9 grudnia 2016

[Recenzja] Cream - "Farewell Concert" DVD (2001)



Dokładnie pięćdziesiąt lat temu ukazał się album "Fresh Cream" - debiut jednej z największych grup w historii rocka, Cream. Tworzyli ją wybitni muzycy, uznawani w tamtym czasie za prawdziwych wirtuozów swoich instrumentów: basista Jack Bruce, gitarzysta Eric Clapton, oraz perkusista Ginger Baker. Niestety, trio od razu wpadło w szpony chciwych producentów i menadżerów, którzy chcieli wykorzystać ich talent i popularność do własnych korzyści materialnych. Dlatego też wspomniany album nie pokazywał na co naprawdę stać zespół - wypełnia go głównie komercyjny materiał z pogranicza rocka psychodelicznego, bluesa i niestety także popu (chlubny wyjątek stanowią utwory "Spoonful" i "Toad", pokazujące ambicje zespołu). Na kolejnych albumach było już nieco lepiej, muzycy mieli większą wolność artystyczną. Co prawda, na "Disraeli Gears" jeszcze słychać kompromisy z wytwórnią, ale już "Wheels of Fire" w pełni wypełniony jest rasowym blues rockiem.

Prawdziwe Cream można było jednak usłyszeć wyłącznie na koncertach - cechowało je mnóstwo energii i porywające, długie improwizacje, oparte na doskonałej interakcji muzyków. Nie było w tamtym czasie zespołu, którego występy mogłyby przebić brytyjskie trio. Zapisy jego występów do dziś ekscytują. Szkoda tylko, że poszczególne nagrania zostały wydane w małych ilościach, na kilku różnych wydawnictwach ("Wheels of Fire", "Goodbye", "Live Cream" i "Live Cream II"). Żadne z nich nie oddaje w pełni tego, jak wyglądały koncerty grupy. Gdyby tak zebrać ich najlepsze fragmenty i wydać razem - byłaby to jedna z najlepszych koncertówek w historii rocka. W aktualnej formie żadna nie może aspirować do tego miana. Niestety, równie ubogo prezentuje się wideografia Cream - zachował się tylko jeden kompletny zapis koncertu grupy. Chodzi oczywiście o pożegnalny występ zespołu, który odbył się 26 listopada 1968 roku w londyńskiej Royal Albert Hall.

Materiał powstał na potrzeby telewizyjnej emisji. W 1987 roku został wydany na kasecie VHS, a dwanaście lat później na DVD - niestety, w wersji okrojonej o część utworów. Dopiero wznowienie z 2001 roku zawiera cały film. Mocno niestety rozczarowujący. Jakość dźwięku i obrazu pozostawia naprawdę wiele do życzenia. A jeszcze gorzej wygląda kwestia realizacji. Materiał został pocięty, zmieniono kolejność utworów (wyraźnie widać i słychać cięcia), powstawiano pomiędzy nimi nic nie wnoszące fragmenty wywiadów z muzykami, mówiącymi o swojej technice gry, dodano także narrację Patricka Allena - i to, o zgrozo, nie tylko pomiędzy utworami ("Spoonful" nagle zostaje na chwile wyciszony i pojawia się głos narratora). Kamerzyści powinni dostać zakaz wykonywania zawodu - przez większość czasu widać przesadne, wręcz intymne, zbliżenia na twarze muzyków, rzadko kiedy można zobaczyć ich instrumenty, a chyba ani razu nie ma ujęcia obejmującego całą scenę. Przy tej całej opisanej wyżej amatorszczyźnie, aż tak bardzo nie rażą psychodeliczne efekty zasłaniające obraz w kilku utworach - to po prostu znak tamtych czasów.

Mimo wszystko, cieszy możliwość zobaczenia Bruce'a, Bakera i Claptona w szczytowym (pod względem artystycznym, a dla dwóch pierwszych także komercyjnym) momencie ich karier. Mimo złego brzmienia, oraz gów... fatalnej pracy kamerzystów i montażystów, naprawdę można tu poczuć magię występów Cream. Świetnie dobrany jest repertuar. Muzycy zagrali swoje największe przeboje ("Sunshine of Your Love", "White Room"), ale postawili przede wszystkim na utwory, w których mogli w pełni pokazać swój talent. Rozbudowane wersje "Spoonful" i "I'm So Glad" to doskonałe przykłady zespołowej improwizacji, z wzorową interakcją, wyczuciem i wielką wyobraźnią. Nigdy później, w żadnym swoim projekcie, ani nawet podczas krótkiej reaktywacji Cream w 2005 roku, nie zbliżyli się do tego poziomu. Najlepsze jest to, że niektórzy muzycy w tamtym czasie się nie znosili (stąd też decyzja o zakończeniu działalności), co jednak nie przeszkodziło im zachować doskonałej harmonii na scenie. Są też porywające solowe popisy - Claptona w jego sztandarowym "Crossroads", oraz Bakera w "Toad". Ale dla mnie największym bohater tego występu jest Bruce, który sprawnie łączy rolę głównego wokalisty z prawdziwie wirtuozerską grą na basie. Najlepiej wyszło mu to chyba w klasycznym bluesie "Sitting on Top of the World".

"Farewell Concert" to dla współczesnych wielbicieli rocka jedyna możliwość "zobaczenia" koncertu Cream. I dlatego trzeba się cieszyć, że choć takie wydawnictwo istnieje. Innego nie ma i prawdopodobnie nie będzie - trzeba więc zaakceptować jego wszelkie niedoskonałości. Realizacja jest koszmarna, ale muzycy grają wspaniale, jak przystało na jeden z największych zespołów w historii rocka.

Ocena: 7/10

PS. Oczywiście jest jeszcze DVD "Royal Albert Hall London May 2-3-5-6, 2005" zawierający fragmenty występów z 2005 roku. Ale to już nie jest prawdziwy Cream. W skrócie wyglądało to tak: gwiazdor Clapton zlitował się nad dwoma dawnymi kolegami, których kariery muzyczne po rozpadzie zespołu nie przynosiły komercyjnych sukcesów, i pozwolił im dołączyć do siebie na scenie, by pograć razem stare utwory - w zachowawczych, mniej improwizowanych wersjach, aby nie zanudzić claptonowskiej publiczności, nieprzywykłej do ambitnego grania.



Cream - "Farewell Concert" DVD (2001)

1. Sunshine of Your Love; 2. White Room; 3. Politician; 4. Crossroads; 5. Steppin' Out; 6. Sitting on Top of the World; 7. Spoonful; 8. Toad; 9. I'm So Glad

Skład: Jack Bruce - wokal i gitara; Eric Clapton - gitara, dodatkowy wokal; Ginger Baker - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Patrick Allen - narracja
Producent: Robert Stigwood
Reżyser: Tony Palmer


18 komentarzy:

  1. Lubię ten ostatni akapit pod oceną :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie trochę rozwinę ten temat ;) Obawiam się, że dla sporej części (zdecydowanej większości?) publiczności obecnej na występach reaktywowanego zespołu, Cream to Clapton plus "jakaś sekcja rytmiczna". Tymczasem ideą tej grupy było, aby każdy muzyk był tak samo ważny. I tak właśnie było podczas tych koncertowych improwizacji. Ale w studiu niekoniecznie. Choć postacią, która się wyróżniała wcale nie był Clapton, a Bruce, który najwięcej komponował i najczęściej pełnił rolę głównego wokalisty. Posunę się nawet dalej, do stwierdzenia, że bez Claptona zespół byłby tak samo dobry, a nawet lepszy, gdyby był w nim gitarzysta, który nie tylko gra porywające solówki, ale także potrafi dobrze komponować. Clapton niestety kompozytorem był i jest średnim. "Tales of Brave Ulysses", "Presence of the Lord" i może "Tears in Heaven" - to wyjątki od reguły. Najchętniej grał cudze utwory. Już w czasach Cream, podczas gdy Bruce i Baker pisali własne kawałki, on ograniczał się do sugerowania jakie standardy zespół powinien nagrać. Na jego solowych albumach autorskie kompozycje to rzadkość. Oczywiście jest bardzo dobrym gitarzystą, bardzo lubię to, co grał u Mayalla, w Cream i Blind Faith. Ale ani razu w ciągu swojej 50-letniej kariery nie wymyślił samodzielnie dobrego riffu - ten z "Sunshine of Your Love" to dzieło Bruce'a, "Had to Cry Today" - Steve'a Winwooda, "Layla" - Duane'a Allmana, a "Cocaine" - J.J. Cale'a.

      Usuń
    2. Po prostu Clapton pod względem pisania był bardzo leniwy. Trochę szkoda, że jest on dużo bardziej znany od pozostałej dwójki (którzy jak sam napisałeś mieli większy udział w komponowaniu w Cream). Ale doceniam go jako gitarzystę, choć nigdy nie widziałem tego jego fenomenu. Masz jakąś swoją ulubioną solówkę (solówki?) Claptona?

      Usuń
    3. Trudno powiedzieć, nie pamiętam wszystkich jego solówek. Dobrą robotę zrobił w "While My Guitar Gently Weeps" Beatlesów, oczywiście w "Layli", ale z Mayallem i Cream też sporo świetnych nagrał.

      Usuń
    4. Gdyby nie piraci byłbym jak Eric Clapton10 grudnia 2016 14:19

      Co do ostatniego akapitu - Ty go po prostu nie lubisz...

      Usuń
    5. I tak, i nie. Nie lubię jego solowej kariery. Lubię, albo i uwielbiam, jego pozostałą twórczość. Może i nie załapałby się do mojej ścisłej czołówki ulubionych gitarzystów, ale szanuję go za rozpoznawalny styl gry i brzmienie. Kiedyś przypadkiem usłyszałem gdzieś jakiś solowy kawałek Phila Collinsa, podczas solówki myślę sobie: "to przecież Clapton gra", potem sprawdzam i okazuje się, że to rzeczywiście on ;) Nie ma wielu gitarzystów, których tak łatwo rozpoznać i to kompletnie nie wsłuchując się w utwór.

      Usuń
  2. w zasadzie się zgadzam,natomiast dvd z 2005r nie oceniam aż tak surowo...

    OdpowiedzUsuń
  3. Cream kojarzony jest przez wielu z EC (lub EC z Cream... jak kto woli) z prostej przyczyny - był TAM GITARZYSTĄ - a to przecież "świecznik" O nim samym już się kiedyś wypowiadałem - zresztą mało entuzjastycznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydaje mi się, że osoby nie bardzo znające się na muzyce raczej zwracają uwagę na wokalistów, nie gitarzystów. Chociaż oni akurat pewnie myślą, że to Clapton śpiewał we wszystkich utworach.

      Usuń
  4. A jakie jest Twoje zdanie na temat niezwykle znanego Unplugged :)?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam zdania. Nigdy nie słyszałem. tego albumu.

      Usuń
    2. W takim razie polecam :). Garść świetnego bluesa.

      Usuń
    3. Serio? Zawsze byłem przekonany, że gra tam jakiś pop. Znam "Laylę" z tego koncertu i w takiej wersji ten utwór straci cały swój urok, moim zdaniem.

      Usuń
    4. Pop oczywiście też się pojawia, jednak większość to akustyczny blues, np. ,,Hey Hey" https://www.youtube.com/watch?v=gdhqkHm5P6A

      Usuń
    5. W Spoonful w wersji live brakuje tego co najważniejsze w tym kawałku co sprawia że jest genialny czyli harmonijki,bez niej jest taki bezpłciowy.
      Zastanawia też mnie czy Toad to najważniejsze solo perkusyjne w histori?

      Usuń
    6. E tam, w "Spoonful" na żywo muzycy grają takie rzeczy, że przez myśl by mi nie przeszło, że czegoś tam brakuje. Szczególnie wersja z "Wheels of Fire" jest genialna. Właśnie studyjną zawsze odbieram jako niepełną.

      Możesz rozwinąć temat solówki z "Toad"?

      Usuń
  5. W Hard rocku,metalu są nieraz utwory wypełnione w całości grą na perkusją(np.Moby Dick Led Zeppelin)albo sola na koncertach.A od czego się to zaczeło,moim zdaniem właśnie od "Toad"Bakera.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to prawdopodobnie pierwszy utwór z taką strukturą (riff - solo na perkusji - riff), ale solówki perkusyjne już wcześniej pojawiały się w studyjnych utworach (np. na albumie Mayalla z Claptonem).

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.