[Artykuł] 50 lat temu… 1975

Muzyczne podsumowanie roku 1975


Ostatni tak dobry rok w muzyce. Ale tylko z perspektywy słuchaczy klasycznego rocka. Chyba faktycznie już nigdy potem w trakcie jednego roku kalendarzowego nie okazało się aż tyle dobrych płyt z rockiem symfonicznym, hard rockiem czy glamem. Jednak na rockowym mainstreamie muzyka bynajmniej się nie kończy. W podziemiu rósł w siłę avant-prog, a wielkimi krokami nadchodziła tzw. punkowa rewolucja - w 1975 roku antycypowana na "Nadir's Big Chance" i w pewnym sensie na "Metal Machine Music". Poza tym wciąż dobrze miał się jazz - w zelektryfikowanej odmianie odnoszący nawet komercyjne sukcesy - a także musica popular brasilera czy funk, coraz mocniej przebijała się również progresywna elektronika, a Brian Eno był coraz bliżej skodyfikowania swojej koncepcji ambientu. Świetny rok, ale w kolejnych wciąż miało się dziać mnóstwo ciekawego.

Najlepsze płyty 1975 roku:

  1. 10cc - The Original Soundtrack
  2. Alan Braufman - Valley of Search
  3. Alphonse Mouzon - Mind Transplant
  4. Anthony Braxton - New York, Fall 1974
  5. Archie Shepp - A Sea of Faces
  6. Area - Crac!
  7. Billy Cobham - A Funky Thide of Sings
  8. Billy Harper - Black Saint
  9. Black Sabbath - Sabotage
  10. Bob Dylan - Blood on the Tracks
  11. Bob Dylan & The Band - The Basement Tapes
  12. Bob Marley and The Wailers - Live!
  13. Brast Burn - Debon
  14. Brian Eno - Discreet Music
  15. Catherine Ribeiro + Alpes - (Libertés?)
  16. Cecil Taylor - Silent Tongues
  17. Charles Mingus - Mingus at Carnegie Hall
  18. Charles Tyler / Ensemble - Voyage From Jericho
  19. Chris Squire - Fish Out of Water
  20. Deep Purple - Come Taste the Band
  21. Dennis - Hyperthalamus
  22. Eno - Another Green World
  23. Enrico Rava - The Pilgrim and the Stars
  24. Fela Ransome Kuti & Africa 70 - Expensive Shit
  25. Fleetwood Mac - Fleetwood Mac
  26. Frank Zappa and The Mothers of Invention - One Size Fits All
  27. Fripp & Eno - Evening Star
  28. Gentle Giant - Free Hand
  29. Gil e Jorge - Ogum Xangô
  30. Grateful Dead - Blues for Allah
  31. Grupo de Experimentación Sonora del ICAIC - Grupo de Experimentación Sonora del ICAIC
  32. Hatfield and the North - The Rotters' Club
  33. Hawkwind - Warrior on the Edge of Time
  34. Harmonia - Deluxe
  35. Harmonium - Les cinq saisons
  36. Heldon - Allez Téia
  37. Henry Cow - In Praise of Learning
  38. Herbie Hancock - Flood
  39. Herbie Hancock / Freddie Hubbard / Stanley Turrentine / Ron Carter / Jack DeJohnette / Eric Gale - In Concert, Volume Two
  40. Jack DeJohnette - Cosmic Chicken
  41. Jim Hall - Concierto
  42. John Abercrombie - Timeless
  43. John Abercrombie / Dave Holland / Jack DeJohnette - Gateway
  44. Joni Mitchell - The Hissing of Summer Lawns
  45. Julius Hemphill - 'Coon Bid'ness
  46. Keith Jarrett - The Köln Concert
  47. King Crimson - USA
  48. Klaus Schulze - Timewind
  49. Kraftwerk - Radio-Aktivität
  50. Lard Free - I'm Around About Midnight
  51. Larry Coryell - Planet End
  52. Le Mystère des Voix Bulgares - Le mystère des voix bulgares : volume 1
  53. Led Zeppelin - Physical Graffiti
  54. Lou Reed - Metal Machine Music: The Amine β Ring
  55. Lula Côrtes e Zé Ramalho - Paêbirú
  56. Mahavishnu Orchestra - Visions of the Emerald Beyond
  57. Magma - Live
  58. Malicorne - Malicorne
  59. Maneige - Maneige
  60. Manfred Schoof / Akira Sakata / Yosuke Yamashita / Takeo Moriyama - Distant Thunder
  61. Manuel Göttsching - Inventions for Electric Guitar
  62. McCoy Tyner - Atlantis
  63. Michael Mantler & Carla Bley - 13 & 3/4
  64. Miles Davis - Agharta
  65. Miles Davis - Pangaea
  66. Milton Nascimento - Minas
  67. NEU! - NEU! '75
  68. Neil Young - Tonight's the Night
  69. Neil Young with Crazy Horse - Zuma
  70. Niemen Aerolit - Niemen Aerolit
  71. Ossian - Ossian
  72. Parliament - Mothership Connection
  73. Patti Smith - Horses
  74. Paul Motian - Tribute
  75. Peter Hammill - Nadir's Big Chance
  76. Pink Floyd - Wish You Were Here
  77. Queen - A Night at the Opera
  78. Quiet Sun - Mainstream
  79. Ralph Towner - Solstice
  80. Robert Wyatt - Ruth Is Stranger Than Richard
  81. Roxy Music - Siren
  82. SBB - Nowy horyzont
  83. Silvio Rodríguez - Días y flores
  84. Sloche - J'un oeil
  85. Soft Machine - Bundles
  86. Spjärnsvallet - Spjärnsvallet
  87. Sparks - Indiscreet
  88. Stan Getz - Captain Marvel
  89. Steve Hillage - Fish Rising
  90. Taj Mahal Travellers - August 1974
  91. Tangerine Dream - Ricochet
  92. Tangerine Dream - Rubycon
  93. Terje Rypdal - Odyssey
  94. Tony Allen Hits with the Africa 70 - Jealousy
  95. Van der Graaf Generator - Godbluff
  96. Vortex - Vortex
  97. Wayne Shorter featuring Milton Nascimento - Native Dancer
  98. Zao - Shekina
  99. Zappa / Beefheart / Mothers - Bongo Fury
  100. Zbigniew Namysłowski Quintet - Kujaviak Goes Funky


Komentarze

  1. Bardzo dobre i bardzo reprezentatywne zestawienie - takie, że nawet ja ze swoją czepialską naturą nie mam się za bardzo do czego przyczepić (brak np. fascynującej Academii de Dancas Gismontiego, ale ponieważ jest parę innych brazylijskich płyt, to OKI- kwestia wyboru). Jedyne co mnie odrobinę uwiera, to brak jakiejkolwiek płyty z Półwyspu Iberyjskiego To był bardzo ważny rok dla tego regionu- upadły dyktatury Franco i Salazara - zapanowało wielkie ożywienie kulturalne. Dlatego uważam, że jeden reprezentant Półwyspu np. w postaci Triany, Fusioon, albo Bandy do Casaco w zestawieniu nie byłby od rzeczy - (np. zamiast niekoniecznie wybitnej płyty Catherino Ribeiro z Alpes- artystki, którą prywatnie uwielbiam).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyzwolenie od dyktatury Franco nie oznaczało niestety wyzwolenia od wpływów Corei i Mahavishnu...

      Usuń
    2. Ładny bon mot, ale prawdziwy tylko odnośnie jazzrockowej sceny katalońskiej (zresztą i w jej obrębie powstały - mimo tych wpływów- zespoły najwyższej klasy jak Musica Urbana Amargosa, co - jak widzę - sam doceniłeś na RYM). Andaluzja poszła swoją drogą z opartym na flamenco rock andaluz, Baskowie - swoją. Madryt też swoją. Dużo się działo.

      Usuń
    3. Jeszcze w hiszpańskim temacie: należało by raczej przypominać np. o Blay Tritono "Clot 20"...

      Usuń
    4. Oczywiście "Academia De Dancas" i "Iberia" to arcydzieła fusion, ale wymieniona reszta już do takich się nie zalicza. A powroty do wiecznych archetypów fusion wychodziły dobrze nawet i w demoludach...

      Usuń
    5. Dobrze, ze mi przypomniales Blay Tritono- faktycznie oryginalna rzecz, awieki temu go słuchałem . Co do innych nurtów możemy podyskutować. Np rock andaluz, którego pierwsza w pełni skrystalizowana manifestacja jest debiut Triany z 75 r.był.dla mnie jednym z ciekawszych adaptacji regionalnego folkloru w kontekście rocka. Nie była to może adaptacja bardzo głęboka, ale oryginalna. Podstawą był.prog rock, ale były też grupy łączące flamenco z bluesem.i nowa fala (Pata Negra), hardrockiem (Medina Azahara) czy fusion. Poza tym rock andaluz wpłynął na najwybitniejszego śpiewaka flamenco Camarona de La Isle (jego Leyenda del Tiempo). To była muzyka, która powstała w środowisku kilku największych miast Andaluzji- Sewilii, Cordoby i Kadyksu i co istotne nadal jest to żywa tradycja. Gdy byłem w Cordobie bardzo mnie zaskoczyło, że utwory Triany i Alamefy są grane na ulicach - tak jak np. Fado w Coimbrze.

      Usuń
    6. Nie przeczę, że działały w Hiszpanii zespoły godne uwagi i wyróżniające się oryginalnym stylem, ale w 1975 jeszcze nie powstała chyba płyta godna miejsca na liście obok Zappy i Soft Machnie. Nie znoszę hard rocka, więc możliwe, że tu po prostu brak mi wiedzy, ale jeśli chodzi o fusion wydaje mi się, że jestem dość dobrze poinformowany. Sabatesa "Ocells del mes enlla" to dobra imitacja wczesnego RTF, nic więcej nie przychodzi mi na myśl... Za to z następnego roku jest bardzo dobra płyta Pedro Ruy-Blasa "Dolores", Dolores to był całkiem też dobry zespół, mimo, że na późniejszych płytach tam motylki latają na okładce.
      "La leyenda del tiempo" oczywiście trzeba znać!

      Usuń
    7. Sabates jest bardzo przecietny (strasznie rozczarowała mnie ta płyta a inna-na fortepian solo też nie zachwyca). Czyli tu pełna zgoda. Na miarę Zappy chyba nic do 75 roku nie ma i w ogóle na jego miarę to jest chyba tylko Iberia (niewiarygodnie zagrana i zaaranżowana płyta, to jak graja zespołowo z tak niezwykłym rubato arcytrudne rzeczy, to chyba w ogóle nie ma precedensu nawet w swiatowym topie fusion). Ale jest sporo płyt ciekawych, oryginalnie brzmiących. Nie wiem, czy znasz Musica Dispersa z 71 roku? Mnie trochę nuży, ale to był dość eksperymentalny band z pogranicza folku i psychodelii. z tego okresu jest też całkiem udany OM - psychodelia plus free jazz plus trochę folkloru.

      Usuń
    8. A czy w 75 roku nie ma w Hiszpanii płyty godnej miejsca na liście? Np nie uważam, że Patio gorzej asymiluje flamenco w kontekście proga niż Ribeiro i Alpes francuskie chanson. A wspomniana przeze mnie portugalska Banda do Casaco to zespół bardziej kreatywny i oryginalny niż np. Malicorne (choć Malucorne bardzo lubię i cenie)

      Usuń
    9. Lubię tę płytę Sabatesa z Montoliu "Vampyria", ale wszystko z Montoliu jest conajmniej dobre. Musica Dispersa i Banda do Casaco są zbyt folkowe jak na mój gust, więc nie jestem w stanie dostatecznie obiektywnie ocenić. OM to bardzo dobry zespół, wydaje się jednak trochę zależny od sceny Canterbury. Triana - właśnie sprawdzam, pierwsze wrażenie to, że songwriting nie jest na zbyt wysokim poziomie.
      1978 to był najlepszy rocznik - "Iberia" i "Escenes" powinny mieć pewne miejsce w analogicznym rankingu.

      Usuń
    10. OM był u mnie na liście w 1971 roku.

      Usuń
    11. ""El patio" = "In the Court of the Gypsy King", na "Sombra y luz" grają ciekawiej, także obstaję przy opinii, że hiszpański rock na listę raczej dopiero od 78 roku.

      Usuń
    12. Jak dla mnie na Patio.somgwriting jest bardzo fajny, natomiast nie są to wirtuozi (I chyba nie przypadkiem Camaron na Leyendę zaprosił bieglejszych technicznie muzyków Alamedy). Trójka być może najbardziej oryginalna muzycznie (z wpływami elekrroniki)- znasz się (haha). Trzeba jednak wziąć poprawkę, że ja jestem progrockowym.freakiem, wiec Patio bardziej.mi pasuje. Gotic- ekstraklasa, fantastyczni instrumentaliści.

      Usuń
  2. Jeszcze "Sex Machine Today" Jamesa Browna

    OdpowiedzUsuń
  3. "In Praise of Learning" byłoby chyba lepszym wyborem jeśli chodzi o Henry Cow. Brakuje bardzo ważnych albumów jeśli chodzi o gitarę jazzową: Martino "Consciousness", Diorio "Solo Guitar" i Connorsa "Theme to the Gaurdian".
    Poza tym polecam jeszcze:
    Orchestra Luna - "Orchestra Luna"
    Bob Moses - "Bittersuite in the Ozone"
    Lewis Furey - "Lewis Furey"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, tamten album Henry Cow byłby zdecydowanie lepszym wyborem - i musiałem go omyłkowo.usunąć z listy.

      Usuń
    2. "Orchestra Luna" moim zdaniem zalicza się do najlepszych płyt rock progresywnego, wklejam tu na zachętę:
      "Love Is Not Enough" (wersja live)
      https://www.youtube.com/watch?v=i6n3M--G6bk
      "Doris Dreams"
      https://www.youtube.com/watch?v=hEMWnf7vr0c

      I jeszcze klasyk Lewisa Furey'a, jeśli ktoś jeszcze tego nie zna:
      https://www.youtube.com/watch?v=jFlCxuABXrk

      Usuń
  4. Odpowiedzi
    1. Nie mam tego w najbliższych planach, ale nie wykluczam w przyszłości.

      Usuń
  5. Bardzo dobre zestawienie! Znakomity rocznik. Jeden z moich ulubionych. Siłą rzeczy w TOP 100 nie mieszczą się wszystkie znaczące wydawnictwa. W ramach kontrapunktu dodam trochę pozycji, które na pewno umieściłbym w swoim TOP 50.

    Vangelis - Heaven And Hell
    Słynny Grek w końcu sięga na swojej płycie po syntezatory. Wyborna mieszanka rocka progresywnego i elektroniki. W obrębie tego typu estetyki jest to pozycja wybitna. Do tego intrygujące wycieczki w stronę fusion i muzyki etnicznej.

    Shunzo Ohno - Something’s Coming
    Ekstrakt space-fusion i funk/jazzu. Gra Ohno na trąbce, zarówno w partiach lirycznych, jak i bardziej ekspresyjnych, niedwuznacznie kojarzy się z Milesem Davisem. Słychać również tropy hancockowskie z okresu „Head Hunters” (1973). Zamykający album „But It's Not So” to esencja kosmicznego jazzu. Wyśmienita płyta.

    Passport - Cross-Collateral
    Obok „Looking Thru” (1973) najwybitniejsze osiągnięcie bandu Doldingera. Europejska odpowiedź na poczynania amerykańskich gigantów fusion. Pierwsza strona płyty wręcz doskonała - „Homunculus” i kompozycja tytułowa. Druga wprawdzie już wyraźnie słabsza, ale to nadal bardzo solidne fusion.

    Joe Henderson - Canyon Lady
    Wprawdzie w tej dekadzie saksofoniście zdarzało się wydawać lepsze płyty, by wymienić tylko „Power To The People”, „Elements”, „Black Narcissus”, to jednak jest to pozycja znacząca w jego dyskografii. Tym razem muzyk w większym stopniu eksponuje pierwiastki głównonurtowe, słychać również inspiracje Ameryką Południową. Gasną echa free jazzu, które w pierwszej połowie dekady były wyraźnie słyszalne.

    Billy Cobham - Shabazz: Recorded Live in Europe.
    Paweł wybrał z tego rocznika „A Funky Thide Of Sings”. Dla mnie był to rozczarowujący album. Rzecz jasna, w kontekście jego wcześniejszych solowych dokonań. „Shabazz” to album koncertowy. Obok znanych już wcześniej dwóch utworów ze „Spectrum” w zestawie znajdziemy dwie długaśne kompozycje - tytułową i „Tenth Pinn”. Jako że wypełniają lwią część płyty, jak najbardziej są wartością dodaną. Bardzo dobry „żywiec”.

    McCoy Tyner - Trident
    Album ze złotego okresu pianisty. W pierwszej połowie dekady McCoy Tyner serwował słuchaczom znakomite płyty. Najczęściej były to wzorcowe przykłady nowoczesnego postcoltrane’owskiego mainstreamu. Zdarzało się, że flirtował nawet z symfonicznym jazzem (vide „Song Of The New World”). Tym razem zaproponował kameralną odmianę jazzu w konwencji fortepianowego tria. Na pokładzie same tuzy jazzu - Ron Carter (bas), Elvin Jones (perkusja).

    Folkdove - Folkdove
    Pozycja bardzo mało znana. A szkoda! W momencie, gdy ujrzała światło dzienne, na rynku dostępnych było tylko circa 500 egzemplarzy. Jedyny album francuskiej formacji, która wysoko niosła sztandary muzyki folkowej. Podobać mogą się nawiązania do muzyki dawnej, szczególnie z okresu średniowiecza.

    Dave Liebman - Drum Ode
    W pierwszej połowie lat 70. Liebman współpracował z Milesem. Na „Drum Ode” trochę to słychać, aczkolwiek w tym okresie wyraźnie się już emancypował artystycznie. Dowodnie świadczy o tym choćby wyborny „Lookout Farm”. „Intrygujący, nieoczywisty pod względem estetycznym album.

    David Sancious - Forest Of Feelings
    Pierwszy album solowy w dorobku artysty. Jak dla mnie, najlepszy. Sancious buduje na nim mosty między rockiem progresywnym a jazzem elektrycznym. Dla miłośników tego typu dźwięków jazdą obowiązkową powinna być kompozycja tytułowa oraz opener „Suite Cassandra”. Bardzo ładne „klawiszowanie”.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ku pamięci, kolejna garść płyt. U mnie na pewno każda weszłaby do TOP 100 rocznika.

    Steve Hackett - Voyage Of The Acolyte
    Renaissance - Scheherazade And Other Stories
    Barry Miles’ Silverlight - Magic Theater
    Justin Hayward & John Lodge - Blue Jays
    Maxophone - Maxophone
    Freddie Hubbard - Gleam
    Philipe Catherine - September Man
    Rick Wakeman - The Myths and Legends of King Arthur and the Knights of the Round Table
    Klaus Schulze - Picture Music
    Steve Kuhn - Trance
    The Frank Cunimondo Trio - Sagittarius
    Dieter Reith - Knock Out
    Buster Williams - Pinnacles
    Philip Catherine - Guitars
    Cos - Postaeolian Train Robbery
    Camel - The Snow Goose
    PFM - Chocolate Kings
    Eddie Henderson - Sunburst
    Jethro Tull - Minstrel In The Gallery
    Elton John - Captain Fantastic and the Brown Dirt Cowboy
    The Rolf Kühn Group - Total Space
    Jan Hammer - The First Seven Days
    Manfred Mann’s Earrth Band - Nightingales & Bombers
    The New Tony Williams Lifetime - Believe It
    George Duke - The Aura Prevail
    Michał Urbaniak - Fusion III
    Marc Moulin - Sam Suffy
    Kazumi Watanabe - Endless Way
    Fusioon - Minorisa
    Stanley Clarke - Journey To Love
    Lenny White - Venusian Summer
    Mike Oldfield - Ommadawn
    Hoelderlin - Hoelderlin
    Mike Westbrook Orchestra - Citadel / Room 315
    Edgar Froese - Epsilon In Malaysian Pale
    Mike Gibbs - The Only Chrome Waterfall Orchestra
    Julie Tippetts - Sunset Glow

    OdpowiedzUsuń
  7. Kilku ważnych płyt nie ma, być może autor ich zwyczajnie nie lubi :wink::
    - Atoll - L’araignée-Mal
    - Beck, Jeff - Blow by Blow
    - Hackett, Steve - Voyage of the Accolyte
    - Kansas - Song for America
    - Nazareth - Hair of the Dog
    - Renaissance - Schecherezade and the Other Stories
    - Rush - Fly by Night

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te braki to świadoma decyzja. Ani nie uważam ich za wystarczająco dobre na listę, ani nie są to płyty szczególnie istotne, bo żadna niczego nie wniosła do swojego nurtu (a nurty te reprezentowane są przez inne tytuły).

      Usuń
    2. Generalnie z tym bym.sie zgodził. America to bodaj najsłabsza z klasycznych płyt Kansas- strasznie tam rzna np z Genesis, a mało jest tego southernowego ognia i panoramicznych ujęć Ameryki (czyli największych walorów Kansas).Renaissance bardzo lubię, ale akurat Szecherezada jest bardzo przehajpowana. Z kolei "Mal" Atolla uwielbiam, chyba umieściłbym.ja nawet w moim Top 20 rocznika, ale to jednak płyta niszow- obiektywnie nie musi figurować w setce.

      Usuń
    3. Ten album Kansas na RYM ma najwyższą ocenę, na Prog Archives jest na podium.
      Renaissance na obu rządzi. Od Atoll jest tu więcej niszowych dziełek, patrząc po liczbie oceniających na RYM dla przykładu.
      "Obiektywnie" wszystkie te albumy bym umieścił w TOP 100 rocznika, a już Renaissance i Kansas bezwzględnie. :)

      Usuń
    4. Dobrze, że sprecyzowałeś, iż miarą ważności jest popularność na jednym serwisie. Wygląda na to, że powinienem był po prostu skopiować top 100 z RYMa. A ja się głupi trudziłem, żeby w miarę sensownie reprezentowane były różne gatunki i nurty, płytami raczej coś do nich wnoszącymi niż po prostu popularnymi.

      Usuń
    5. Po pierwsze moja wypowiedź co do albumów Renaissance i Kansas odnosiła się do tezy, że nie są to najlepsze ich albumy.
      Po drugie żaden z nich nie jest w TOP 100 rocznika, więc te skopiowanie to nietrafiony argument...

      Usuń
    6. Przesłuchałem ten klasyczny okres Kansas, a ostatnio przypomniałem sobie "Leftoverture" i "Point of Known Return" i nic a nic się tam nie trzyma kupy- z całych dwóch albumów "Carry on Wayward Son" i "Dust in The Wind", czyli dwa ich największe hiciory, tylko trzymają jakiś poziom, reszta jest albo bezbarwna, albo, jak przychodzi im grać coś dłuższego- nie zachowująca żadnej logiki, struktury, pomysłu. Albumy te mocno się zestarzały i to w negatywnym sensie, szczególnie "Point....".

      Usuń
    7. Co konkretnie jest pozbawione logiki i struktury w Cheyenne Anthem czy Magnum Opus?- dwóch najdłuższych utworach z "Leftoverture"?

      Usuń
  8. Białystok nawiązał do dyskusji, jaką toczyliśmy na blogu Mahavishnuu, zgadzając się z tym, że takie mierniki jak średnie ocen na RYM czy PA są istotnym (choć nieprzesadzajacym) argumentem na rzecz wartości danego albumu (btw Patio Triany też ma bardzo wysoka średnia i dużo ocen). No więc ja uważam że Kansas, Nazareth czy Renaissance moglyby się znaleźć w setce, ale ich brak nie jest jakos szczególnie dotkliwy ( a np brak Queen, choć z nienadzwyczajnymi notami, to już by było grube zaniedbanie).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się, że RYM czy PA są swego rodzaju miernikami, ale nie wartości, a jedynie popularności.

      Popularność nie jest skorelowana z walorami muzycznymi. Nie jest przecież tak, że liczba i średnia ocen wzrasta wraz z nowatorstwem czy poziomem wykonania, a spada proporcjonalnie do poziomu odtwórczość i amatorstwa. Nie jest też na odwrót - jest to po prostu zupełnie niepowiązane ze sobą.

      Teoretycznie popularne płyty mają większą siłę oddziaływania. Tyle że oceny z wymienionych serwisów pokazują stan na dziś, a nie z epoki. Wiele NKR-ów ma sporo ocen i wysokie średnie, ale to przecież nie znaczy, że miały jakikolwiek wpływ na rozwój muzyki, że kogoś inspirowały. Najpewniej nie, więc nie sposób nazwać ich ważnymi płytami.

      Ale z albumami, które już w chwili wydania były popularne, też trzeba być ostrożnym i patrzeć na szerszy kontekst. Czy taki "Blow by Blow" jest ważniejszy od "Spectrum" Cobhama, bo ma 2x tyle ocen na RYM i zapewne lepiej się sprzedawał? Czy jednak mniej ważny, bo bez tego drugiego nawet by nie powstał? Ja wybieram tę drugą opcję. I dlatego "Spectrum" dałem na listę w jego roczniku, choć osobiście nie jestem jego miłośnikiem. Natomiast album Becka to coś, co na takiej liście może się pojawić, ale obiektywnie nie musi. Jako reprezentanta tej stylistyki wybrałem "Mind Transplant", bo uważam, że lepiej realizuje jej założenia. Ale to też opcjonalna pozycja, inaczej niż "Spectrum".

      Usuń
    2. Internet zmienił wszystko, niezależnie od pierwotnego nakładu wszystkie nagrania są obecnie tak samo dostępne. Dlatego teraz możliwe jest bardziej obiektywne spojrzenie, oczywiście dla tych nie zainteresowanych tylko socjologicznym wymiarem. Może już niedługo z powrotem sytuacja będzie utrudniona, jeśli powstanie masa różnych "fake albums".
      Poza tym, warto zwrócić też wagę na przypadek "The Velvet Underground & Nico".

      Usuń
    3. Dlatego ważny jest kontekst, a nie statystyka na jednym serwisie. W przypadku VU&N jest niezaprzeczalne, że mimo niszowego charakteru wniósł do rocka nowe elementy, wzięte z XX-wiecznej awangardy, a zarazem jest jednym z najbardziej wpływowych albumów w historii - co wiemy zarówno z wypowiedzi muzyków, którzy na niego bezpośrednio się powoływali, jak i z odsłuchu nagrań, gdzie ten wpływ - także pośrednio - jest oczywisty. Natomiast taki Atoll nie staje się nagle ważną płytą tylko dlatego, że po latach dorobił się niespełna 700 ocen na RYM.

      Usuń
    4. Wg mnie najpierw musimy sobie ustalić dość precyzyjnie, jakie są obiektywizujące kryteria oceny (celowo nie piszę "obiektywne" tylko właśnie obiektywizujące). Wg mnie można wyróżnić następujące

      1. Tak zwana wpływowość danego twórcy - jego oddziaływanie na dany nurt (nurty), nowatorstwo, innowacyjność - tutaj można dokonać dość sensownej oceny nawet w oparciu o tzw. wiedzę potoczną, a jeśli się posiada wiedzę szczegółową, to ta ocena będzie już bardzo miarodajna. Koniec kropka. Jest to wg mnie najbardziej użyteczne kryterium (bo łatwe do zastosowania).
      2. Umiejętności techniczne i warsztatowe muzyków, ich panowanie na formą itd . W teorii to bardzo dobre kryterium obiektywizujące - niemniej w praktyce raczej trudne to zastosowania. Bo teoria to jedna rzecz a zastosowanie teorii w praktyce - zupełnie inna. Podstawową kwestią jest to, kto obiektywizuje, kto dokonuje miarodajnej oceny technicznych umiejętności zespołu w oparciu o te kryteria? Ja np. uważam, że potrafię dokonać w miarę rzeczowej obiektywizującej oceny na wysokim poziomie tylko w jednym przypadku - nawiązującego do wzorców muzyki klasycznej proga (ale nie tego awangardowego)- i głównie w odniesieniu do instrumentów klawiszowych. Tutaj czuję się mocny i często mnie dziwi, że ktoś nie dostrzega oczywistości (np. że jeden zespół symfoniczny dzieli przepaść w technice, kulturze gry, panowaniu nad formą od drugiego). No jeszcze powiedzmy znam się trochę na grze klasycznych pianistów w repertuarze romantycznym i neoromantycznym (ale tutaj to temat znacznie trudniejszy niż symph prog i nie jestem tak pewien swoich ocen). W przypadku każdej innej próby obiektywizacji umiejętności technicznych (inny instrument, inny styl) moje oceny są obciążone dyletanctwem, czasem mniejszym, czasem większym, niekiedy potężnym (choć oczywiście często ich dokonuję).

      3 Biografie muzyków - tzn ich ogólny dorobek muzyczny, wykształcenie, slowem wszystko to, co mają w bio. To jest wg mnie bardzo dobre obiektywizujące kryterium w odniesieniu do wszelkich NKRów, "NKFusionów" i w ogóle mniej znanych płyt.

      Usuń
    5. 4. Głosy zawodowych krytyków muzycznych. Ważne kryterium w odniesieniu np. do muzyki klasycznej, ale niestety dość zawodne w stosunku do rocka, gdzie niekompetencja krytyków bywa bolesna (i słynnym bon mocie Zappy jest sporo prawdy). Ważniejsze jest wg mnie kryterium opinii innych muzyków.

      5. Średnie ocen na wyspecjalizowanych portalach muzycznych. Całkiem dobre kryterium obiektywizujące i to nie tylko w odniesieniu do popularności danego albumu ale również jego wartości. Dlaczego? Dlatego że racjonalnie zakładam iż np. średnia głosów 10 tysięcy osób jest z zasady bardziej miarodajna niż moja jednostkowa ocena (no chyba że dotyczy nurtu, w którym jestem wyjątkowo kompetentny, ale nawet w tym przypadku nie będę tego lekceważył). Żeby była jasność- chodzi o portale skupiające miłośników muzyki, im większa specjalizacja, tym lepiej (tzn im bardziej specjalistyczne jest forum), bierzemy pod uwagę albumy z wysoką ilością głosów (a nie np. te, które mają ich 50 czy 100). Odpadają wszystkie przypadkowe "polle" na Onecie itd. To kryterium powinno nie powinno być traktowane jako argument sam w sobie- ale jako pomocniczy, jest bardzo użyteczne wg mnie.

      I teraz tak- wspomniany Atoll nie spełnia żadnego z tych kryteriów (bo nawet średnia z RYM 3.71 na Mal, choć przyzwoita, nie jest jakoś powalająco wysoka). Dla mnie Atoll to generalnie przeciętny zespół, któremu udało nagrać się jedną, świetną płytę progową. Można ją kochać - jeśli ktoś lubi gatunek- natomiast brak umieszczenia jej we wszelkich topach nie powinien nikogo dziwić. A np. w przypadku Renaissance wszystkie te wskaźniki będą solidne (choć niewybitne), plus wysoka ocena na portalach dla Szecherezady. Podobnie Kansas. Z kolei Musica Urbana, o której dyskutowaliśmy z Gradusem, ma zerową ilość "punktów" jeśli chodzi o pierwsze kryterium i nienadzwyczajne oceny na RYM (i jest ich mało), ale jak się popatrzy w biogramy muzyków (lider- jeden z najwybitniejszych współczesnych kompozytorów klasycznych w Hiszpanii, basista nagrywał z Milesem Davisem, flecista uczeń wielkiego Rampala), no to ten współczynnik obiektywizacji niezwykle wzrasta (bo ciężko byłoby się nie pochylić nad polskim zespołem fusion, które miałoby w składzie Kilara, Ścierańskiego i ucznia Konstantego Kulki). Tak na marginesie- wpływ Aerolit na muzykę "światową" jest też żaden a i na polską śladowy. Więc te kryteria są moim zdaniem dobrym tematem do dyskusji. Powinno się je stosować łącznie -konfrontować z innymi.

      Usuń
    6. Notabene Gismonti to kompozytor bardzo wpływowy - ikona muzyki brazylijskiej, a Paebiru to album niszowy- (który wypłynął właśnie na fali powszechnej dostępności płyt doby internetu). W pewnym sensie Paebiru to taki brazylijski "Atoll". Wybrałeś jednak Paebiru a nie Academię. Jest OKI- ja Top 100 umieściłbym obydwa dzieła, można też wybrać Paebiru zamiast Academii. Natomiast to pokazuje, że kwestia jest bardzo złożona.

      Usuń
    7. Ad5. Im więcej ocen na RYM, tym mniejszy jest w nich udział faktycznych znawców, którzy biorą pod uwagę rzeczowe argumenty (te z poprzednich punktów), a większy - mniej lub bardziej przypadkowych słuchaczy, oceniających skrajnie subiektywnie, często na podstawie własnych uprzedzeń i ograniczeń. W efekcie wysoka średnia przy dużej liczbie ocen świadczy nie tyle o ważności albumu, co jego przystępności, uniwersalności. Taka średnia nie musi być ani bardziej, ani mniej miarodajna od pojedynczej oceny, bo ważniejsze od samych cyferek jest merytoryczne uzasadnienie wartości danego albumu.

      Usuń
    8. To prawda, nie musi być miarodajna od pojedynczej oceny, ale jest jednak większe prawdopodobieństwo, że CZĘŚCIEJ będzie niż NIE BĘDZIE. Poza tym- jeśli pominiemy punkt nr 1 bardzo trudno jest wykazać wybitność danego dzieła niejako wbrew 'vox populi" Ja np. uważam, że w Top 5 polskich powieści XX wieku powinien się znaleźć "Słowacki Wysp Tropikalnych" Choromańskiego Jest to powieść absolutnie zapomniana i niedoceniona, mimo że Choromański był znanym i cenionym pisarzem, głównie w okresie międzywojennym ("Zazdrość i medycyna). Ale "Słowacki" jest totalnie olany i to zarówno przez czytelników jak i krytyków literatury. Dla mnie jest to dzieło na poziomie "Kosmosu" Gombrowicza - absolutny top polskiej prozy. I to jest moja w zasadzie pojedyncza ocena. I teraz jest kwestia - jak mam wykazać, że jest ona bardziej miarodajna niż inne głosy (a w zasadzie ich brak). Pozostaję ze swoim prywatnym przekonaniem.

      Usuń
    9. Tak, raczej masz racje, opisując te tendencje, z tym że dotyczy ona płyt z bardzo wysoka ilością ocen ( czyli w kategorii RYM będzie to, powiedzmy 10 tys plus) i też nie jest tak, że wysoko ocemia się płyty beznadziejne. Natomiast 2-3 tys jest dla mnie bardziej miarodajne niż 50 głosów.

      Usuń
    10. W obiektywizacji tych ocen wiele zależy też od rodzaju muzyki, jaką się recenzuje. Ciekawe są np. kontropinie - przeciwko uznanym płytom. Ty np. naprawdę udanie wykazałeś w recenzjach miałkość płyt Ramones - kapeli, jakby nie patrzeć, cieszącej się dużą renomą i słuchaczy i pozytywnymi opiniami zawodowych recenzentów. Ale już np. Twoje bardzo krytyczne opinie na temat A. Holdswortha są jakby skazane z góry na niepowodzenie. Holdsworth jest powszechnie uznany (tzn i przez krytyków-muzykologów i przez renomowanych gitarzystów) za geniusza gitary fusion (i to nie tylko w sensie czysto technicznym, ale też za nowatora na poziomie harmonicznym) i tutaj Twoje argumenty "obiektywizujące" muszą się zderzyć ze ścianą, co najwyżej możesz wykazać, że indywidualnie nie leży Ci jego styl.

      Usuń
  9. Ostatni album Gentle Giant. Szef wie o co mi chodzi, bo potem zmęczeni ciągłym udawadnianiem swojej mocy artystycznej/twórczej mieli dość, po czym zmuszeni do skomercjalizowania muzyki swojej albumy były coraz słabsze. Co do Niemena wydał najlepszy swój album. Czekam na kolejny rok, by zobaczyć, jak potoczył się dla muzyki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nieprawda, "Interview" jest nawet lepszy jeśli patrzeć na album jako całość.

      Usuń
    2. Bez przesady. Jszcze na "The Missing Piece", nie wspominając o "Interview", wciąż słychać, że to ten sam zespół, momentami trzymający wcześniejszy poziom.

      Usuń
    3. Też jestem zdania, że Interview to nieco ciekawszy album niż Free Hand, bo zespół tam próbował się pootwierać na różne nowe style (np. reggae, troszkę inaczej aranżować wokale- np. wstęp do Design pod kreskówki Disneya), a na Free Hand tylko zrekapitulował całość doświadczeń.

      Usuń
    4. "Popularność nie jest skorelowana z walorami muzycznymi. Nie jest przecież tak, że liczba i średnia ocen wzrasta wraz z nowatorstwem czy poziomem wykonania, a spada proporcjonalnie do poziomu odtwórczość i amatorstwa. Nie jest też na odwrót - jest to po prostu zupełnie niepowiązane ze sobą".

      To prawda, ale jeśli chodzi o próbę wykonaną na całej populacji (tzn zupełnie nieskorelowany z wartością artystyczną płyt byłby ranking na najlepszy polski film czy najlepszą płytę jazzową przeprowadzony np w głosowaniu powszechnym - jak w wyborach). Jeśli mamy relatywnie małą próbę ludzi bardzo zainteresowanych danym tematem (z relatywnie niewielką ilością osób przypadkowych), to taka korelacja występuje, bo inny jest zasób wiedzy na temat danego zagadnienia. Gdyby tak nie było, to w topie polskich płyt na Rate Your Music powinni być Podsiadło i Zenek Martyniuk, a w topie zagranicznych np. Taylor Swift a tak przecież nie jest. Oczywiście nie należy fetyszyzować tych ocen- zdarzają się płyty bardzo przecenione, albo bardzo niedocenione- ale generalnie wskaźnik obiektywizacji jest wysoki.

      Usuń
    5. Panowie JD i Okewuhu!
      Chylę czoła Iberia zdobyta dla mnie Terra Incognita.
      Po to wymyślono internetu spróbowałem waszych propozycji i jestem na tak.Pierwszorzędna dyskusja proszę więcej.

      Usuń
    6. @okechukwu: Nie ma tam ludzi, którzy z muzyką mają kontakt jedynie słuchając radia w aucie i na weselach, ale nie przesadzałbym w druga stronę, że jak ktoś ocenia słuchane przez siebie płyty, to musi mieć ponadprzeciętną wiedzę. Wystarczy choćby popatrzeć na absurdy w głosowaniach na gatunki niektórych albumów - w czym przecież uczestniczą ci najbardziej zaangażowani użytkownicy - żeby nie mieć złudzeń. Zresztą sama wiedza to jedno, ale niekoniecznie musi przekładać się dokonywane oceny. Np. ja mam wiedzę, że debiut Ramones to bardzo wpływowe wydawnictwo, ale i tak obstaję przy swoim 1/10 (abstrahując już od tego, że mogę uzasadnić, dlaczego był to negatywny wpływ).

      Tu zresztą dochodzimy do sedna, bo dyskusja zaczęła się od braku rzekomo „ważnych” płyt i przywołanego w tym kontekście RYM-u. A przecież tam użytkownicy nie oceniają tego, jak ważny jest dany album, tylko jak im się podoba. Niektórzy mogą brać pod uwagę takie kryterium, ale na ostateczną ich ocenę i tak wpłyną także inne czynniki. To trochę tak, jakbyś np. ludzi wychodzących z kina (powiedzmy, że z czegoś trochę bardziej ambitnego niż polska komedia lub światowy blockbuster) zapytał o ulubione filmy, a potem na podstawie ich odpowiedzi ułożył listę najbardziej przełomowych dziel kinematografii. I wyszłoby na to, że "Skazani na Shawshank" są ważniejszym filmem od "Obywatela Kane'a".

      Zmierzam do tego, że układając takie listy, jak mój powyższy przegląd płyt z 1975 roku, trzeba uwzględnić przede wszystkim albumy:
      - które faktycznie coś wniosły do swojego gatunku lub są wczesnymi reprezentantami swoich stylów,
      - reprezentujące wszystkie popularne / ważne ówcześnie nurty.

      Oczywiście, zawsze będzie pokusa, by wrzucić jak najwięcej swoich faworytów - ważne, by to odpowiednio wyważyć. Czasem zabraknie też wiedzy na temat jakiegoś niszowego, a istotnego nurtu, więc żadna taka lista nie będzie idealna. Choć i tak lepsza od tej z RYM-a, gdzie decydują mimo wszystko mniej lub bardziej przypadkowe oceny oraz algorytmy, a brakuje jakiegoś nadzoru, by uwzględnić powyższe reguły. Dlatego RYM-owe rankingi nie są najlepszą pomocą przy układaniu takich list. Sprawdzają się, gdy szukam czegoś do posłuchania, a nie wtedy, gdy chcę się dowiedzieć, które albumy są ważne.

      Usuń
    7. "Skazani" nie są filmem ważniejszym od "Obywatela Kane'a", ale są filmem znakomitym, absolutnie mogą konkurować do topowych miejsc na takich listach (zważmy też, że "Obywatel Kane" to film mający już ponad 80 lat - nie każdemu estetyka kina czarno-białego musi odpowiadać). Ja się zasadniczo zgadzam z tym co napisałeś - nigdy nie twierdziłem, że takie rankingi są "najlepszą pomocą w układaniu takich list", tylko że są jednym z ważnych kryteriów obiektywizujących ocenę danej płyty. Spójrzmy na to inaczej - na RYM oceniasz płyty Ty, Białystok, Gradus, Mahavishnuu, ja, pewnie inni komentujący posty też - czy uważasz, że bardziej reprezentatywna dla roku 75 byłyby indywidualne Top 20 każdego z nas, czy też jednak ważona średnia - uwzględniająca głosy wszystkich? Nie jest to zarzut do Twojej listy- bo uważam, że zaprezentowałeś naprawdę bardzo dobry Top 100 roku 1975. Ale - z ręką na sercu - ten RYMowy Top 100 z ważonych głosów (po odjęciu "poważki") wcale nie jest gorszy (zresztą wiele tytułów się pokrywa). Natomiast chybiony wg mnie jest np. Top 75 "Rolling Stone", bo tam jest totalne przegięcie w kierunku muzyki amerykańskiej i mainstreamu.

      Usuń
    8. "Np. ja mam wiedzę, że debiut Ramones to bardzo wpływowe wydawnictwo, ale i tak obstaję przy swoim 1/10 (abstrahując już od tego, że mogę uzasadnić, dlaczego był to negatywny wpływ)".

      Tutaj znowu RYM jest niezłym wyznacznikiem pewnych. Bo choć oceny Ramones nie są niskie, to jednak oceny 3 pierwszych płyt (najwyżej ocenionych) są niższe niż np. oceny pierwszych trzech płyt Banco (summa summarum i to wyraźnie - poza Rocket, który ma ocenę o włos wyższą). Ktoś mógłby zapytać, jak to jeden z twoich ulubionych zespołów ma nieco wyższe oceny niż Ramones i to mówisz, że to niezły wyznacznik? Paradoskalnie tak, bo Ramonesi są gwiazdami rockaandrolla (jakby nie ocenić ich muzyki), a Banco zespół o lokalnej sławie, bardzo włoski (co można odczytywać- "prowincjonalny"), grający klasycznego proga i wiem, że bardzo zniechęcający niektórych, choćby zupełnie "egzotycznym" w kontekście rocka wokalem. Także dla mnie fakt, że Banco ma mimo wszystko wyższe oceny niż Ramones jest absolutnym dowodem na to, że oceny RYM są miarodajnym argumentem wartości artystycznej danej płyty. Oczywiście każdą ocenę nalezy konfrontować z innymi kryteriami, ale WARTO je brać pod uwagę. Z ocenami na RYM trochę jak z ewangeliami w kontekście historycznej wiedzy o Jezusie. Nie są to perfekcyjne źródła historyczne, ale jeśli skonfrontuje się je z innymi źródłami i podda rzeczowej (krytycznej) analizie, to jest miarodajne i bogate źródło.

      Usuń
    9. Z całym szacunkiem wydaje się mi że pojęcie dlregulacje co do ocen muzyki okołorockowej przyjmując jakiekolwiek zasady skazana jest na niepowodzenie.
      Patrz Clash Doors gdzie chłopaki niewielkie mieli pojęcie dlaczego trzymają te instrumenty a jednak są odnośnikami muzyki Popularnej gdzie w takim razie umieścić np. Toma Waitsa?

      Usuń
    10. @okechukwu: "Obywatel Kane” to przełomowe dzieło kinematografii. Popularniejsi dziś od niego "Skazani" to film dobry, może i bardzo dobry, ale właściwie nieistotny w historii kina. I o to mi chodzi - płyty, które wymienił Bialystok, są dość popularne i dobre w swoim stylu, ale nie ważne, jak go określił.

      Tak, średnia ocen tak dobranych użytkowników może mieć większą wartość niż ich indywidualne oceny, ale to jednak inna sytuacja, niż zdawanie się na wiekszą, przypadkową grupę. Sam w rankingach zawsze zmieniam, by brało pod uwagę tylko oceny obserwowanych użytkowników.

      Jeśli tak profesjonalny zespól, jak Banco, ma tylko nieznacznie wyższe oceny od chałturników z Ramones, to dowód na to, że rankingi RYMa nie są wskaźnikiem muzycznej jakości / wartości, a popularności i przystępności.

      Usuń
    11. Kosien - i masz trochę racji i nie masz. Bo niekoniecznie ta, powiedzmy, obiektywna ocena umiejętności technicznych zespołu, musi wpływać na wrażenie artystyczne, ale jeśli się ją dostosuje do rodzaju muzyki, to zwykle wpływa. Przecież Waitsa nie będziemy oceniać w kategorii włoskiego bel canto, tylko w kategoriach głosu bluesowego ze wszystkimi "brudami" i "blue notes". Notabene Manzarek był bardzo stylowym i dobrym technicznie "parapeciarzem" - czującym się swobodnie i w jazzie i w bluesie i w klasyce też. Nie był to poziom wirtuozowski, ale bardzo SOLIDNY technicznie.

      Usuń
    12. "Obywatel Kane” to przełomowe dzieło kinematografii". Tak samo jak nagrania Arta Tatuma , Jelly Roll Mortona czy Bixa Beiderbecke są niezwykle istotne, jeśli chodzi o historię jazzu, a przecież nie stawiasz ich na piedestale.

      Usuń
    13. No ale Waitsa czy w mniejszym stopniu Doorsów nie będziesz oceniać za kwestie techniczne.
      W tym problem że emocjonalność w muzyce ( eh) okołorockowej jest niemieżalna a nade wszystko istotna.

      Usuń
    14. No i Waitsa oceniać w ramach wokalisty bluesowego to jednak trochę upokorzenie dla niego. W drugiej części swojej kariery był bardziej progresywny niż większość kapel typu próg. Sorry

      Usuń
    15. Jeśli umiejętności techniczne mają duże znaczenie to najlepszym zespołem rockowym wszech czasów jest Sky! Chyba nie znajdzie się wielu chcących bronić tej tezy...

      Usuń
    16. @okechukwu: No nie stawiam na piedestale, ale ja właśnie cały czas mówię o rozdzielaniu własnych upodobań od przyznania, ze coś jest albo nie jest istotne.

      Usuń
    17. Kosien, JD - troszkę żeśmy się nie zrozumieli. Nie twierdziłem, że powinniśmy oceniać artystów przede wszystkim przez pryzmat umiejętności technicznych, tylko że takowe umiejętności są jednym z KILKU obiektywizujących kryteriów oceny (choć trudnym do zastosowania w praktyce) i podkreśliłem też, że nie najważniejszym, a np. "emocjonalizm" wykonania jest właśnie - jak to napisał Kosien - "niemierzalny". Oczywiście Sky jest modelowym przykładem na to, że fantastyczne przygotowanie techniczne nie wystarczy, żeby tworzyć dobrą muzykę. Niemniej - warto podkreślić, że Sky działał w specyficznym okresie - startując z tym "okołoprogowym" repertuarem (w którym tak naprawdę prawdziwego proga jak na lekarstwo) w czasach gdy klasycyzujący prog był w absolutnie passe, no i był to zespół skrojony pod listy przebojów (to paradoks - ale tak to wyglądało). No i jeśli szukać gdzieś zalet Sky - czegoś co ratuję tę bezpłciową i konfekcyjną, ale przecież nie beznadzieją muzę- są to właśnie bardzo wysokie walory techniczno-wykonawcze.
      Waits absolutnie "progowy"- "Rain Dogs" fantastyczny - to jest jedna z najczęściej słuchanych przeze mnie płyt z lat 80 (ale jego płyty z lat 70 też). Trochę tu brakuje recenzji płyt Waitsa.

      Usuń
    18. "No ale Waitsa czy w mniejszym stopniu Doorsów nie będziesz oceniać za kwestie techniczne".
      Odnośnie Doorsów, to można powiedzieć, że Manzarek bez charyzmy Morrisona - praktycznie niczego istotnego nie dokonał. Ale prawdą jest też, że właśnie jego umiejętności techniczne - biegłość i uniwersalność w grze na organach i fortepianie elektrycznym (i jeszcze basy robił!) - dawały Doorsom bardzo solidną "bazę wyjściową". Nie mam przekonania, że Doorsi z dużo słabszym organistą, brzmieliby równie intrygująco.

      Usuń
    19. Wiadomo, że tak, ale - tak z ręką na sercu - czy przygotowując ranking 100 najlepszych płyt jazzowych (taki z troską o jego reprezentatywność) zadbałbyś o wszystkie przełomowe nagrania doby dixielandu i swingu kosztem np. bardzo dobrych płyt (choć nieprzełomowych) płyt z epoki post bopu? Wrzuciłbyś na listę nagrania Bixa z lat 20 kosztem np Mwandishi (przy założeniu, że na liście byłoby parę innych albumów Hancocka). Czy raczej załatwiłbyś temat 2-3 tytułami? Klasyki kina z "dawnych epok" są dla części odbiorców specyficzne- i to tych nawet wyrobionych filmowo czy literacko (np. moja żona zasadniczo nie lubi filmów wcześniejszych niż lata 60- mimo że bardzo interesuje się ambitnym kinem).

      Usuń
    20. Wszystko zależy od tego, czy ma to być lista ulubionych czy najważniejszych - na tych pierwszych można pominąć "Obywatela Kane'a" czy całe nurty jazzu, natomiast te drugie z takimi brakami będą nierzetelne.

      Mnie jednak bardziej chodzi o takie komentarze, jak ten, który zostawił Bialystok. Bo niezależnie od tego, czy traktować moją listę jako czysto subiektywny wybór, czy jak probę rzetelnego podsumowania tego roku (jest czymś pomiędzy), to ta wypowiedź jest nieadekwatna. W pierwszym przypadku jest to w sumie bezcelowe zarzucanie mi, że nie podzielam jakiejś fascynacji. W drugim - nie nie ma merytorycznych podstaw, by akurat te płyty uznać za istotne. A np. komentarz o pominięciu sceny hiszpańskiej, choć niszowej i dopiero się kształtującej - był cennym uzupełnieniem tematu.

      Usuń
    21. Tu pełna zgoda (Atoll nie miał absolutnie żadnego wpływu na kształt sceny francuskiej, a Patio to jednak kamień milowy w rozwoju nurtu może i peryferyjnego, ale opartego na bardzo cenionym i znanym na całym świecie gatunku, jakim jest flamenco). Przy okazji - bo robię sobie dłuższą przerwę od (pozazawodowego) korzystania z netu (takie postanowienie noworoczne)- Wszystkiego Najlepszego w Nowym Roku. Wytrwałości w prowadzeniu bloga, bo powiem (absolutnie niekurtuazyjnie), że utrzymanie wysokiego poziomu recenzji, przy takiej regularności i częstotliwości wpisów, budzi mój wielki szacunek.

      Usuń
    22. Nie znajduję merytorycznych podstaw, aby płyty Kansas i Renaissance oceniać na 5/10, bo to jest według mnie bardzo subiektywna opinia. Idąc tym tokiem rozumowania , mam więc prawo mieć uzasadnione wątpliwości aby to zestawienie mogło być rzetelne.

      Usuń
    23. @Białystok: Żeby taka ocena rzetelności mojej listy miała jakąkolwiek wartość, musiałbyś najpierw podać choćby jeden merytoryczny argument, dlaczego brak wymienionych płyt miałby ten przegląd dyskredytować. Sam fakt, że je lubisz, nie jest takim argumentem. Rzetelność zestawienia nie polega na odzwierciedlaniu cudzych gustów.

      Spróbuj więc polemizować z następującymi tezami:
      ❌ żaden z tych albumów nie jest kamieniem milowym swojego stylu: nie wniósł do niego nowych rozwiązań ani nie zapoczątkował nowego nurtu;
      ❌ żaden nie zaistniał szerzej w świadomości słuchaczy poza własną niszą (jak np. “Wish You Were Here”);
      ❌ żaden nie reprezentuje stylistyki, która nie miałaby już na liście innych, historycznie lub artystycznie istotniejszych przedstawicieli - a wobec powyższego nie ma powodu, by to właśnie te płyty pełniły taką funkcję.

      Jeśli zaś chodzi o same oceny, to odzwierciedlają one to, jak mnie te płyty się (nie) podobają, bo każda ocena jest subiektywna. Jednocześnie nie znajduję merytorycznych przesłanek, by pomimo swojego odbioru dać im więcej.

      Usuń
    24. @okechukwu: To się z aktywnością trochę rozminęliśmy, ale dzięki i nawzajem!

      Usuń
    25. Z całą pewnością SBB i Ossain rozwinęły światową muzykę...
      Jak Kansas i Renaissance to nisza to czymże jest Toto Blank, Zao i Vortex, szczeliną w niej?
      Neil Young, Roxy Music, Black Sabbath mają w swym dorobku lepsze i ważniejsze albumy.
      Przykłady można by mnożyć.

      Usuń
    26. Klasyczne odwracanie kota ogonem. Nigdzie nie twierdzę, że lista składa się wyłącznie z albumów ważnych czy najlepszych w dorobku danego artysty.

      Twierdzę natomiast, że sens miałoby wskazywanie braków istotnych tytułów, a nie kolejnych pomniejszych przedstawicieli proga, hard rocka czy jazz rocka - stylów, które na tej liście są już silnie obecne, jeśli nie wręcz nadreprezentowane.

      Nie ma też żadnego powodu, bym umieszczał na takiej liście płyty, których nie lubię, jeśli jednocześnie nie wnoszą one niczego istotnego historycznie ani stylistycznie i nie spełniają jasno określonych kryteriów, o których pisałem wcześniej.

      Co do wymienionych wykonawców: Osjan jest akurat zespołem dość unikalnym w skali światowej. Vortex czy Zao, jako przedstawiciele wciąż dopiero kształtującego się avant-proga, mają na liście więcej sensu niż kolejni reprezentanci mainstreamowego proga, który w połowie lat 70. zaczynał zjadać własny ogon.

      Neil Young nagrał niewiele lepszych płyt od "Tonight’s the Night", jednej z najważniejszych w jego dorobku. Być może chodzi o "Zumę", tylko ona akurat jako jedyna na liście reprezentuje klasyczny hard rock osadzony w bluesie, a w 1975 roku trudno wskazać coś lepszego w tej stylistyce.

      Usuń
    27. Miała być dłuższa przerwa, a zrobiła się z pewnych względów krótsza, więc pozwolę sobie jeszcze skomentować. Renaissance na pewno powinien się znaleźć (w zobiektywizowanym Top 20 proga z tego rocznika), ale już w setce płyt w ogóle tzw "musu" nie ma. "America" Kansas to w ogóle jest taka, że uwypukla wszystkie wady zespołu, a ukrywa dużą część jego zalet. Zaletą Kansas jest żywiołowe, melodyjne granie z uwypuklonymi wątkami southern/country/generalnie tradycją amerykańską, bo w tym są najbardziej autentyczni (i tego w progu europejskim nie ma, a jeśli jest to brzmi kiepsko). Mieli też duży talent do amerykańskich "panoramicznych" ballad i to wszystko obudowane "okołoprogresywnymi" (ale nie stricte progowymi!) dźwiękami, przyniosło wg mnie bardzo dobry efekt na debiucie i Leftoverture (i niezły na Masque i Point). Natomiast na "Song for America" poszli w kierunku najbardziej progowym (trzy długie numery - zbyt długie, wszystkie powinny trwać 6-7 minut, zwłaszcza ten ostatni jest niepotrzebnie rozbudowant), no i brzmi to dużo gorzej - często jak marnej jakości podróbka zespołów brytyjskich. Tylko pierwszy numer i ten blues (chyba czwarty) to jest ten "dobry" Kansas.
      Co do reprezentatywności listy Pawła to jest ona wysoka. Coś tam bym podmienił - o Hiszpanach już mówiłem (przy okazji JD- zapomnieliśmy obydwaj o płycie Lole Y Manuel z tegoż rocznika, a to jest piękne flamenco, niejako zapowiadające Leyendę Camarona - z wprowadzonymi tu i ówdzie instrumentami elektrycznymi -ważna rzecz!). Podmieniłbym też Nowy Horyzont na płytę Modrego Efektu (jako reprezentatów demoludów). Horyzont to surowe jamy w studio (pierwsza strona) zżynające na żywca z Mahavishnu, a ten Modry to jest kawał świetnego, oryginalnego grania- absolutnie dla mnie klasę/dwie lepiej niż Horyzont (chociaż generalnie zespoły były zbliżone poziomem).
      Jeśli szukać jeszcze jakichś braków "obiektywnych" to chyba brakuje amerykańskiego mainstreamu - bo to załatwia w zasadzie tylko Fleetwood Mac, a przecież jest masa płyt country-rockowych czy rzeczy typu "Born To Run" Springsteena - wszystkie te płyty znalazły się na liście Rolling Stone i była ich cała masa(co zakłóciło proporcje), no ale ze 2-3 (na liście w pełni reprezentatywnej, niekoniecznie na tej) powinny się chyba znaleźć.
      ZAO to nie avant wg mnie- jazzrock z wpływami zeuhl - bliżej przecież tam do płyt Urbaniaka z Dudziak niż np. Univers Zero czy Henry Cow. Porządny zespół, ale niespecjalnie oryginalny.

      Usuń
    28. "Nuevo dia"! Mam słabą pamięć do dat, dlatego muszę zawsze sprawdzać na różnych listach, na RYM pojawia się na drugiej pozycji jak się przefiltruje po flamenco albumy z tego roku. Pewnie zasługuje na miejsce na liście, ale podejrzewam, że Paweł specjalnie pominął tę muzykę na liście. To nawet nie jest moim zdaniem najlepszy album flamenco z tego roku, "La guitarra de El Nino Miguel" to mój faworyt. Inaczej wypadało by się także upomnieć o muzykę grecką...

      Usuń
    29. Na Prog Archives Renaissance jest 5-ty a Kansas 7-my w tym roczniku. SBB Quiet Sun czy bogato tu reprezentowana scena Quebec są daleko w tle.
      W takich zestawieniach zawsze jest element subiektywny, bo jeżeli autor lubi danego wykonawcę to umieści w nim nawet mniej ważne jego płyty, a jeżeli nie to z reguły zawsze znajdzie argumenty na nie, mimo że te albumy w rankingach gatunkowych są bardzo wysoko wysoko i mają wysokie noty.
      Poza tym co to jest ta oryginalność?
      Oryginalny był np. Gopal Sam bo zamiast na perkusji jako jedyny grał na tabli. No i co z tego? Sloche jest świetny ale czy jest bardziej oryginalny od Kansas? Ci drudzy mają przynajmniej ten pierwiastek "amerykańskości" odróżniający ich od Sloche, który gra bardzo po europejsku. A co takiego oryginalnego jest w SBB?
      Kwestia wolty stylistycznej. Black Sabbath taką zaczął robić na bardzo nieśmiało na Vol. 4, śmiało na Sabbath Blody Sabbath, a obecny tu Sabotage to jej kontynuacja, czy udana czy nie to kwestia dyskusyjna. Taką zaś w pełni dokonał na Heaven and Hell i tu chyba nie ma wątpliwości, że fani to kupili.
      Możemy zatem żonglować argumentami, przypisywać adwersarzowi manipulację i czytanie bez zrozumienia, ale obiektywne rankingi muzyczne to abstrakcja.

      Usuń
    30. @Białystok:

      Na Prog Archives…

      Strony tego typu pokazują tylko popularność wśród danej grupy słuchaczy, a nie dopasowanie do podanych przeze mnie kryteriów bycia istotnym, ważnym dziełem.

      W takich zestawieniach zawsze jest element subiektywny (…) obiektywne rankingi muzyczne to abstrakcja

      Dokładnie tak. Zdaje się zresztą, że wyraźnie już podkreślałem, że to mój subiektywny wybór, choć zakładający pokazanie jak najpełniejszego obrazu ówczesnej muzyki i nie pomijanie tych faktycznie ważnych albumów. Ty natomiast dalej nie wyjaśniłeś, jakim kryterium oceniasz ważność wymienionych przez siebie tytułów, ani co miałyby one wnieść do mojej listy. No może ta amerykańskość Kansas jest takim argumentem, ale ona jest też u Younga czy Dylana.

      Usuń
    31. U Younga i Dylana jest, ale nie w kontekście proga (nie chodzi o samego proga, ale o nietypowe połączenie gatunków). Generalnie Kansas to bardzo sprawni instrumentaliści (plus Walsh obdarzony naprawdę piękną, naturalną barwą głosu), choć nie są to wirtuozi i nie tacy, co wymyślą przysłowiowy proch (ale przecież nie muszą). Dlatego ich bronię - jak grają tego swojego mainstreamowego ale świetnie zagranego i zaśpiewanego, energetycznego proga z pierwiastkiem blue grass, bluesa, southern - to naprawdę fantastycznie się tego słucha (i wg mnie trzeba być uprzedzonym żeby tych obiektywnych walorów Kansas nie dostrzegać). Niemniej akurat "Song for America" to ich najsłabsza płyta z klasycznego okresu (też przecież nie tak, że beznadziejna, po prostu przeciętna). Nie przypadkiem 3 takich zagorzałych proggersów jak ja, Mahavishnuu i mój przyjaciel z Grecji Teo (który sam się określa mianem progowego taliba, haha) oceniło ją relatywnie najsłabiej. Oczywiście to wszystko jest też dość subiektywne - Białystok popieram Cię w kwestii traktowania wskaźników na RYM i ProgArchives jako ważkiego argumentu w dyskusji, ale zawsze podkreślałem, że nie powinno się go traktować jako argumentu jedynego i samego w sobie. Czym innym jest powiedzenie, że "Song for America" to dno a Kansas to beznadziejna kapela, a czym innym, że płyta niekoniecznie zasługuje na miejsce w setce najlepszych albumów roku 1975

      Usuń
    32. JD - Grecy jak najbardziej, choćby Halaris, Leontis czy Theodorakis z tego rocznika. Cóż ta scena - mimo że wykreowała bardzo oryginalnych i wpływowych twórców - (i trudnych do zakwalifikowania- bo z pogranicza muzyki klasycznej, folkloru, muzyki popularnej i filmowej), nie cieszy się chyba żadnym zainteresowaniem Pawła. Akurat to może poniekąd rozumiem - jest to na pewno specyficzna scena - nie dla każdego (nie że za skomplikowana, po prostu nasycona pewnym kodem kulturowym, który nie każdemu musi odpowiadać).

      Usuń
    33. No właśnie, ani Dylan ani Young nie grają progresywnego rocka, a ciężko o bardziej charakterystyczny i rozpoznawalny zespół z USA w tym gatunku wtedy. Dla mnie to nr 2 w ich dyskografii, ale "jutro" może być nr 1, bo tylko Leftoverture uważam za godnego rywala, ale tylko obie płyty uważam za must have u siebie na półce.

      Ten sam Mahavishnuu zaś ocenił Renaissance z tego rocznika najwyżej w dyskografii i to 9/10, więc czasem jest tak a czasem owak.

      Co do Prog Archives to jednak jest to ranking, w którym dominują melomani głównie siedzący w tym gatunku, więc przynajmniej jeżeli chodzi o niego jest to dosyć obiektywne. Nie ma tak takiej histerii jak na RYM, gdzie np. czarna Metallica zbiera masowo oceny od 0.0 - 0.5 do 5.

      Zresztą np. niektóre Dinozaury też potrafią tam swoim nie faworytom przypier. :)

      Usuń
    34. "czy bogato tu reprezentowana scena Quebec są daleko w tle.". Białystok, to nie do końca prawda: i Harmonium i Sloche i Porches mają na PA znacznie wyższe średnie ocen niż Song for America, tyle że ocen Sloche i Porches jest sporo mniej (ale 200-300, więc nie jakoś bardzo mało). Więc obiektywnie oceny mają wyższe, tyle że mniej progowców z PA zna te zespoły. Harmonium ma dużo wyższą ocenę i więcej głosów. A np. na RYM takie Patio Triany (o które się przecież nie upomina) bije wszystkie płyty Kansas na głowę. Więc sprawa wcale nie jest jednoznaczna - nawet jeśli chodzi o czyste wskaźniki.

      Usuń
    35. Nie wiem naprawdę skąd ta teoria o tym, że Quebec jest w 75 na PA "daleko" w tle, bo przed chwilą sprawdziłem https://www.progarchives.com/top-prog-albums.asp?ssubgenres=&syears=1975&scountries=&sminratings=0&smaxratings=0&sminavgratings=0&smaxresults=100&x=41&y=9
      Harmonium jest na 3 (sic!) miejscu (wyprzedza i Renaissance i Kansas), Maneige jest 14 i również wyprzedza Kansas o jedno miejsce (mimo głosów ważonych), Sloche na 18 (raptem 3 miejsca za Kansas), ale czystą średnią ma wyższą o prawie 0.2

      Usuń
  10. Fajny rok, ale jednak gorszy pod względem ilości wybitnych wydawnictw od wszystkich poprzednich od 1965 wzwyż.

    OdpowiedzUsuń
  11. Free Hand gorszy niż The Interview? A w życiu ;) Dla mnie ogólnie Free Hand nie jest już tak wyrazisty jak poprzednie albumy. Ta sama jakość grania, ale kompozycje - dla mnie i moim zdaniem - już tak nie porywają, nie mają tak pięknych i zapamiętywalnych melodii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy to na pewno o albumie zawierającym "On Reflection"?

      Usuń
    2. Dokładnie, "On Reflection" to jeden z najbardziej wyrazistych melodycznie kawałków Gentle Giant i mój osobisty faworyt z całej dyskografii. Cała pierwsza strona "Free Hand" jest być może najlepszą pod tym względem w ich twórczości. Za to na drugiej faktycznie daje się odczuć już pewne wypalenie.

      Usuń
    3. On Reflection jest super, ale to tylko powtórzenie pomysłów z Knots (i to jednak w mniej zaawansowanej formie). Nie ma nowych pomysłów na "Free Hand" a na Interview są.

      Usuń
    4. Bardziej rozwinięcie pomysłów, np. dokładając kolejny, piąty głos. Inny jest tez charakter tych utworów w warstwie instrumentalnej. "Knots" nawiązuje do muzyki współczesnej i ma mroczny, ciężki klimat, a "On Reflection" - do muzyki dawnej i przynosi taki lekki, pastoralny nastrój.

      Usuń
    5. Ja zawsze wolałem "Knots", ten utwór wydaje mi się lepiej rozwijać i być nieco sprawniej skomponowany, ale faktycznie nie da się odmówić "On Reflection" wyrazistości melodycznej.

      Usuń
  12. Szkoda, że GG nie poszli drogą KC po siedmiu albumach i nie zmienili stylu. To znaczy zmienili, ale.. Kto wie, może by dotrzymali kroku Karmazynowemu Królowi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mogli pójść w reggae-proga, jak w "Give It Back". To im wyszło. Te próby grania na czasie z "The Missing Piece" i potem są już fatalne. W przypadku King Crimson się to udawało, bo Fripp regularnie wymieniał muzyków na takich, co dobrze pasowali do konkretnego stylu. Z Wettonem czy Lake'em nie wyszłoby "Discipline", tylko raczej jakaś Asia. I mniej więcej to się stało z Gentle Giant.

      Usuń
  13. Pawle, jak wygląda u Ciebie scena Quebec? Chyba nie jesteś wielkim fanem? Ja osobiście lubię. Oczywiście nie jest to poziom Krautrocka, Canterbury, pewnie większość osób, także tutaj, wskaże wyższość włoskiej sceny rockowej/progowej, może też hiszpańskiej, ale warto było poszperać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znam głównych przedstawicieli i powiedziałbym, że to porządne granie, które nie jednak wywołuje we mnie szczególnych emocji - ani pozytywnych, ani negatywnych. Ogólnie cala ta scena nie jest według mnie tak odrębnym zjawiskiem, jak Canterbury, krautrock, RiO czy zeuhl, a nawet włoski symfoniczny prog.

      Usuń
    2. Jak dla mnie Quebec miał bardzo wyraźne indywidualne cechy. Tam były dwa główne nurty - czy raczej komponenty, bo one się często przenikały: folkowy i klasycyzująco-jazzrockowy Ten folkowy łączył tradycję francuską z powiedzmy północnoamerykańską i często miał wyraźny rys kontrkulturowy (który miał miał jednak w Quebeku wydźwięk niepodległościowy - to było to marzenie o odrębnym państwie). Ten symfoniczno-jazzrockowy opierał się na fantastycznym przygotowaniu wszyscy muzyków grających w zespole i odróżniał się od modelu brytyjskiego czy włoskiego, gdzie wyedukowani klasycznie muzycy łączyli się z tymi naturszczykami (zwykle kombinacja była taka, że klawiszowiec był lepiej czy gorzej wyedukowany, a np gitarzysta i perkusista- autodydakci). W kapelach takich jak Maneige, Sloche, L'Orchestre Symphatique, Conventuum - WSZYSCY muzycy to młodzi absolwenci konserwatoriów (i to tych najlepszych w Quebeku). Erudycja najlepszych zespołów z Quebeku i ich przygotowanie formalne zwala z nóg - nie widzę konkurentów, nawet w brytyjskiej scenie progowej. Były zespoły łączące te obydwa nurty - np. Harmonium (ikona z Quebeku). Więc dla mnie scena bardzo ciekawa i absolutnie indywidualna -tylko relatywnie niewielka.

      Usuń
    3. Jeszcze dodam - że przy wszystkich walorach scena Quebeku jest oczywiście peryferyjna (w sensie znaczenia na muzycznej mapie lat 70). Niemniej uważam, że słuchając ich progowego i folkowego topu (a to jest z grubsza jakieś 15-20 płyt- faktycznie niedużo) można muzycznie się rozwinąć (w sensie bardzo ciekawej erudycyjno-kulturowej przygody) nie gorzej niż podczas słuchania płyt zeuhl. I nie trzeba być do tego wcale ortodoksyjnym fanem proga z lat 70.

      Usuń
    4. Harnonium jest piękne, mam na myśli oczywiście "Pięć Pór Roku", ich pozostałych albumów już kompletnie nie pamiętam.
      Maneige zdecydowanie warto znać - dla mnie najlepszy jest chyba debiut, Les Porches jest bardzo ładne, ale takie trochę jakby zbyt oczywiste, może aż nadto klasycyzujące. Świetna jest trójka - Ni Vent...Ni Nouvelle, dużo świetnych melodii, krótsze utwory, zwarte.

      Usuń
    5. Zgadzam się, że 'Ni Vent.." to najlepsze dzieło Maneige (choć wszystkie 4 pierwsze płyty są doskonałe). Na "Ni Vent.." udała się, rzadka sztuka - w ramach gatunku, który był w drugiej połowie lat 70 tak "generyczny" jak fusion, udało się stworzyć coś naprawdę oryginalnego (i to przecież nieradykalnymi środkami,). Nie ma drugiej płyty fusion, która brzmi jak Ni Vent - bogactwo kolorystyczne, poziom aranżacji, wyrafinowanie harmoniczne i rytmiczne, klasa muzyków - to jest są zjawiskowe rzeczy. Bardzo udana jest też inkorporacja wątków klasycznych (to też ogromna zaleta tej płyty).

      Usuń
  14. Czy powrócą jeszcze rankingi typu top 25 jak to miało miejsce z rocznikiem 67? Fajne to było rozwiązanie.

    OdpowiedzUsuń
  15. W nawiązaniu do sceny Quebec. Rok 1975 był dla niej zdecydowanie jednym z najlepszych. Poniżej albumy z tego rocznika, które oceniłbym co najmniej 7/10. Pierwsza trójka jest nie tylko czołówką tego rocznika. Biorąc pod uwagę całokształt, wszystkie zasługują na TOP 5.

    Harmonium - Les Cinq Saisons
    Sloche - J’un Oeil
    Maneige - Les Porches
    Maneige - Maneige
    Octobre - Survivance
    Morse Code - La Marche Des Hommes

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobra piątka - z tym, że pierwsze 3 to są zespoły topowe, a Octobre i Morse Code po prostu solidne. Swoją drogą fakt, dlaczego Maneige nie należy do Twoich absolutnych faworytów pozostanie dla mnie nieprzeniknioną tajemnicą meandrów gustu (haha). Bo przecież ta muzyka (nie tylko na Porches) zawiera teoretycznie wszystko to co Cię kręci - doskonały warsztat, bardzo wyrafinowane struktury i aranże z pogranicza proga i fusion, dojrzałe (ba- dojrzałe, wręcz erudycyjne!) reminiscencje klasyczne, no i są instrumenty klawiszowe (i to doskonałe - bo i Bergeron i Langlois to muzycy najwyższej klasy.

      Usuń
    2. "L'autoroute des reves" to chyba lepsze Octobre. L'Infonie zaliczacie do tej sceny?

      Usuń
    3. "Trójka" Octobre ładnie zaaranżowana, z porządnymi orkiestracjami (dlatego dziwię się, że ma tak niskie oceny), ale tu i ówdzie trąci kiczem (chociaż jest to rodzaj kiczu, który lubię). Generalnie ważny zespół na scenie Quebeku - mieli taki utwór (zapomniałem tytułu, bodaj jest na debiucie), który był pokoleniowym hymnem młodzieży z Montrealu. Ważny, ale niekoniecznie najlepszy. Infonie tak (w szerokim sensie, bo nie brzmieli jak typoqy Quebec).

      Usuń
  16. Zważywszy na nasze zakorzenienie kulturowe, jesteśmy mocno zorientowani na scenę europejską i amerykańską. Siłą rzeczy, umykają nam ważne pozycje z innych zakątków świata. Tym razem ograniczę się tylko do jednego przykładu.

    Arco Iris - Agitor Lucens V
    Argentyński band w latach 1970-1977 nagrał kilka znaczących płyt. Dwupłytowy „Agitor Lucens V” to bez wątpienia opus magnum w jego dorobku. Jeden z najznakomitszych albumów, jaki powstał w tej dekadzie w Ameryce Południowej. Santaolalla et consortes pokusili się o szeroką syntezę różnych stylów muzycznych. Rock progresywny krzyżuje się z psychodelią, elementy etniczne (np. folklor argentyński) z różnymi odmianami jazzu. Najczęściej w grę wchodzi fusion, czasami free. Intrygujące kompozycje, znakomity warsztat instrumentalistów, czarowny klimat. Ciekawy, w niektórych swoich aspektach wręcz obrazoburczy, jest koncept dzieła. Za pierwszym razem może przykuć uwagę, jednak w pełni swoje walory odkrywa dopiero po kilku uważnych przesłuchaniach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest kilka płyt z Ameryki Południowej na liście, ale dzięki za kolejną propozycję.

      Usuń
  17. @ Adi

    Przed laty, gdy znałem jeszcze dość powierzchownie płyty Harmonium, uważałem że ich zdecydowanie najlepszym albumem jest „Les cinq saisons”. Większa ilość odsłuchów zmieniła optykę. Nie można lekceważyć debiutu, który niewiele ustępuje „Les cinq saisons”. Jak dla mnie, opus magnum w ich dorobku to dwupłytowy „L’heptade”. Najbardziej wyrafinowane i dojrzałe wcielenie zespołu. Przy okazji, jeden z najznakomitszych progresywnych albumów wydanych w 1976 roku. Gdybym miał wybrać najlepszy album sceny Quebec, be wahania postawiłbym na „L’heptade”.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)