10 września 2015

[Recenzja] Slayer - "Repentless" (2015)



Jedenasty studyjny album grupy Slayer, następca wydanego sześć lat temu "World Painted Blood", miał ukazać się już w 2012 roku. W międzyczasie pojawiło się sporo przeszkód. Najpierw choroba gitarzysty (i głównego kompozytora) Jeffa Hannemana, będąca pośrednią przyczyną jego śmierci w maju 2013 roku, a w międzyczasie konflikt na tle prawnym z perkusistą Davem Lombardo. Tym samym w zespole pozostało tylko dwóch oryginalnych członków - śpiewający basista Tom Araya i gitarzysta Kerry King. Miejsce Hannemana na koncertach początkowo zajął Pat O'Brien (Cannibal Corpse, ex-Nevermore), a następnie Gary Holt (Exodus), który z czasem zyskał status oficjalnego członka. W przypadku stanowiska perkusisty postawiono na sprawdzonych muzyków: najpierw zaangażowano Johna Dette'a, który występował już z grupą przez kilka miesięcy na przełomie lat 1996/97, a następnie Paula Bostapha, który był członkiem zespołu w latach 1992-2001 (z krótką przerwą, gdy zastępował go Dette) i nagrał z nim cztery albumy. Pierwsze utwory w nowym składzie zarejestrowane zostały już w marcu 2014 roku, ale właściwa sesja zaczęła się we wrześniu i trwała do początku 2015 roku. Mimo, że album był gotowy już ponad pół roku temu, dopiero teraz trafił do sprzedaży.

Zanim jednak to nastąpiło, zespół udostępnił fanom aż cztery fragmenty "Repentless" - "Implode", "When the Stillness Comes", tytułowy "Repentless" oraz "Cast the First Stone". Chociaż drugi z nich wywołał pewne kontrowersje, ze względu na swój nieco odmienny charakter, pozostałe utwory potwierdziły, że połowa Slayera to wciąż Slayer (jak twierdził Araya w jednym z wywiadów). I to Slayer w wysokiej formie. A jednak na albumie nie brakuje pewnych zaskoczeń. Pierwszym i największym jest otwierające album instrumentalne intro "Delusions of Saviour" - utrzymane w wolnym tempie, z zaskakująco chwytliwym gitarowym motywem, fragmentami zagranym bez przesteru. Ale nawet w cięższych momentach trudno rozpoznać, że to ten zespół. Jednak już w pierwszym "właściwym" utworze, tytułowym "Repentless", wszystko jest na swoim miejscu: szaleńcze tempo, agresywna gra perkusisty i gitarzystów, oraz Tom Araya, wyrzucający z siebie słowa z prędkością CKMu - i to z taką samą energią, jak na kultowym "Reign in Blood"! Zapewne fani od razu wychwycą różnice, ale jak dla mnie utwór brzmi jak odrzut z tamtego albumu.

Z pozostałych utworów niewiele jednak przynosi podobną dawkę agresji i równie szybkie tempo. Na pewno "Take Control", "Atrocity Vendor" i "You Against You" (rozpoczęty naprawdę nośnym riffem). Oraz, oczywiście, "Implode" - tutaj jednak zespół zaczyna zdecydowanie wolniej, by dopiero po blisko minucie wejść na pełne obroty. Pozostałe utwory to już granie bliższe "South of Heaven" -wolniejsze, za to miażdżące ciężarem (np. "Vices", "Chasing Death"). I właśnie takie oblicze zespołu zawsze najbardziej mi odpowiadało. Także na najnowszym albumie właśnie takie utwory zrobiły na mnie najlepsze wrażenie. Chociażby "Cast the First Stone", w którym ciężkie riffowanie przeplata się bardziej klimatycznymi momentami - jest to oczywiście typowo slayerowy, bardzo posępny klimat. Do tego pojawia się tu nieco orientalizująca solówka. Interesujący jest także "Piano Wire" - jedyny fragment albumu skomponowany przez Hannemana. Intensywne riffowanie we zwrotkach zestawiono z dość melodyjną partią wokalną Arayi, zaś refren przynosi sporą dawkę brutalności. Najbardziej miażdżącym i najwolniejszym utworem jest jednak finałowy "Pride in Prejudice", który dopiero w końcówce interesująco przyśpiesza. Na koniec zaś zostawiłem ten najbardziej kontrowersyjny - "When the Stillness Comes". Po jego premierze wielu "fanów" oburzało się, że zespół śmiał nagrać utwór z łagodnym, niemal balladowym wstępem i zwolnieniem w dalszej części, oraz prawie śpiewaną partią wokalną. Ale przecież grupa robiła już takie rzeczy wcześniej, żeby wymienić tylko "Spill the Blood" i "Seasons in the Abyss". "When the Stillness Comes" to właśnie tego typu utwór, co przynajmniej dla mnie, jest ogromną zaletą.

"Repentless" to solidna porcja slayerowej łupanki. Sporo prawdy jest w niedawnych słowach Kerry'ego Kinga, że nowy album to "Reign in Blood" Paula Bostapha. Nie chodzi tutaj bynajmniej o podobieństwo tych longplayów, bo jest go niewiele, ale o fakt, że "Repentless" jest najlepszym albumem zespołu z nagranych z Bostaphem. Inna sprawa, że poprzednie zostały nagrane w okresie, kiedy zespół poszukiwał nowej tożsamości, inspirował się ówczesnymi trendami w muzyce metalowej. Tym razem musiał natomiast nagrać longplay w swoim "klasycznym" stylu, aby udowodnić fanom, że mimo poważnych zmian kadrowych, wciąż jest godzien używać nazwy Slayer. I myślę, że naprawdę się udało. "Repentless" powinien zadowolić większość fanów zespołu. Choć oczywiście znajdą się też tacy, którzy skrytykują "dla zasady".

Ocena: 7/10



Slayer - "Repentless" (2015)

1. Delusions of Saviour; 2. Repentless; 3. Take Control; 4. Vices; 5. Cast the First Stone; 6. When the Stillness Comes; 7. Chasing Death; 8. Implode; 9. Piano Wire; 10. Atrocity Vendor; 11. You Against You; 12. Pride in Prejudice

Skład: Tom Araya - wokal i bass; Kerry King - gitara; Gary Holt - gitara; Paul Bostaph - perkusja
Producent: Greg Fidelman i Terry Date


4 komentarze:

  1. Płyta jest naprawdę świetna. Moim zdaniem lepsza niż World Painted Blood, bardziej różnorodna, wałki są klimatyczne, różnorodne, Bostaph napierdziela w bębny jakby się miał skończyć świat. No ale mi się podobało np. Implode, a większości nie :P Slayer ciągle daje rady. Pokiereszowany, z urwaną nogą i ręką, ale dalej dostarcza metalu wysokiej próby.

    OdpowiedzUsuń
  2. Sam Araya przyznaje, że płyta została nagrana przez pół-Slayera. To więc dobre dzieło przy uwzględnieniu tej okoliczności :> A na poważnie to trochę boję się o Slayera. Być może "Repentless" będzie ostatnim krążkiem Arayi i Kinga...

    OdpowiedzUsuń
  3. Album jest bardzo dobry. Ciężko być obiektywnym, gdy jest się wieloletnim fanem - maniakiem ;), ale tu nie ma ściemy. Płyta momentami mi przypomina również świetny Christ Illusion. W każdym razie Slayer k....!

    OdpowiedzUsuń
  4. Do oceny płyty, jakiejkolwiek, potrzeba kilku przesłuchań. I tak w tym przypadku. Najlepsze jest to, że Repentless, jest płytą zgoła odmienną od poprzedniej World..., Jestem starym fanem Slayera, to ważne przy ocenie. Nie staram się oceniać przez pryzmat dawnych wydawnictw, bo zespół robi swoje i chwała mu za to. W przypadku Slayera, nie ma wpadek jak przy Metalice... Repentless jest bardzo dobrą płytą, ze świetnymi riffami i grą Bostapha, chociaż wcześniej za nim nie przepadałem. Bardzo dobre i zmienne sola Kerrego oraz Holta. Zmienne tempa, świetna gra na dwie stopy Paula. Moim zdaniem album świetny, porwał mnie po którymś przesłuchaniu, a to znaczy, że jest wymagający i nie do oceny od razu. Tytułowy Repentless świetnie muzycznie, tekstowo hołd dla Jeffa. Może być kolejnym koncertowym War Ensemble....

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.