19 czerwca 2012

[Recenzja] Pink Floyd - "More" (1969)



Trzeci album Pink Floyd to w praktyce soundtrack do tak samo zatytułowanego filmu w reżyserii Barbeta Schroedera. Dlatego też znaczna część tego wydawnictwa (w tym prawie cała druga strona wydania winylowego) to instrumentalna muzyka o zdecydowanie ilustracyjnym charakterze. Czasem naprawdę ciekawa, o hipnotyzującym, psychodelicznym charakterze ("Main Theme", "Up the Khyber", "Dramatic Theme"), kiedy indziej będąca po prostu nieabsorbującym tłem (np. ambientowy "Quicksilver"). Znalazło się tu także kilka prostych, melodyjnych piosenek. Zwykle o łagodnym charakterze, jak wzbogacony o elementy muzyki konkretnej "Cirrus Minor", "Green Is the Colour" (który wszedł na kilka lat do koncertowej setlisty zespołu), czy najładniejszy z nich "Cymbaline", ze wspaniałą partią organów o onirycznym nastroju. Sporym zaskoczeniem, zarówno w kontekście wcześniejszej, jak i późniejszej twórczości zespołu, są utwory "The Nile Song" i "Ibiza Bar" - oba bardzo ostre brzmieniowo, hałaśliwe, wręcz agresywne. Zespół pokazuje tu pazury, a efekt jest naprawdę dobry, zwłaszcza w pierwszym z tych utworów.

Warto odnotować, że "A Spanish Piece" - miniaturka z partią gitary akustycznej w hiszpańskim stylu - jest pierwszym utworem, jaki dla Pink Floyd samodzielnie napisał David Gilmour. Zresztą muzyk ten odgrywa na "More" znacznie bardziej prominentną rolę, niż na poprzednim w dyskografii "A Saucerful of Secrets". Dopiero tutaj słychać, jak wiele grupa zyskała na jego dołączeniu. Po pierwsze, zyskała świetnego, rozpoznawalnego wokalistę, o bardzo przyjemnej, ciepłej barwie głosu, gdy jednak trzeba, potrafiącego śpiewać także w mocniejszy sposób (vide "The Nile Song" i "Ibiza Bar"). Zaś po drugie, zyskała jeszcze lepszego gitarzystę - może i nieszczególnie sprawnego pod względem technicznym, ale za to mającego bardzo charakterystyczne brzmienie i styl, czerpiący z bluesa, równie piękny i emocjonalny. Choć dopiero na kolejnych albumach w pełni pokazał, na co go stać.

"More" należy raczej traktować jako dodatek do podstawowej dyskografii Pink Floyd. Dla zespołu był to raczej krok w bok, niż do przodu, choć pewne zaprezentowane tu rozwiązania (jak eksperymenty z muzyką konkretną) znalazły kontynuację na kolejnych albumach. Zdecydowanie nie wybitne, ale za to całkiem przyjemne wydawnictwo.

Ocena: 7/10



Pink Floyd - "More" (1969)

1. Cirrus Minor; 2. The Nile Song; 3. Crying Song; 4. Up the Khyber; 5. Green Is the Colour; 6. Cymbaline; 7. Party Sequence; 8. Main Theme; 9. Ibiza Bar; 10. More Blues; 11. Quicksilver; 12. A Spanish Piece; 13. Dramatic Theme

Skład: David Gilmour - wokal (1-3,5,6,9,12), gitara (1-3,5,6,8-13), flażolet (7); Roger Waters - bass (2-6,8-10,13); Rick Wright - instr. klawiszowe (1,3-6,8-11,13); Nick Mason - perkusja (2-11,13)
Gościnnie: Lindy Mason - flażolet (5,7)
Producent: Pink Floyd


1 komentarz:

  1. Muszę przyznać że im więcej płyt znam tym bardziej doceniam ten zespół, ta płyta jako projekt poboczny i ścieżka dźwiękowa do filmu jest zadziwiająco dobra. Kiedy pewnego razu włączyłem ją na wierzy doszło do mnie że to przecież niezła płyta a traktowałem ją po macoszemu, przede wszystkim bardzo przyjemne Floydowskie ballady i pierwszy tak agresywny w historii zespołu numer jak "The Nile Song" inne tła muzyczne i eksperymenty aż tak nie rażą na tle tych wspaniałych utworów. Świetne, i przyjemne zarazem.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.