17 maja 2012

[Recenzja] Black Sabbath - "Headless Cross" (1989)



Po nagraniu dwóch albumów w zupełnie przypadkowym składzie, Tony Iommi zaczął budować prawdziwy zespół. Oprócz Tony'ego Martina i Geoffa Nichollsa, znaleźli się w nim perkusista Cozy Powell (wcześniej muzyk The Jeff Beck Group, Rainbow i Whitesnake), oraz basista Neil Murray (wcześniej członek m.in. Colosseum II, National Health, Whitesnake i zespołu Gary'ego Moore'a). Zanim jednak ten ostatni dołączył do składu, pozostali muzycy - wsparci przez sesyjnego basistę Laurence'a Cottle'a - zarejestrowali materiał na album zatytułowany "Headless Cross".

Przyznaję, że mam sentyment do tego wydawnictwa - był to pierwszy album sygnowany nazwą Black Sabbath, jaki usłyszałem w całości. Wtedy zrobił na mnie spore wrażenie, lecz dziś patrzę na niego w bardziej krytyczny sposób. Iommi i spółka ewidentnie próbowali być na czasie i dlatego zawartość tego longplaya niebezpiecznie zbliża się do amerykańskiego soft metalu z końca lat 80. Drażni wypolerowanym brzmieniem i kiczowatymi tłami z syntezatora, którymi zepsuto praktycznie każdy utwór. Z drugiej strony, słychać tutaj znaczny postęp w porównaniu z poprzednim w dyskografii "The Eternal Idol". Między muzykami panuje lepsza chemia. Martin i Powell zdołali się już zaaklimatyzować (obaj, wraz z Iommim, są współautorami wszystkich utworów). Jednak przede wszystkim lepsze są same kompozycje. Czy to w podniosłym utworze tytułowym, czy w przebojowych "Kill in the Spirit World", "Call of the Wild" i "Black Moon" (ten ostatni, w wersji w innej tonacji, był już wydany na stronie B singla "The Shining"), czy w balladach "When Death Calls" (z gościnną solówką Briana Maya z Queen) i "Nightwing" - słychać tu po prostu radość z grania i dobre pomysły melodyczne. To bardzo miła odmiana po wymęczonym "The Eternal Idol". Album przyniósł zespołowi nawet dwa małe przeboje - utwory "Headless Cross" i "Devil & Daughter" trafiły do drugiej pięćdziesiątki UK Singles Chart. Były to pierwsze notowane single Black Sabbath od 1981 roku.

"Headless Cross", pomimo swojej nieciekawej stylistyki i sporej dawki kiczu (przede wszystkim w partiach Martina i Nichollsa), jest całkiem udanym albumem. Warto docenić go chociażby za grę Tony'ego Iommiego, który wrócił do naprawdę dobrej formy.

Ocena: 6/10



Black Sabbath - "Headless Cross" (1989)

1. The Gates of Hell; 2. Headless Cross; 3. Devil & Daughter; 4. When Death Calls; 5. Kill in the Spirit World; 6. Call of the Wild; 7. Black Moon; 8. Nightwing


Skład: Tony Martin - wokal; Tony Iommi - gitara; Cozy Powell - perkusja; Geoff Nicholls - instr. klawiszowe

Gościnnie: Laurence Cottle - bass; Brian May - gitara (4)
Producent: Tony Iommi i Cozy Powell


Po prawej: okładka wydań spoza Wielkiej Brytanii.


3 komentarze:

  1. Też uważam że to jedna z najlepszych płyt Sabbath. Bardzo podoba mi się to potężne brzmienie. Amerykańskie? Hmm nie sądzę. Monunentalnie brzmi na początek utwór tytułowy w którym perkusja Powella rewelacyjnie nadaje ciężkości. When Death Calls to naprawde numer na poziomie płyt z Dio i Ozzym. Poza tym klasyczna i charakterystyczna solówka Briana Maya. Cudo!!! Szkoda że wielcy kumple Iommi i May nie nagrali nigdy wspólnej płyty... Wszystkie numery z tego albumu trzymają bardzo wysoki poziom. Można przyczepic się że Kill in the Spirit World jest zbyt patetyczny i cholernie wkurzające jest wyciszenie w Nightwing. Poza tym rewelacja.

    OdpowiedzUsuń
  2. W pewnym stopniumiałem podobnie co Ty, tzn. pierwszym utworem Black Sabbath jaki usłyszałem "Headless Cross" - chciałem sprawdzić grupę na Youtube, wpisałem Black Sabbath i ten utwór wyskoczył mi jako pierwszy (do dziś nie wiem, z jakiej racji) :D Później zapoznałem się z całym "Paranoid" i długo męczyło mnie pytanie, jakim cudem grupa, która wcześniej grała TO, później zaczęła grać TO. Sporo na tym albumie dobrego, ale utwór tytułowy jest paskudny. Zwłaszcza Martin odwala tu, moim zdaniem, pseudoteatralną fuszerę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z kolei pierwszym utworem zespołu, jaki ja poznałem, był "Sabbath Bloody Sabbath" - trudno o lepszą zachętę do dalszego odkrywania ich twórczości ;) W dalszej kolejności poznałem "Iron Man", "Paranoid", "Children of the Grave", "Under the Sun" i "Heaven and Hell". Nie pamiętam już w jakiej kolejności, ale na pewno były to te utwory, bo miałem je wypalone na CD-R, razem z kilkoma przypadkowymi kawałkami AC/DC i jeszcze jakiegoś zespołu, chyba Iron Maiden.

      A pierwszym albumem Black Sabbath, jaki kupiłem, był CD "Sabbath Bloody Sabbath".

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.