[Recenzja] Carla Bley and Paul Haines - "Escalator Over the Hill" (1971)

Carla Bley - Escalator Over the Hill


Zmarła Carla Bley - pianistka, ale przede wszystkim kompozytorka, związana ze środowiskiem jazzowej awangardy, choć mająca na koncie także współprace z rockowymi twórcami. Karierę zaczynała, jeszcze jako Carla Borg, w późnych latach 50., pisząc utwory dla George’a Russella, Jimmy'ego Giuffre, Dona Ellisa czy swojego pierwszego męża, Paula Bleya. W połowie lat 60. związała się jednak prywatnie i zawodowo z Michaelem Mantlerem - jej drugim mężem - m.in. stając się jednym z filarów freejazzowej supergrupy The Jazz Composer's Orchestra. W tym też okresie zrealizowała swoje najbardziej imponujące dzieło, trzypłytowy album "Escalator Over the Hill", nagrywany na przestrzeni czterech lat, z udziałem ponad pięćdziesięciu muzyków. Zalążkiem całego projektu był tekst groteskowej opery, napisany przez Paula Hainesa, autora kojarzonego raczej z esejów na okładkach jazzowych płyt. Jego praca zainteresowała jednak Carlę Bley na tyle, że postanowiła poświecić kilka lat życia na jej muzyczne opracowanie.


W rozbudowanym składzie, obok Bley i pełniącego także rolę producenta Mantlera, znaleźli się przede wszystkim muzycy związani z The Jazz Composer's Orchestra - niektóre źródła uznają nawet "Escalator Over the Hill" za płytę tego kolektywu -  ale także wielu innych doświadczonych instrumentalistów i wokalistów. Warto wymienić przede wszystkim takie nazwiska, jak Gato Barbieri, Karl Berger, Jack Bruce, Don Cherry, Charlie Halen, John McLauglin, Paul Motian, Enrico Rava czy Roswell Rudd. Pomimo takiej obsady, nie było łatwo znaleźć wydawcę dla tego materiału. Ostatecznie płyta została opublikowana przez założoną w tym celu przez Bley i Mantlera wytwórnię JCOA Records. W późniejszym czasie pojawiła się też kompaktowa reedycja dystrybuowana przez ECM. Skoro mowa o różnych wydaniach, to warto wspomnieć, że winylowe praktycznie się nie kończy - ostatnie dźwięki finałowego "…And It's Again" ulegają zapętleniu, które zakończyć może dopiero podniesienie igły. W formacie CD nie da się osiągnąć takiego efektu, więc po prostu fragment ten powtarza się przez siedemnaście minut - na tyle pozwoliła pojemność płyty.

"Escalator Over the Hill" z jednej strony zachwyca swoją oryginalną formą i mnóstwem wspaniałych momentów, a z drugiej - na pewno można się przyczepić do tego rozmachu, bo sporo fragmentów dałoby się po prostu pominąć, nie tracąc wiele muzycznej treści. Niewątpliwie jest to jednak wyjątkowe dzieło. Jeden z nielicznych albumów jazzowych, który faktycznie jest pewną całością, a nie tylko zbiorem utworów zarejestrowanych w pewnym okresie. To właściwie jedna kompozycja, na która składa się dwadzieścia siedem segmentów, trwających od kilkudziesięciu sekund do nawet kilkunastu minut i - o ile nie wymuszał tego winylowy podział na strony - bez przerw pomiędzy nimi. Zawartą tu muzykę niektórzy krytycy nazywają jazzową operą, jednak nie jest to precyzyjne określenie ani też nie wyczerpuje tematu. Faktycznie pojawiają się tu różne głosy rozpisane na role, czasem nawet kojarzące się z operą, częściej jednak bliższe różnych nurtów muzyki rozrywkowej. Jazz jest tu natomiast tylko jednym z elementów, dominującym w warstwie instrumentalnej, ale poszerzonym o inne wpływy, niarzadko wybijające się na pierwszy plan.


Przedziwny to album, na którym przeplatają się bardzo różne pomysły. Duża cześć materiału to bigbandowy third stream z rozbudowaną sekcją dętą. Czasem jest to granie bliskie jazzu free, jak w tytułowym "Escalator Over the Hill" czy szczególnie imponującym, trzynastominutowym otwieraczu "Hotel Overture", gdzie pod pozornym chaosem kryje się dyscyplina, a quasi-kabaretowa cześć w środku daje jasno do zrozumienia, że nie będzie to album utrzymany w jednej konwencji. Szczególnie zaskoczyć może w zasadzie stricte rockowy "Businessmen", z porywającymi partiami gitary McLaughlina i basu Bruce'a oraz bardzo dobrze odnajdującymi się w takiej stylistyce Bley i Motianem, a także dodającym nieco awangardowych dźwięków modulowanego pianina Mantlerem. Mógłby to być jeden z najlepszych utworów The Tony Williams' Lifetime, choć momentami bliżej mu nawet do koncertowego wcielenia Cream. Ostrzejszych brzmień nie brakuje też w "Rawapandii Blues" i "End of Rawapindi", fantastycznie łączących elementy blues rocka, jazz-rocka, psychodelii oraz hindustańskich rag. Egzotyczne wpływy zdradza też "A.I.R. (All India Radio)". Wśród pozostałych utworów znajduje się i eksperymentalny kolaż dźwiękowy z elementami muzyki konkretnej ("This Is Here…"), i w zasadzie popowa, przyjazna radiu ballada ("Why"), i bardziej tradycyjny jazz wokalny ("Doctor Why"), i powracające inspiracje kabaretem ("Over Her Head", "Holiday in Risk"). Jednym z najbardziej niesamowitych fragmentów jest też apokaliptyczny "Smalltown Agonist", z posępnymi wokalami, quasi-symfonicznym rozmachem i punktem kulminacyjnym z freejazzową solówką saksofonu. Warto też zwrócić uwagę na "Little Pony Soldier" z dość nietypową jak na McLaughlina, powściągliwą, ale bardzo klimatyczną gitarą, do której ciekawie dołączają kolejne instrumenty. Z drugiej strony, wiele krótszych segmentów - miniatur lub quasi-piosenek - wydaje się mieć znaczenie dla historii Hainesa, ale muzycznie nie wnoszą tu wiele, jeśli cokolwiek.

Słuchając "Escalator Over the Hills" mam wrażenie, że album raczej tylko bywa wybitny - choć licznymi i dłuższymi fragmentami - niż tworzy wybitną całość. Carla Bley chyba nie do końca udźwignęła swoje ambitne założenia, może trochę też przesadziła z eklektyzmem, choć faktycznie wraz z towarzyszącymi muzykami świetnie odnajduje się w bardzo różnych konwencjach. Pod względem wykonania trudno cokolwiek zarzucić, choć nie wszystkie segmenty dają instrumentalistom możliwość, by w pełni się wykazać. Jednak nawet jeśli niektóre utwory nieco zawodzą, to nie ujmuje to wiele Bley jako kompozytorce, która zaproponowała tu zarówno wiele świetnych tematów jazzowych, jak i znakomite kawałki rockowe.

Ocena: 8/10



Carla Bley and Paul Haines - "Escalator Over the Hill" (1971)

LP1: 1. Hotel Overture; 2. This Is Here...; 3. Like Animals; 4. Escalator Over the Hill; 5. Stay Awake; 6. Ginger and David 7. Song to Anything That Moves
LP2: 1. EOTH Theme; 2. Businessmen; 3. Ginger and David Theme; 4. Why; 5. It's Not What You Do; 6. Detective Writer Daughter; 7. Doctor Why; 8. Slow Dance (Transductory Music); 9. Smalltown Agonist; 10. End of Head; 11. Over Her Head; 12. Little Pony Soldier; 13. Oh Say Can You Do?; 14. Holiday in Risk; 15. Holiday in Risk Theme
LP3: 1. A.I.R. (All India Radio); 2. Rawalpindi Blues; 3. End of Rawalpindi; 4. End of Animals; 5. ... And It's Again

Skład: Carla Bley - pianino, organy, czelesta, dzwonki, kaliope, wokal; Jimmy Lyons - saksofon altowy; Gato Barbieri - saksofon tenorowy; Chris Woods - salsofon barytonowy; Souren Baronian - klarnet; Peggy Imig - klarnet; Perry Robinson - klarnet, wokal; Don Cherry - trąbka, flet, wokal; Michael Mantler - trąbka, puzon zaworowy, pianino, wokal; Enrico Rava - trąbka; Michael Snow - trąbka; Sam Burtis - puzon; Jimmy Knepper - puzon; Roswell Rudd - puzon, wokal; Jack Jeffers - puzon basowy; Bob Carlisle - waltornia; Sharon Freeman - waltornia, wokal; John Buckingham - tuba; Howard Johnson - tuba, wokal; Don Preston - syntezator, wokal; Sam Brown - gitara; John McLaughlin - gitara; Leroy Jenkins - skrzypce; Nancy Newton - altówka, wokal; Calo Scott - wiolonczela; Charlie Haden - kontrabas, wokal; Ron McClure - kontrabas; Richard Youngstein - kontrabas; Jack Bruce - gitara basowa, wokal; Paul Motian - perkusja; Karl Berger - wibrafon; Bill Morimando - dzwony orkiestrowe, czelesta; Roger Dawson - kongi; Jane Blackstone, Jonathan Cott, Steve Ferguson, Steve Gebhardt, Tyrus Gerlach, Eileen Hale, Rosalind Hupp, Jack Jeffers, Paul Jones, Sheila Jordan, Jeanne Lee, Bill Leonard, Karen Mantler, Timothy Marquand, Tod Papageorge, Linda Ronstadt, Bill Roughen, Phyllis Schneider, Bob Stewart, Pat Stewart, Viva - wokal
Producent: Michael Mantler


Komentarze

  1. Niedobry ten rok, śmierci najwybitniejszych jazzowych kompozytorów...

    OdpowiedzUsuń
  2. O ile ogólnie lubię Carlę, o tyle ten album wydaje się mi zbyt gigantyczny, żeby go rzetelnie przesłuchać. Natomiast bardzo lubię jej zwięzłe płyty, szczególnie mi się podoba European Tour 1977, gdzie świetnie grają Hugh Hopper i Elton Dean. Dziś w końcu posłuchałem też wcześniejszego Tropic Appetites, które brzmi tak, jak grało Henry Cow z Dagmar Krause. Fascynujące rzeczy, choć chyba ciekawsze niż przyjemne do słuchania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Escalator Over the Hill" nie jest aż tak długi, jak może się wydawać przez fakt wydania na trzech winylach czy te dodatkowe - i moim zdaniem niepotrzebne - 17 minut w wersji kompaktowej. Podstawowa edycja trwa 103 minuty, czyli minimalnie dłużej niż np. "Dark Magus" (100 minut) czy nawet "Bitches Brew" (93 minuty), a krócej niż "Get Up with It" (122 minuty), a sądzę, że te albumy Milesa Davisa niejednokrotnie przesłuchałeś rzetelnie. W tym kontekście dużym plusem jest eklektyzm dzieła Bley, bo bardziej jednorodne półtora godziny faktycznie mogłoby nużyć.

      Sięgnąłem wczoraj po "Tropic Appetites" oraz "European Tour 1977" i były to całkiem przyjemne odsłuchy, szczególnie w przypadku tego pierwszego, choć mnie z Henry Cow nie bardzo się kojarzył. Znaczy rozumiem, skąd takie porównanie, ale raczej sam bym na to nie wpadł.

      Usuń
    2. Też mam, wątpliwość co do nienaganności "Escalator Over the Hill". Co prawda, moje pierwsze spotkanie z tym materiałem, było dla Twórców imponujące, to już kolejne (po dwóch, trzech miesiącach) było wstawaniem z kolan. Pomiędzy fragmenty kunsztowne (przekształcenia rytmiczne, dla mnie, przede wszystkim) i ciekawie rozbudowane partie instrumentów dętych elementy, nazwę je para-jazzowe (z braku lepszego określenia), które mój puls czyniły podobnym do tętna niedźwiedzia, podczas zimowego snu. Może tak to zaplanowano, ja piszę o własnym odczuciu.
      I wobec tego, znacznie lepiej odbieram, wspomnianą, "Tropic Appetites", zwięzłą, w konfrontacji z "Escalatorem", gdzie mnie, łatwiej akceptować tę syntezę literackiej i muzycznej materii. Powiedziałabym, że to rzecz znakomita, właśnie przez samoograniczenie Artystki. A jeszcze te tropy kanterberyjskie...
      Nie podzielam, niestety, zachwytu nad "European Tour 1977". Drażni, rockowe podejście do partii organowych wygrywanych przez Carlę (choć wypada wspomnieć, iż dobrze aranżujący, niekoniecznie dobrym instrumentalistą, casus Gila Evansa) . Kompozycyjnie, wg. mnie, to też jest, jeśli nie przeciętne, to poniżej jakości płyt poprzednich, już tak. I jeszcze ta z nieco wypaczonym poczuciem humoru. Wszystko staje się tak łatwe do przewidzenia, jak nasze Asocjacje Hagaw i Chałturniki.
      Oczywiście Jej śmierć to strata wielka, ale też jej aktywność artystyczną w ostatnim dziesięcioleciu, zapamiętać będzie trudniej, myślę. Płyty nagrane w Auditorio Stelio Molo, w Lugano, to bardziej producencki wyczyn niż jakość muzyczna, osiągana w latach poprzednich.

      Usuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] Death - "Human" (1991)

[Recenzja] Republika - "Nowe sytuacje" (1983) / "1984" (1984)

[Recenzja] Present - "This Is NOT the End" (2024)

[Zapowiedź] Premiery płytowe kwiecień 2024

[Recenzja] Extra Life - "The Sacred Vowel" (2024)