12 stycznia 2015

[Recenzja] Mountain - "Flowers of Evil" (1971)



"Flowers of Evil" to album w połowie składający się z nagrań studyjnych, a w połowie z koncertowych. Część studyjna, odpowiadająca stronie A winylowego wydania, rozpoczyna się od tytułowego utworu - melodyjnego, ale topornego hard rocka w amerykańskim stylu. To jeden z bardziej chwytliwych utworów grupy. Chociaż jeszcze bardziej przebojowe i melodyjne, a zarazem bardziej wyrafinowane muzycznie, są "One Last Cold Kiss" i "Crossroader". Tytuł tego ostatniego wcale nie przypadkiem kojarzy się z "Crossroads" Cream - to bardzo creamowy utwór, charakteryzujący się świetnymi gitarowymi popisami Lesliego Westa o mocnym zabarwieniu bluesowym. To blues/hard rock w najlepszym wydaniu - takiego utworu nie powstydziłaby się żadna brytyjska grupa. Ale longplay pokazuje też inne oblicze Mountain. Klawiszową miniaturkę "King's Chorale", o bardzo podniosłym nastroju, można jeszcze potraktować jako niezobowiązujący przerywnik, ale już ponad siedmiominutowy "Pride and Passion" wyraźnie zdradza prog rockowe ciągoty muzyków. To trochę dziwna kompozycja, ale mająca kilka ciekawych fragmentów.

Koncertowa część albumu, rozczarowująca niemal bootlegową jakością, to przede wszystkim 25-minutowy "Dream Sequence", składający się z kilku różnych utworów. Na otwarcie przydługa, nudna solówka Westa, przechodząca w bardzo energetyczne wykonanie klasyka rock and rolla, "Roll Over Beethoven" Chucka Berry'ego, zakończoną kolejną przydługą solówką. Po chwili przerwy rozbrzmiewa "Dreams of Milk and Honey" - świetna riffowa kompozycja z solowego debiutu Westa, "Mountain", która w porównaniu z wersją studyjną zyskała fantastyczne organowe tło. Ostatnie dwie części, "Variations" i "Swan Theme" to naprawdę porywające popisy całego zespołu. Na zakończenie, już jako osobny utwór, czeka "Mississippi Queen" - praktycznie nieróżniący się od studyjnego pierwowzoru, jeśli nie liczyć wplecionego riffu z "Politican" Cream.

Podsumowując, studyjna strona "Flowers of Evil" wypada naprawdę dobrze, a koncertowa pozostawia mieszane odczucia. Ogólnie jednak wrażenia mam raczej pozytywne.

Ocena: 7/10



Mountain - "Flowers of Evil" (1971)

1. Flowers of Evil; 2. King's Chorale; 3. One Last Cold Kiss; 4. Crossroader; 5. Pride and Passion; 6. Dream Sequence: Guitar solo / Roll Over Beethoven / Dreams of Milk and Honey / Variations / Swan Theme  (live); 7. Mississippi Queen (live)

Skład: Leslie West - wokal (1,6,7) i gitara; Felix Pappalardi - wokal (3-5) i bass; Corky Laing - perkusja i instr. perkusyjne; Steve Knight - instr. klawiszowe
Producent: Felix Pappalardi


2 komentarze:

  1. zgadzam sie,ze plyty Mountain sa dosc nierowne. moim zdaniem ich atutem sa glownie dynamiczne utwory hard rockowe,a nie te melodyjne i ckliwe. pozdrawiam,moze w przyszlosci cos o Cacuts,Grand Funk lub Colosseum?

    OdpowiedzUsuń