25 maja 2012

[Recenzja] Deep Purple - "Shades of Deep Purple" (1968)



W przeciwieństwie do większości wykonawców, grupa Deep Purple bardzo wcześnie odniosła komercyjny sukces. Być może dlatego, że część składu już wcześniej zdobyła doświadczenie jako muzycy sesyjni. Już kilka tygodni po sformowaniu pierwszego składu, muzycy wypuścili singiel ze swoją wersją "Hush" (przeboju Billy'ego Joe Royala, autorstwa Joe Southa), który trafił na czwarte miejsce w amerykańskich notowaniach, a na drugie w Kanadzie (w rodzimej Wielkiej Brytanii zespół nie będzie zauważany aż do 1970 roku - wcześniej EMI/Parlophone skupiali się wyłącznie na promocji The Beatles). Kując żelazo póki gorące, Amerykanie wymusili na zespole jak najszybsze nagranie pełnego albumu. I dlatego właśnie "Shades of Deep Purple" jest albumem bardzo niezdecydowanym stylistycznie i portretującym zespół przed wypracowaniem własnego charakteru.

Longplay aż w połowie składa się z cudzych utworów. Fakt, że zespół nie ograniczył się do zwykłego odegrania ich w zgodzie z pierwowzorami. W przypadku wspomnianego "Hush" jest to tylko zaostrzenie brzmienia, ale już w przeróbkach "I'm So Glad" Skipa Jamesa i "Hey Joe" The Leaves (fanom rocka bardziej znanych z wykonań - odpowiednio - supergrupy Cream i The Jimi Hendrix Experience) pojawiają się długie instrumentalne wstępy, inspirowane muzyką klasyczną (w "Prelude: Happiness", czyli wstępie do "I'm So Glad", pojawia się cytat z "Scheherazade" Nikołaja Rimski-Korsakowa, a w "Hey Joe" - z "Mars, the Bringer of War" Gustava Holsta). Natomiast beatlesowski "Help!", w oryginale bardzo dynamiczny, został przerobiony na spokojną balladę - czyli tak, jak pierwotnie miał być nagrany przez Wspaniałą Czwórkę.

Jeżeli zaś chodzi o autorski repertuar, to zespół kompletnie jeszcze nie miał pojęcia, jaką muzykę chciałby wykonywać. "One More Rainy Day" i "Love Help Me" to poprockowe piosenki, które bardziej kojarzą się z pierwszą połową lat 60., niż 1968 rokiem. Z drugiej strony, znalazły się tutaj także takie utwory, jak "Mandrake Root" i instrumentalny "And the Address", które zdają się zapowiadać hardrockowy kierunek obrany wkrótce przez zespół. Zresztą ten pierwszy był obowiązkowym punktem koncertów jeszcze w 1971 roku, kiedy pierwszy skład Deep Purple był już historią. Na żywo "Mandrake Root" rozrastał się nawet do kilkunastu minut, chociaż już w 6-minutowej wersji studyjnej sporą część stanowiły rozbudowane solowe popisy, o psychodeliczno-orientalnym zabarwieniu.

"Shades of Deep Purple" jest w dyskografii Deep Purple raczej ciekawostką dla jej najwierniejszych fanów, chcących się przekonać jak wyglądały początki zespołu, oraz dla osób bardzo lubiących psychodeliczne granie z końca lat 60.

Ocena: 6/10



Deep Purple - "Shades of Deep Purple" (1968)

1. And the Address; 2. Hush; 3. One More Rainy Day; 4. Prelude: Happiness / I'm So Glad; 5. Mandrake Root; 6. Help!; 7. Love Help Me; 8. Hey Joe

Skład: Rod Evans - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instr. klawiszowe; Nick Simper - bass; Ian Paice - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Derek Lawrence


4 komentarze:

  1. Ja wiem, że to było 4 lata temu, ale... To mój ulubiony album Purpli i w ogóle jedna z ulubionych płytek ever. Ta niepohamowana swoboda w And the Address, Mandrake Root czy coverach Hey Joe i I'm so glad razem ze wstępem, które po prostu zmiotły oryginały, przywodzi mi na myśl rock progresywny. Jest też najlepszy wg mnie cover Hush jaki wykonano i Help, który dziś nie leci naftaliną jak oryginał. tylko Love help me i One rainy day odstają od reszty - takie zwykłe kawałki z tamtych czasów (przywodzą mi na myśl Skaldów) ale kolejność utworów jest taka, że w żadnym momencie nie pojawia się uczucie "dalej nie ma co słuchać". A czemu komentuję to teraz? Właśnie dotarło do mnie oryginalne wydanie tego krążka na CD (bez bonusów) i zaciekawiło mnie czy napisałeś coś o tej płycie. Słuchałeś jej od tamtego czasu?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie przypominam sobie, żebym słuchał jej od tamtego czasu. Ale czasem włączam składankę "Mark I & II", na której jest połowa utworów z tego krążka ("Hush", "Help", "Hey Joe" i "Mandrake Root"). Jednak resztę też dość dobrze pamiętam, bo kiedyś często tego słuchałem. I w sumie dalej zgadzam się z tą recenzją ;)

      Przeróbki "Hey Joe" i "I'm So Glad" niewątpliwie przewyższają wersje The Leaves i Skipa Jamesa, ale daleko im do wspomnianych wyżej wykonań Hendrixa i Cream (szczególnie wersji z "Goodbye"). Z kolei "Help" nigdy nie przekonywał mnie w wersji balladowej. Dla mnie brzmi ona jak jeden z wielu podobnych kawałków. Oryginał był natomiast w chwili wydania czymś niepowtarzalnym. Ileż tam jest energii! "Leci naftaliną"? Być może brzmienie nieco się zestarzało, ale nie tak bardzo jak w większości kawałków - nie tylko Beatlesów - z pierwszej połowy lat 60. "Hush" nie pamiętam w żadnej innej wersji. Tą purplową lubię, choć nie jakoś bardzo ;)

      "Love Help Me" i "One More Rainny Day" mają strasznie archaiczne, jak na 1968 rok, melodie. Ten pierwszy broni się przynajmniej ciężkim brzmieniem, które nie zestarzało się. Drugi wypada pod tym względem nieco słabiej. Natomiast "And the Address" i - zwłaszcza - "Mandrake Root" są już wyraźną zapowiedzią tego, co zespół zaczął grać na początku następnej dekady. I moim zdaniem to najciekawsze fragmenty całości.

      Obecnie wystawiłbym podobną ocenę. Może 7/10, ale nie więcej ;)

      Usuń
  2. Dla mnie zaletą tej płyty jest młodzieńcza rześkość - to wszystko jest niewymuszone i na takim luzie, czego nie można powiedzieć o żadnej z ich następnych płyt. Nie pamiętam już dobrze ich krążków po Book of Taliesyn, poza Machine Head, ale czegoś tak różnokolorowego jak ten, już nie mieli - stawiam go nawet wyżej od In Rock, do którego po jednym słuchaniu nie miałem już ochoty wracać. Kwas, peace, flowerpower - to najlepiej określa ten krążek. Wg mojej skali jest to jakieś 8.7 (w tym 0.5 za szaleństwo)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wymuszony to był dopiero "Who Do We Think You Are". Wcześniej cały czas było słychać radość ze wspólnego grania. A najbardziej chyba właśnie na "In Rock" - bo tuż wcześniejszej Blackmore, Lord i Paice pozbyli się muzyków z którymi tak naprawdę nigdy nie chcieli grać (Evans, Simper) i byli podekscytowani współpracą z Gillanem i Gloverem. Konflikt Blackmore'a i Gillana narodził się później ;) Na "In Rock" zespół wyrobił sobie też własny styl, wcześniej brzmieli jak podróbka innych grup. Co do "różokolorowości" debiutu w pełni się zgadzam, ale nie traktuję jej jako zalety :D Fajnie, jak utwory na danym albumie są różnorodne, dopóki jest jakiś wspólny pierwiastek. Tu go brakuje. Zresztą i później zespół miał z tym problem. Np. country'owy "Anyone's Daughter" kompletnie nie pasuje do reszty "Fireball". Choć już bluesowy "Lazy" jest świetnym urozmaiceniem "Machine Head". A dodanie wpływów funkowo-soulowych w okresie Mark III/IV rewelacyjnie odświeżyło styl grupy.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.