnego lidera grupy, Syda Barretta. Ten ostatni utwór jeszcze przez kilka lat był stałym punktem koncertów grupy i trudno się temu dziwić, bo to najlepsza, obok "Interstellar Overdrive", wizytówka tego składu. Reszta albumu - napisana przez samego Barretta - ma już zupełnie inny charakter. To bardziej piosenkowe, melodyjne utwory, o baśniowym klimacie. Mniej eksperymentalne, choć dzięki klawiszom Ricka Wrighta zachowujące psychodeliczny nastrój. Wyróżniają się zwłaszcza pozbawiony rytmu "Chapter 24", oraz przywodzący na myśl ówczesne eksperymenty brzmieniowe Beatlesów "Bike".

"The Piper at the Gates of Dawn" niewiele ma wspólnego z późniejszymi dokonaniami Pink Floyd. Ba, ciężko w ogóle znaleźć jakiś podobny album. Jasne, ta muzyka nie wzięła się całkiem znikąd i słyszalne są w niej wpływy The Byrds, Zappy, tudzież Beatlesów (coś tam muzycy podsłuchali zza ściany), całość brzmi jednak bardzo oryginalnie i niepowtarzalnie. Album zachwyca kreatywnością i niekonwencjonalnym podejściem zespołu. Niestety, w przeciwieństwie do jego późniejszych dokonań, wyraźnie się zestarzał. Szczególnie w tych mniej eksperymentalnych momentach, dziś brzmiących trochę infantylnie.

Ocena: 8/10



Pink Floyd - "The Piper at the Gates of Dawn" (1967)

1. Astronomy Domine; 2. Lucifer Sam; 3. Matilda Mother; 4. Flaming; 5. Pow R. Toc H.; 6. Take Up Thy Stethoscope and Walk; 7. Interstellar Overdrive; 8. The Gnome; 9. Chapter 24; 10. The Scarecrow; 11. Bike

Skład: Syd Barrett - wokal i gitara; Roger Waters - bass, wokal; Richard Wright - instr. klawiszowe, wokal; Nick Mason - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Norman Smith


5 komentarzy:

  1. Dla mnie "The Piper..." zawsze będzie klasykiem, niepodobnym do niczego, co kiedykolwiek zostało nagrane. Pozostaje się tylko cieszyć, choć wiem, jak okrutnie to może brzmieć, że Syd Barret nie pociągnął długo z Pink Floyd. Wprawdzie jego osobowości grupa w głównej mierze zawdzięcza swój sukces, ale z czasem doprowadziłby kapelę do upadku. A tak do Floydów dołączył Gilmour, Waters postawił ją na nogi, a "Kobziarz" wciąż jest albumem jedynym w swoim rodzaju.

    Czytając twoje wcześniejsze wypowiedzi na temat Barreta byłem przekonany, że będzie tu widnieć niższa ocena. Cieszę się, że jednak doceniasz ten album tak, jak na to zasługuje. Nie sądzę natomiast, by się jakkolwiek zestarzał, właśnie dzięki tym wszystkim eksperymentom. Barret po prosty żył we własnym świecie i tak już zostało. Czasem mam wrażenie, że do takiej "dziwności" celowo i nieudolnie próbuje dążyć wiele kapel, poprzez jakieś sztuczki studyjne i inne tego typu rzeczy.

    OdpowiedzUsuń
  2. najlepsza płyta Flojdów mz.
    peiter

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie słuchałem wcześniej zbytnio Pink Floyd. To był błąd :)

    W sumie dlaczego ta recenzja powstała tak późno względem innych tego zespołu?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To był wielki błąd ;)

      Pięć lat temu niespecjalnie przepadałem za tym albumem. Ale do tamtego czasu przesłuchałem go może ze trzy razy. Mimo, że miałem go na winylu - przez przypadek, bo chciałem kupić "A Saucerful of Secrets", ale jedyny egzemplarz w sklepie kosztował 150 zł. Zamiast niego kupiłem więc składaka "A Nice Pair", czyli debiut i "ASoS" w jednej okładce, za 100 zł ;) I całe szczęście, bo dzięki temu posłuchałem tego albumu jeszcze parę razy i stopniowo się do niego przekonywałem.

      Usuń
  4. Jedna z moich ulubionych, płyta wyjątkowa jedyna tak oniryczna i magiczna zarazem. Płyta na której rozpoczął i skończył się Syd Barrett klimat i świetne riffy jak i tajemniczość tej płyty sprawiła że wsiąkłem w nią na długie tygodnie zafascynowałem się nią niesamowicie, prawie wszystko jest w niej świetne i intrygujące a kosmiczna podróż "Interstellar Overdrive" nieraz przytłoczyła mnie swoim geniuszem i przyprawiła o łzy szczęścia. Za to kocham.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.