6 marca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Thick as a Brick" (1972)



Po wydaniu albumu "Aqualung", przez wielu postrzeganego jako album koncepcyjny, Jethro Tull zaczął być zaliczany do nurtu rocka progresywnego - ku niezadowoleniu Iana Andersona, który nie chciał być częścią tego zjawiska. Dla przekory postanowił jednak dać ludziom to, czego oczekiwali - przynajmniej w pewnym sensie. "Thick as a Brick" miał być bowiem parodią rocka progresywnego, podkreślającym wszystkie najgorsze cechy tego stylu - bombastyczność, patetyczność, przerost formy nad treścią, itp. Dla ich podkreślenia, znalazła się na nim tylko jedna, ponad 40-minutowa kompozycja (podzielona na dwie części wyłącznie z powodu ograniczeń pojemnościowych płyty winylowej). Paradoksalnie, album został przyjęty z zachwytem wśród wielbicieli prog rocka i do dziś jest uznawany za jedno z największych arcydzieł tego stylu. Czy jednak słusznie?

Trzeba przyznać, że całość została przygotowana z godnym podziwu rozmachem. Przede wszystkim od strony wizualnej - płyta została opakowana w rozkładaną kopertę w formie... 12-stronicowej gazety. A w niej znalazł się szereg artykułów napisanych przez muzyków (głównie Andersona, Jeffreya Hammonda i Johna Evana). Tematem numeru jest konkurs literacki, w którym faworytem był poemat napisany przez genialnego ośmiolatka Geralda Bostocka, który jednak został w ostatniej chwili zdyskwalifikowany - oficjalnie z powodu rzekomej choroby psychicznej autora, stwierdzonej przez lekarzy po przeczytaniu dzieła, a naprawdę ze względu na jego satyryczny charakter, niepozostawiający na nikim suchej nitki. W "gazecie" pojawia się także sam poemat, opublikowany w całości, a także informacja, że... zespół Jethro Tull planuje nagrać album na jego podstawie.

"Thick as a Brick" to właśnie ten album, a warstwę tekstową stanowi na nim wspomniany wyżej poemat. Jego autorem był oczywiście Anderson, ale na albumie tekst został podpisany jako dzieło Bostocka - był to jeden z wielu pojawiających się tutaj żartów, ale wiele osób nie zorientowało się, że to postać fikcyjna. Warstwa muzyczna może natomiast przy pierwszych przesłuchaniach wydawać się nieco chaotyczna - to typowe dla rozbudowanych prog rockowych form żonglowanie różnymi tematami i nastrojami. Akustyczne fragmenty o folkowym charakterze przeplatają się tutaj z hard rockowym riffowaniem i ostrymi solówkami, klawiszowymi pasażami, lub podniosłym graniem z udziałem orkiestry. Instrumentarium jest zresztą znacznie bogatsze, niż na poprzednich albumach Jethro Tull - nowością są m.in. partie skrzypiec i saksofonu (na obu instrumentach zagrał Anderson).

Fakt, że całość nie ma takiej płynności, jak np. "Echoes" Pink Floyd. Ale po kilkukrotnym dokładnym przesłuchaniu okazuje się, że wszystko idealnie tutaj do siebie pasuje, a powtarzanie i przetwarzanie niektórych motywów zapewnia spójność. Zaletą na pewno jest też to, że zespół stosuje tutaj raczej proste rozwiązania, bez niepotrzebnego komplikowania. W rezultacie zamiast parodii wyszedł album, który pokazuje jak uniknąć pułapek, jakie zastawia na muzyków tego typu granie. Wystarczy wspomnieć tutaj o grupie Yes, która rok później wydała album "Tales from Topographic Oceans" - o wiele lepiej niż "Thick as a Brick" obnażający wszystkie ułomności rocka progresywnego; ukazujący wszelkie błędy, jakie można w tym stylu popełnić.

"Thick as a Brick" to album trudny do ocenienia. Ian Anderson nie osiągnął tutaj celu, jaki sobie wyznaczył. Chciał wydać album wyśmiewający rock progresywny, a tymczasem longplay zapewnił grupie Jethro Tull ogromne uznanie wśród słuchaczy takiej muzyki. Z perspektywy czasu nie ma to jednak znaczenia. Cóż z tego, że album nie spełnił swojej roli? Ważne, że zawarta na nim muzyka prezentuje bardzo wysoki poziom.

Ocena: 9/10



Jethro Tull - "Thick as a Brick" (1972)

1. Thick as a Brick, Part I; 2. Thick as a Brick, Part II

Skład: Ian Anderson - wokal, gitara, flet, skrzypce, trąbka, saksofon; Martin Barre - gitara, flet; Jeffrey Hammond - bass; Barriemore Barlow - perkusja i instr. perkusyjne; John Evan - instr. klawiszowe
Gościnnie: David Palmer - aranżacja orkiestry
Producent: Ian Anderson


2 komentarze:

  1. Świetna płyta do której ja często wracam. Ze swojej strony chciałbym dodać kilka ciekawostek związanych z jej nagraniem.

    Trzeba wiedzieć że w czasach powstawania tej płyty w angielskiej telewizji rekordy popularności bił serial komediowy “Latający Cyrk Monthy Pythona”, więc cały koncept wymyślonej historii Geralda Bostocka opisanej na płycie był inspirowany specyficznym angielskim humorem z którego on słynął.
    Także kultowa w U.K, fikcyjna komiksowa postać parodiowana w wielu skeczach Monthy Pythona, czyli pilot Biggles, jest wspomniana w tekście utworu (“So, where the hell was Biggles when you needed him last Saturday?”). Biggles wymieniony jest także kilka razy w “gazecie” z okładki albumu, najwięcej w “artykule” zatytułowanym“"Do Not See Me Rabbit". ;)

    Większość mieszkających w U.K fanów grupy znających i rozumiejących humor Monthy Pythona nie dała się nabrać na wymyśloną przez Andersona postać 8-letniego Bostocka, lecz amerykańscy a szczególnie japońscy fani Jethro Tull jeszcze kilkadziesiąt lat po wydaniu płyty wierzyli w to że Gerald Bostock jest realną postacią z krwi i kości. Dochodziło nawet do tego że na koncertach grupy w USA, Japonii i w Australii fani i dziennikarze dopytywali się o niego członków grupy, o czym z rozbawieniem mówili muzycy w fajnym wywiadzie załączonym do zremasterowanego w roku 1998 albumu.

    Wspominali tam także że muzyka i cały pomysł na tą płytę powstał podczas trwających kilka tygodni prób w obrzydliwie brudnej, śmierdzącej i zaszczurzonej piwnicy w Bermondsey (południowe obrzeża Londynu). Przez cały ten okres stołowali się “z doskoku” w pobliskim dusznym i wiecznie zadymionym pubie z nietrzeźwą klientelą. Głównym daniem w menu był podejrzanie wyglądający hot-dog, zapodawany im z gracją przez uśmiechniętą, szczerbatą i o potężnej tuszy barmankę, która - jak delikatnie wspominali muzycy - z higieną osobistą była na bakier. :)

    Na koniec tego wywiadu Anderson opowiedział humorystyczną anegdotę, mającą miejsce podczas pierwszych próbnych koncertów w Anglii, jeszcze przed wyruszeniem na światowe tournee promujące ten album.
    Grający na klawiszach John Evan podczas trwającego czterogodzinnego koncertu załatwił swoją potrzebę fizjologiczną na zapleczu sceny do pustej puszki po piwie którą następnie pozostawił na podłodze. Na zapleczu było ciemno, więc ktoś z obsługi technicznej niechcący kopnął ją, wylewając jej zawartość na ..głowę kostiumu królika leżącego tuż obok.
    Otóż pianista John Evan podczas koncertu zakładał ten kostium królika i czytał ze słynnej albumowej gazety najnowsze wiadomości o występującym w konkursie literackim cudownym dziecku Bostocku. “..Niestety tego wieczora założony przez niego kostium był ..trochę mokry..” - mówił rozbawiony Anderson.

    Po wydaniu tej płyty niektórzy krytycy muzyczni określili styl grupy jako bardziej komercyjną odmianę “Mothers of Invention” Franka Zappy.

    Bardzo dobra recenzja! Gratulacje.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.