8 czerwca 2017

[Recenzja] Roger Waters - "Is This the Life We Really Want?" (2017)



Is This the Album We Really Want?

Nigdy dotąd nie dawałem swoim recenzjom tytułów, jednak w tym wypadku nie mogłem się temu oprzeć. Trzeba mieć sporo tupetu - a tego, jak wiadomo, Rogerowi Watersowi nigdy nie brakowało - by po dwudziestu pięciu latach milczenia wrócić z takim albumem, jak "Is This the Life We Really Want?". Nie było to rzecz jasna całkowite milczenie, gdyż w międzyczasie Waters podjął się napisania własnej opery, "Ça Ira" (przedsięwzięcie to skończyło się, oczywiście, totalną katastrofą), a także zagrał niezliczoną ilość tras koncertowych, na których odgrywał głównie utwory z repertuaru Pink Floyd. W tym roku mija natomiast dokładnie ćwierć wieku, odkąd ukazał się jego poprzedni album z całkowicie premierowym, rockowym materiałem - "Amused of Death". Jego następca zapowiadany był tak długo, że już dawno można było zwątpić, że kiedykolwiek zostanie wydany. Rzeczywiste nagrania ciągnęły się od 2010 roku. Efekt tej siedmioletniej sesji jest jednak zaskakująco, jak na tak długi czas nagrywania, wyprany z pomysłów.

Tego jednak można było się spodziewać. Przecież cała dotychczasowa solowa kariera Watersa to powielanie pomysłów z dwóch ostatnich albumów Pink Floyd, w których nagrywaniu brał udział - "The Wall" i "The Final Cut". "Is This the Life We Really Want?" jest zdecydowanie bliższy tego drugiego. Podobnie jak na tamtym albumie, dominuje tutaj spokojne granie, zdominowane przez brzmienia gitary akustycznej i klawiszy, czasem z towarzyszeniem smyczków. Jednak na "The Final Cut" było kilka naprawdę pięknych, poruszających melodii, a jakości dodawały świetne solówki Davida Gilmoura. Na "Is This the Life We Really Want?" utwory są dość nijakie melodycznie, monotonne i smętne, a w dodatku praktycznie pozbawione gitarowych solówek (tym razem Waters nie zaangażował żadnego wielkiego gitarzysty, na miarę Erica Claptona i Jeffa Becka, z którymi współpracował w przeszłości). Zresztą muzyka jest tu tak naprawdę tylko dodatkiem do tekstów (które, jak zwykle, są bardzo zaangażowane, bezkompromisowe i agresywne). Wysunięcie na pierwszy plan partii wokalnych nie było rozsądnym posunięciem. Waters nigdy nie był wielkim wokalistą, a obecnie brzmi naprawdę słabo. Często ucieka się do melorecytacji, a gdy już próbuje śpiewać, brzmi jakby zaraz miał całkiem opaść z sił, wydając ostatnie tchnienie.

Zdecydowanie najbardziej udany jest tutaj ostatni kwadrans, w postaci zadziornego "Smell the Roses", oraz tworzących pewną całość "Wait for Her", "Oceans Apart" i "A Part of Me Died", będących bardzo ładnym zakończeniem. "Smell the Roses" słusznie został wybrany na pierwszy singiel - bo to jedyny tak chwytliwy i energetyczny utwór na albumie - choć wprowadzający w błąd, bo sugerujący zupełnie inny, bardziej dynamiczny album. Tymczasem okazał się tutejszym odpowiednikiem "Not Now John" z "The Final Cut", czyli jedynym żywszym utworem na całym albumie. A propos Floydów, kawałek brzmi jak skrzyżowanie "Have a Cigar" z "Dogs". Takich nawiązań, a wręcz zapożyczeń, jest tutaj mnóstwo. Przykładowo, w "Picture That" można wręcz odnieść wrażenie, że wspamplowano do niego fragmenty "One of These Days" i "Welcome to the Machine". Z kolei "Oceans Apart" i "Déjà Vu" opierają się na gitarowej zagrywce z "Pigs on the Wing". Tytuł tego drugiego jest wyjątkowo adekwatny - tym bardziej, że słychać tu także podobieństwa do "Mother" i tytułowego utworu z "The Final Cut". To tylko kilka najbardziej jawnych przykładów autoplagiatu, ale takich "smaczków" jest tutaj więcej. Jakby tego było mało, całość została wzbogacona typowymi dla Watersa efektami pozamuzycznymi (głosy stylizowane na audycję radiową/program telewizyjny, szczekanie psa, piski mew, itp.). Abstrahując od tego, czy te nawiązania wynikają z braku pomysłów, chłodnej kalkulacji, czy może są sympatycznym gestem dla wielbicieli Pink Floyd - wszystkie te kawałki są po prostu słabsze od swoich pierwowzorów i to znacznie słabsze. Praktycznie pod każdym względem - kompozycji, aranżacji, wykonania. Może z wyjątkiem brzmienia, które jest porównywalnie dobre.

Czy naprawdę potrzebowaliśmy takiego albumu, jak "Is This the Life We Really Want?", będącego kolejną wariacją na temat "The Final Cut"? Co w ogóle motywowało Watersa, by go nagrać? Zapewne wyłącznie chęć zabrania głosu na ważne dla niego tematy. Niestety, skupiając się na warstwie tekstowej, zaniedbał to, co w muzyce powinno być najważniejsze - czyli samą muzykę. Kompozycje z "Is This the Life We Really Want?" to pójście po linii najmniejszego oporu. Tkwienie w bezpiecznej niszy. Po 25-letniej przerwie wypadałoby nagrać coś bardziej odkrywczego. Nie wspominając już o tym, że mając tak wiele czasu, Waters mógł postarać się skomponować lepsze utwory.

Ocena: 4/10



Roger Waters - "Is This the Life We Really Want?" (2017)

1. When We Were Young; 2. Déjà Vu; 3. The Last Refugee; 4. Picture That; 5. Broken Bones; 6. Is This the Life We Really Want?; 7. Bird in a Gale; 8. The Most Beautiful Girl in the World; 9. Smell the Roses; 10. Wait for Her; 11. Oceans Apart; 12. A Part of Me Died

Skład: Roger Waters - wokal, gitara, bass; Nigel Godrich - instr. klawiszowe, gitara; Gus Seyffert - gitara, instr. klawiszowe, bass; Jonathan Wilson - gitara, instr. klawiszowe; Roger Joseph Manning, Jr. - instr. klawiszowe; Lee Pardini - instr. klawiszowe; Joey Waronker - perkusja; Jessica Wolfe, Holly Laessig - dodatkowy wokal
Producent: Nigel Godrich


24 komentarze:

  1. Tacy ludzie jak Ty powinni pracować w "Teraz Rock". Może wtedy nie miałbym nieprzyjemności czytać recenzji, w której jedno z największych rozczarowań tego roku dostaje 5 gwiazdek na 5, a plagiatowanie fragmentów własnych kompozycji z "Animals" nazywane jest "majstersztykiem nawiązań.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To było do przewidzenia, że ten album dostanie w TR komplet gwiazdek. Tam Waters jest przecież uważany za najwyższego boga i ta ocena czekała na niego jeszcze zanim w ogóle wszedł do studia ;)

      Usuń
    2. Jak kiedyś w TR będzie recenzja nowego albumu z oceną poniżej 3/5 gwiazdek (czy nawet 3,5/5) to będzie prawdziwe święto, wyjątek od reguły. A te najsłabsze, jak np. "Infinite" są właśnie najlepiej oceniane.

      Usuń
    3. Jeśli dobrze pamiętam, była kiedyś recenzja wówczas najnowszego albumu Motorhead z oceną 3 lub mniej. Widocznie wydała to wytwórnia, która nie wysyła redakcji darmowych egzemplarzy płyt i nie ułatwia im przeprowadzania wywiadów ze swoimi podopiecznymi ;)

      Usuń
    4. A pewnie że były takie recenzje, ale to było dobre kilka lat temu.

      Usuń
    5. TR niestety poszedł już w politykę, szkoda, za to z przyjemnością zawsze czytam recenzję tu na blogu, nie zawsze się zgadzam ale cóż każdy coś innego dostrzega w muzyce

      Usuń
  2. Co za ulga... Już myślałem, że tylko mnie ten album wydaje się nudny i zwyczajnie niepotrzebny... Ile razy można nagrywać tą samą płytę?

    OdpowiedzUsuń
  3. Bieda z nędzą - nie dosłuchałem do końca;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja pozwolę sobie mieć odmienne zdania. Przede wszystkim fajnie, że Roger Waters w wieku 73 lat wydaje płytę z premierową muzyką. Oczekiwania widać były wielkie - tylko dlaczego? Ja osobiście nie miałem żadnych oczekiwań i nie rozczarowałem się. Czy płyta zasługuje na tak niską ocenę czy na maksymalną trudno powiedzieć. Mnie po kilku przesłuchaniach podoba się znacznie bardziej niż po pierwszym.

    Parę słów odnośnie odżegnywanego od czci i wiary Teraz Rocka. Dla mnie czytelnika TR od 25 lat jest on wartością samą w sobie - dlatego, że wciąż jest. Nic mi nie przeszkadza czytać TR oraz tego bloga, ponieważ bardzo lubię czytać o muzyce. Poznawać innych opnie. Pawłowi się płyta nie podoba a mnie tak i ok.

    Jeszcze parę słów do ROLU (też często zaglądam). Ktoś kto pisze o muzyce i wydaje opinie o płycie, której jakoby nie dosłuchał do końca? Nie kompromituj się chłopie...

    Pozdrawiam Cię Pawle, dzięki Tobie poznałem trochę dobrej muzyki. Tak trzymaj.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już myślałem, że nie pojawi się tu żadna odmienna opinia. Dzięki za urozmaicenie dyskusji ;)

      Opinie fanów odnośnie nowego albumu Watersa są podzielone i zależą chyba wyłącznie od ich subiektywnych odczuć i preferencji. Za to ciekawie wygląda zróżnicowanie recenzji. W gazetach i dużych portalach internetowych - wyłącznie pozytywne, z maksymalną oceną. A na niezależnych stronach i blogach - mieszane lub negatywne.

      Usuń
    2. Przepraszam bardzo - gdzie tu kompromitacja? Opisałem jednym zdaniem swoje odczucia. Nie dosłuchałem do końca, nie planuję próbować ponownie ani pisać recenzji, którą ewentualnie mógłbym się skompromitować;)
      Co do TR - twardy jesteś:) Ja dałem sobie spokój parę lat temu. Nudzą mnie 5/5 dla różnego rodzaju potworków;) Pozdro!

      Usuń
  5. Parę luźnych myśli: żaden solowy album członków Pink Floyd nie otwierał nowych horyzontów. I wydaje mi się, że oceniając płytę Watersa, trzeba potraktować ją jak przedstawiciela samoistnej kategorii. Co dostaliśmy? Typowy watersowski moralitet, rozpisany na głos, efekty specjalne i postfloydowski akompaniament. Nikt by nie zwrócił ani na ten, ani na inny album Rogera uwagi, jeśli nie byłoby kontekstu PF. Mnie osobiście "Is This..." przekonuje wyłącznie jako dzieło Watersa. Obiektywnie bowiem jest to cienizna straszna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. David Gilmour i Rick Wright może i też nie grali niczego nowego, ale przynajmniej nie tworzyli tak ewidentnych autoplagiatów.

      Albumów Wrighta nie dałem rady przesłuchać w całości. Za to Gilmour nagrał sporo sympatycznych kawałków, dla których wracam do jego twórczości solowej. Natomiast wszystkie albumy Watersa przesłuchałem w całości co najmniej raz (najnowszy wiele razy), ale absolutnie nie mam ochoty do nich, ani żadnych ich fragmentów, wracać.

      Usuń
  6. Jedyna rozsądna, wyważona opinia na tej stronie pochodzi od użytkownika "Anonimowy". Tak "rolu", ktoś, kto nie wysłuchał całego albumu i próbuje go recenzować zwyczajnie się ośmiesza... Żeby dokładnie poznać i poczuć muzykę potrzebne jest co najmniej 3,4-krotne jej przesłuchanie. Właśnie z tym wczuciem się w muzykę niektórzy widocznie mają tu problem. Właściwie nie wiem jak ktoś, kto lubi np. "The Wall" czy "The Final Cut" Floydów może nie trawić ostatniej płyty Watersa. Według mnie to bardzo dobry album, którym Waters tylko potwierdza swój kompozytorski kunszt.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może nie trawić jej z wielu powodów, chociażby:
      1) Słabsze kompozycje niż na wspomnianych albumach PF.
      2) Przysłowiowy "odgrzewany kotlet" - znane już aranżacje, melodie i motywy, ale w mniej atrakcyjnych utworach.
      3) Fatalny wokal Watersa.
      4) Za dużo wokalu, za mało fragmentów instrumentalnych (brak solówek).
      5) Monotonność.
      6) Zbyt wiele polityki w tekstach.

      Mnie natomiast dziwi, jak ten longplay może podobać się komuś, kto ma świadomość istnienia znacznie lepszych albumów w identycznym stylu (czyli kilku ostatnich wydawnictw Pink Floyd z Watersem). To chyba wyłącznie kwestia nostalgii.

      Usuń
  7. Te utwory mają to, co najważniejsze - poruszają emocje. Na pewno jest to twórczość skierowana do ludzi wrażliwych, lubiących melancholijne, sentymentalne klimaty. Wesołkiem i optymistą Waters nigdy nie był i nie będzie. Lubię stare Pink Floyd, ale z ta płytą nie miałem żadnych problemów. Nie zgodzę się z twierdzeniem, że tu są słabe kompozycje. Życzyłbym innym twórcom tak "słabych" utworów jak np. "Smell The Roses". Sugerowanie tzw. odgrzewanego kotleta też jest chybione. Nie można spodziewać się po ponad 70-letnim muzyku, że nagle zrobi jakąś diametralną stylistyczną woltę w swojej muzyce. On muzycznie określił się już w latach 70/80-tych i konsekwentnie gra to, co najlepiej mu wychodzi. Gdyby wplótł do swojej muzyki elektronikę to wyszło by to naprawdę śmiesznie. Co do wokalu -
    mi własnie głos Rogera na tej płycie podoba się, nie śpiewa zbyt wiele w wysokich rejestrach, z czym od dawna ma problemy, tylko niżej i jego głos brzmi ciepło i fajnie koresponduje z przeważnie spokojną, balladową muzyką. Dodać należy świetnie podkreślające muzykę żeńskie wokale, które stanowią fajny kontrast dla dojrzałego brzmienia głosu Rogera. W solowej twórczości Watersa nigdy nie było wielu instrumentalnych solówek, a ważny był nastrój i tekstowy przekaz. Niemniej są na tym albumie intrygujące partie instrumentalne, np. piękny motyw grany na klawiszach przewijający się przez 3 zamykające album utwory. Z zarzutem monotonności też się nie zgodzę - każdy kolejny utwór to nawiązanie do innej płyty Pink Floyd. Są numery mocniejsze, dynamiczniejsze jak "Picture That" czy "Smell The Roses" i ballady "Deja Vu", "The Most Beautiful Girl...", sporo zgrabnie wplecionych efektów dźwiękowych. Waters zawsze politykował w tekstach. Jeżeli kiedyś to robił, to trudno oczekiwać, że teraz będzie inaczej. Chyba normalne, że artysta piszę o sprawach, jakie go dotykają najbardziej, a że w jego przypadku są to przeważnie sprawy społeczno - polityczne to ma święte prawo te tematy poruszać w swoich piosenkach. Jako jeden z nielicznych ma jeszcze odwagę bez żadnej poprawności politycznej powiedzieć, co naprawdę myśli o sytuacji na świecie. W moim odczuciu 8/10 to minimalna ocena, jaką można dać tej płycie. Nie jest to może arcydzieło, ale bardzo dobra płyta - albumowe pożegnanie wybitnego muzyka z fanami. Dodam, że wcześniej nie byłem wielkim fanem solowego Watersa i wyżej ceniłem dokonania Pink Floyd, ale po tej płycie mam wielki szacunek to Rogera Watersa jako artysty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale tu tak naprawdę wcale nie chodzi o granie w stylu Pink Floyd. Problemem są zbyt oczywiste zapożyczenia z konkretnych utworów.

      Gilmour na "Rattle That Lock" też gra w floydowym stylu, ale nie znajdziemy w dyskografii zespołu konkretnych odpowiedników poszczególnych utworów z tego albumu. W przypadku "Is This the..." można bez problemu wskazać konkretne tytuły z albumów Pink Floyd.

      I nie oszukujmy się - żaden z tych nowych utworów nie jest tak dobry, jak pierwowzór. Weźmy taki "Picture That", który nie ma nawet połowy energii "One of These Days".

      Usuń
  8. No nie wiem, czy na ostatniej płycie Gilmoura nie ma nawiązań do konkretnych utworów Pink Floyd? Na przykład takie "In Any Tongue" ma wiele z ducha "High Hopes"... Tak jak już pisałem wcześniej moim zdaniem jest na nowym albumie Watersa kilka bardzo dobrych utworów, kilka niezłych i ani jednego słabego. Sporo przyjemności sprawia mi słuchanie tej płyty. Oczywiście każdy może odbierać to samo w różny sposób. I to jest ok. Gdyby wszyscy myśleli tak samo świat byłby nudnym miejscem...

    OdpowiedzUsuń
  9. Dodam jeszcze, że mi te "zapożyczenia" kompletnie nie przeszkadzają w odbiorze tej muzyki. Jeżeli artysta chce tworzyć w stylu, w którym tworzył kiedyś, który najlepiej mu wychodzi, to uważam, że to jest dobre. Ważne, żeby muzyka wywoływała emocje, wzruszenie, a na tym albumie z pewnością tego nie brakuje. Zresztą muzyki nie ma co za bardzo analizować, muzykę trzeba czuć. Albo coś czujesz albo nie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "In Any Tongue" ma ten sam klimat i charakter, co "High Hopes", ale na tym podobieństwa się kończą. Na albumie Watersa pojawiają się IDENTYCZNE melodie i motywy, a to zasadnicza różnica. Roger nie ograniczył się do grania "w stylu, w którym tworzył kiedyś, który najlepiej mu wychodzi" (w czym nie ma nic złego), a posunął się do autoplagiatu (co bardzo źle o nim świadczy).

      Usuń
  10. A ja powiem tak: płyta mi się podoba i nie przeszkadzają mi te nawiązania do Pink Floyd. Nie mam z tym problemu. Wszyscy wiemy jaki jaki jest Waters i naprawdę nie spodziewałem się niczego innego. Faktem jest że ta muzyka jest emocjonalna i dlatego może się podobać. Jednak raczej do tej płyty nie wrócę bo wolę nastawić stary dobry Pink Floyd i Amused to Death.

    OdpowiedzUsuń
  11. ....a mnie bardzo odpowiada, własnie ze względu na tak uderzające podobieństwo do starych nagrań floydów!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I naprawdę sprawia Ci przyjemność słuchanie ich gorszych wersji?

      Usuń