[Zapowiedź] "Lizard" nr 43 w przedsprzedaży

Lizard Magazyn 43


The 13th Floor Elevators, The Rolling Stones, Breakout, Joe Henderson czy przegląd polskiego fusion - to tylko niektóre z tematów poruszonych w nadchodzącym, 43. numerze magazynu "Lizard". Ze swojej strony polecam także autorski tekst na temat reprezentujących scenę Canterbury zespołów Hatfield and the North i National Health. To właśnie ich dokonania ostatecznie zdefiniowały wspomniany nurt, biorąc co najlepsze od wcześniejszych przedstawicieli. W artykule skupiam się na licznych roszadach personalnych kanterberyjskich zespołów, które ostatecznie doprowadziły do powstania Hatfield and the North, a następnie jego przegrupowania pod szyldem National Health. Opisuję w nim również wszystkie regularne albumy tych grup.

Pełen spis zawartości znajduje się na stronie internetowej magazynu, natomiast zamówienia można składać bezpośrednio u wydawcy.

Komentarze

  1. Wilson na okładce to świetna antyreklama.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dla liczniejszego grona - świetna reklama, dzięki której może kupią pismo i poczytają też o ciekawszej muzyce. Może nawet zainteresują się graniem, o jakim wcześniej nie mieli nawet pojęcia.

      Usuń
    2. @Adrithgor Widzisz jakim sprytem wykazują się twórcy magazynu Lizard.

      Usuń
    3. Widzę. Choć bardziej imponują mi wiedzą o muzyce, którą przejawiają w swoich artykułach ;)

      Usuń
  2. Radosław Tokarz2 grudnia 2021 09:34

    Zgadzam się z autorem. Pare lat temu byłem wielkim fanem Stevena Wilsona i przez takie artykuły zainteresowałem się bardziej interesującą muzyką. Myślę że dla wielu ludzi młodego pokolenia Wilson to taki starter.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko chyba nie każdego poprowadzi w tym dobrym kierunku. Bo z jednej strony faktycznie słuchacze Wilsona mogą zainteresować się tym, czym on sam się inspirował, albo sięgnąć po płyty klasyków przez niego remasterowane. Jest też jednak inna opcja: tak bardzo przywykną do muzyki granej przez Wilsona, że będzie interesować ich tylko coś niemal identycznego, czyli inni epigoni. Nie wyrobią sobie odpowiedniej wrażliwości do słuchania czegoś o innym brzmieniu, innej (szerszej) palecie emocji oraz inaczej skomponowanego (bez tych dłużyzn czy rozwoju utworów jedynie na zasadzie kontrastów).

      Ale tak, jak pisałem wcześniej, jeśli dzięki tekstom o Wilsonie, ktoś kupi numer i dowie się o istnieniu polskiego fusion, sceny Canterbury czy też pozna prekursorów psychodelii - The 13th Floor Elevators - a może nawet zacznie takiej muzyki słuchać, no to chyba lepiej, niż pismo mieliby czytać tylko ci lepiej obeznani, co już to wszystko znają. Sam zresztą chętnie poczytam, co jest progresywnego w "Grace for Drowning", bo uważam ten album za jeden z najbardziej regresywnych w całej twórczości Wilsona, który odkrywczy nie był nie był nigdy.

      To zresztą jest raczej zaleta, niż wada "Lizarda", że piszą tam autorzy o różnym spojrzeniu na muzykę. Zawsze warto poznać inny punkt widzenia, nawet jeśli ostatecznie zostanie się przy swoich poglądach.

      Usuń
    2. "Myślę że dla wielu ludzi młodego pokolenia Wilson to taki starter." Dla mnie na szczęście nie, nie znam jego muzyki. Znam go z tego że jest znany a ta twarz prawie ciągle się przewija w jakiś teraz rockach i w Lizardzie.

      Usuń
    3. To jeśli nie znasz Wilsona warto sięgnąć po jego projekty z lat 90 i może wczesnych 2000. Wczesne Porcupine czy No-Man to ciekawe rzeczy.

      Usuń
    4. Jeśli jednak znasz Pink Floyd, Tangerine Dream, Gong, Neu! itd., to na polecanych wyżej płytach nie usłyszysz nic, czego byś już nie znał w ciekawszej wersji. A jeśli nie znasz, no to chyba jednak warto najpierw poznać pierwowzór, a ewentualnie potem przekonać się, jakim to nowatorem jest Wilson.

      Usuń
    5. Ten Wilson to raczej tylko ciekawostka dla mnie - "Pink Floyd, Tangerine Dream, Gong, Neu!" te zespoły znam a niektóre z ich wielkich płyt już dawno znam na pamięć.

      Usuń
    6. No ale Wilson to nie tylko progresja.

      Generalnie jak zawsze warto posłuchać bez konkretnego nastawienia, zamiast czytać czyjeś opinie w Internecie ;)

      Usuń
    7. Ale głównie na progiem jest kojarzony i, mimo wszystko, w takiej stylistyce miał chyba najwięcej przebłysków. W innych rzeczach, których próbował, też nie był nigdy nowatorski, ani nie dosiegnął poziomu swoich inspiracji.

      Usuń
    8. Może "The Raven That Refused to Sing (And Other Stories)" Bym posłuchał żeby w ogóle usłyszeć co ten Wilson. Jako jedyny jest pogrubioną czcionką.

      Usuń
    9. Dobry wybór. Na tym albumie doskonałe słychać wszystkie wady muzyki Wilsona, ale są tam też chyba najlepsze fragmenty - niestety nie całe utwory - jakie nagrał.

      Usuń
    10. Oj, z biegiem czasu coraz bardziej surowo patrzysz na Pink Floydów. A z czego wynikają Twoje wątpliwości czy Wish You Were Here zasługuje rzeczywiście na 10 i tylko w kwestii DSoM się nie wahasz z pozostawieniem maksymalnej oceny? Trafiłem na taką rozmowę pod recenzją Animals i autentycznie mnie to zaskoczyło, szczególnie stwierdzenie, że DSoM nic nie brakuje.

      Znaczy dla mnie obydwa albumy są takie że czegoś im brakuje, ale to WyWH zdaje się być bardziej przemyślany i przede wszystkim spięty klamrą, której zastosowanie podkreśliło fakt, że jest to album, a nie tylko zbiór utworów jak poprzednik. WyWH przemawia do mnie jako całość, DSoM ma lepsze momenty. Z ciekawostek powiem Ci, że całe lata byłem przekonany, że to na DSoM jest Comfortably Numb - bo uważałem, że ten album zawiera wszystkie killery Floydów.

      Kiedy dopisałeś ostatnie zdanie do recenzji WYWH?

      Usuń
    11. Na "Wish You Were Here" jest klamra, ale trzy środkowe utwory to samodzielne dzieła. Na "Dark Side of the Moon" wszystkie utwory są ze sobą połączone i mam wrażenie jakbym słuchał jednego długiego. Nie ma klamry, ale być nie musi. Tak tez można czasem komponować.

      W tym okresie Pink Floyd zaczął grać bardziej konwencjonalnie. W zasadzie zaczął już na "Meddle", by na "The Wall" stać się właściwie zwykła grupą rockową, poza może 2-3 fragmentami. Album z 1975 roku nie wprowadza już prawie żadnych nowych pomysłów, sprawiając wrażenie, że muzycy zamknęli się w bezpiecznej niszy i nie chcą już ryzykować. I w tym widzę jego największą, choć może jedyną, wadę.

      Aktualna recenzja funkcjonowała wcześniej jako osobny artykuł o tym albumie. Prawdopodobnie jakoś w zeszłym roku zastąpiłem tym tekstem oryginalną recenzje, dodając 3 czy 4 ostatatnie akapity. Można poznać po tym, że w przeciwieństwie do poprzednich zawierają zamiast faktów moje opinie.

      Usuń
    12. No ja nie odnosiłem takiego wrażenia przy DSoM, ale to ja. Ale i do jednego i do drugiego PF nie mam póki co ochoty wracać, więc spróbuję raz jeszcze. A że nie było na WyWH rewolucji w stosunku do poprzednika to się zgodzę.

      Usuń
    13. Ja tam Floydów nigdy nie wielbiłem. Zawsze się dziwiłem mega hajpowi na "Wish You Were Here". Jasne, ładny, przyjemny album, z fajnym klimatem, ale żeby uważać go za arcydzieło, dzieło skończone, to nie. Trochę bardziej ceniłem DSotM, i zostało chyba tak do teraz, ale także tutaj nie czułem, że obcuję z jakimś muzycznym absolutem.

      Usuń
    14. Bo to nie jest absolut, choć może się tak wydawać, gdy się poznaje te ich najpopularniejsze albumy w okresie, gdy poza tym zna się tylko różne Metalliki i Nirvany. Niektórym tak zostaje, bo nawet nie próbują się rozwijać.

      Ale jednak Pink Floyd do pewnego okresu to jest bardzo spoko zespół. Szczególnie na tych najwcześniejszych płytach, które były głównym źródłem inspiracji dla części krautrocka. Zresztą koncertowa część "Ummagummy" to może być absolut psychodelii.

      Usuń
    15. Tak, te wczesne eksperymenty Floydów są świetne, a Ummagummę bardzo lubię.

      Usuń
    16. Mimo dwóch 10-tek widzę dużo mniejszy entuzjazm w stosunku do Pink Floyd z 1973-77. Dużo. Czy te oceny dalej są aktualne?

      Usuń
    17. Oceny są aktualne, choć nie wiem, czy ta dla albumu z 1975 roku w końcu nie spadnie. Od dawna się nad tym zastanawiam, choć nie jakoś intensywnie.

      Usuń
    18. Niby mam wywalone na Floydów, bo uważam że to jeden z najbardziej przecenianych zespołów w nurcie progresywnym, ale jakoś dziwnie mnie niepokoi fakt że może spaść do 9. Ale w sumie zdanie zawierające sformułowanie "Może i nie jest to wybitny album..." daje pewne wskazówki. W każdym razie mi zawsze mniej podobał się Dark Side of The Moon. Chyba nawet najmniej z okresu 1971-1977.

      Oby nie zaczął Ci nigdy przeszkadzać fakt, że King Crimson ma aż tyle 10, bo trochę zwątpię :D (O GG jestem dziwnym trafem spokojny)

      Usuń
    19. Nie jest przeceniony. Po prostu ze wszystkich grup prog-rockowych grał muzykę najbardziej przystępną, o największym potencjale komercyjnym, a jednocześnie całkiem wyrafinowaną na tle (nawet ówczesnego) mainstreamu. To w latach 70., bo wcześniejszy Pink Floyd jest wręcz niedoceniony! A był to jeden z pierwszych rockowych zespołów, który faktycznie poszerzał ramy gatunku, czerpiąc z innych, ambitniejszych rodzajów muzyki i podejmując udane próby odejścia od piosenkowego schematu. Pod koniec lat 60. to rzeczywiście był jeden z najlepszych, bo najbardziej oryginalnych, poszukujących i inspirujących rockowych wykonawców. Tylko, że zawdzięczał to głównie metodzie prób i błędów, nie będąc do końca świadomym co chce i jak może osiągnąć, a tym samym jego ówczesne dokonania są bardzo nierówne. Potem byli coraz bardziej świadomi, ale też coraz niżej mierzyli. Zwłaszcza pod odejściu Watersa, gdy mierzyli już tylko w utrzymanie się w mainstreamie.

      Nie wiem czemu miałyby mi przeszkadzać dziesiątki dla King Crimson. To zespół, który prawie do końca (do czasu obecnie trwającej reaktywacji) poszukiwał i stawiał względy artystyczne nad merkantylnymi.

      Usuń
    20. Przede wszystkim chodziło mi o okres 1973-1994, a już zdecydowanie 1979-1994. Kiedyś pod "The Wall" była nawet etykieta rock progresywny. Ale bez przeciągania - zgadzam się z tym co napisałeś pod recenzją debiutu, bo właśnie tam byłem. A propos braku Watersa, to też nadaje się do grupy "muzyków-podpór".

      Jakbym miał wrócić do jednej, dowolnie wybranej płyty PF to byłby debiut. Mimo dziecinnych fragmentów.

      Usuń
    21. Przeceniony? A może to po prostu jedyny album popularny na tyle, na ile zasługuje?

      Usuń
    22. Nie mówię, że konkretny album jest przeceniony. Mówię, że przeceniona jest twórczość PF z lat 1973-1994. A to znacząca różnica.

      Usuń
  3. Faktycznie, znam osoby, które się zatrzymały na Wilsonie i uważają go wręcz za boga. Jednak sam Wilson otacza się zazwyczaj bardzo dobrymi muzykami i nietrudno zainteresować się ich twórczością (np. Fripp). Muzyka, którą tworzy jest wtórna i nudna w dużej mierze, ale przez jego remastery laik może poznać kanon rocka progresywnego. Akurat nie można zarzucić Wilsonowi, że jest niedoedukowany muzycznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest świetnie osłuchany w muzyce rozrywkowej czterech ostatnich dekad XX wieku, nie tylko tej popularnej. Jednak moim zdaniem wyjątkowo nieumiejętnie z niej czerpie. W jego muzyce brakuje emocjonalnej różnorodności (jest tylko smutek / melancholia), energii, wyrazistych melodii, a zwłaszcza sensownego rozwijania się kompozycji.

      Usuń
    2. Masz jakiś pomysł jak sugerować wielbicielom PT i Wilsona (którego twarz regularnie mylę z Leszkiem Możdżerem) głoszącym wszędzie zachwyty jakie to bardzo progresywne granie, że w kwestii wiedzy muzycznej są - mówiąc wprost - w czarnej dupie? Bo rzucając jako kontrą nazwami VdGG czy KC łatwo narazić się na inwektywy.

      Pytam bo parę tygodni temu usłyszałem o nowej płycie PT i mnie skręciło jak ludzie zaczęli się tym zachwycać.

      Usuń
    3. Chyba nic na to nie poradzisz. Zerknij na moje próby uświadamiania w komentarzach pod recenzjami Wilsona czy Porcupine Tree. Efektu raczej nie przyniosły.

      Usuń
    4. Takie uświadamianie nie ma większego sensu. Kiedyś napisałem jednej osobie, iż się myli, bo stwierdziła, że Marillion są mistrzami rocka progresywnego. Obraził się :D Eh, te płatki śniegu :D

      Usuń
    5. Tylko po co kogoś na siłę uświadamiać? Muzyki rozrywkowej słucha się chyba głównie dla przyjemności. Jeśli ktoś czerpie przyjemność ze słuchania Wilsona i nie czuje niedosytu, nie czuję że chce czegoś więcej, to po co komuś wmawiać, że nie powinien lubić to co lubi :)

      Usuń
    6. Najśmieszniejsze jest to że tymi płatkami śniegu są najczęściej goście po 50, a to podobno obecni 20 latkowie są nadwrażliwi.

      Usuń
    7. @twilitekid: Ok, tylko te osoby które słuchają Wilsona i innych epigonów głównie dla przyjemności (...) i nie czują niedosytu, to często te same osoby, które piszą jaka to ta muzyka jest genialna i nowatorska. A takie coś warto prostować, żeby inni nie byli wprowadzani w błąd. Poza tym wielu sluchaczy może nie być zwyczajnie świadomym, że istnieje coś więcej - muzyka, która być może zapewni im większe doznania. Więc chyba jednak warto próbować, bo zawsze istnieje cień szansy, że trafi się na podatny grunt. Ja sam kiedyś sądziłem, że Pink Floyd z lat 70. oraz dwa pierwsze albumy King Crimson i "Red" to muzyczny absolut, a Porcupine Tree to zespół, który wspaniale rozwija pomysły PF na swój własny sposob (bo nie znałem jeszcze innych inspiracji Wilsona). Okazało się jednak, że te płyty PF i KC to nawet nie są ich najlepsze, a w ogóle to dopiero przedsionek prowadzący do ambitniejszej, bardzo różnorodnej muzyki.

      Usuń
    8. Akurat debiut Crimsona to jak dla mnie nawet Larksy przebija. Nawet utwory z Larksów wykonane na żywo!

      Usuń
    9. Moim zdaniem "In the Court of the Crimson King" to - obok "Close to the Edge" Yes - niedościgniony ideał symfonicznego proga. Jednak późniejsze dokonania Crimson, szczególnie zaś koncerty z Wettonem, Brufordem i Crossem (i częściowo Muirem), to po prostu wyższa półka od symf-proga.

      Na podobnej zasadzie floydowe "Dark Side of the Moon" i "Wish You Were Here" to ideał muzyki, która jest jednocześnie mega-przystępna nawet dla początkujących słuchaczy i osób w ogóle nie interesujących się muzyką, a zarazem nie budzi zażenowania u tych bardziej zaawansowanych. Jednak ciekawsze są te ich wczesne eksperymenty, nawet jeśli nie nagrali wtedy żadnego w pełni udanego albumu.

      Usuń
    10. W kwestii symphonic proga to oczywiście In The Court... jest ideałem. CTTE stawiam na równi z niezbyt przez Ciebie lubianym Darwin!, bo w sumie to lubię tą włoską, przesadną ekspresję i manierę, nawet jeśli może nie pasować do jakiejkolwiek muzyki rockowej.

      "Moim zdaniem "In the Court of the Crimson King" to - obok "Close to the Edge" Yes - niedościgniony ideał symfonicznego proga. Jednak późniejsze dokonania Crimson, szczególnie zaś koncerty z Wettonem, Brufordem i Crossem (i częściowo Muirem), to po prostu wyższa półka od symf-proga."

      No cóż, moim zdaniem to nie wyklucza wyższości debiutu (nie chcę się na ten temat wykłócać, bo obaj chyba wiemy, że to poziom gdzie nie ma decydować o tym co jest lepsze, tylko trzeba docenić geniusz obu płyt) nad np. Red.

      Weźmy przykład Comusa. Patrząc na twoją ocenę na blogu i RYMie obaj kochamy ten album, ale mimo wszystko avant-folk jest ogólnie rzecz biorąc niższą półką niż np. free jazz, lecz nie wyklucza to wyższości Comusa ponad niektóre albumy tego nurtu.

      Usuń
    11. Rozumiem co masz na myśli, jednak mi chodzi też trochę o coś innego. Albumy w rodzaju "Dark Side of the Moon" czy "In the Court of the Crimson King" są bardzo popularne i przystępne, więc słuchają ich nawet osoby niesiedzące w progu. Ale z tego ich słuchania nic nie wynika, żaden rozwój. Po prostu czasem wracają do tych właśnie płyt. Natomiast wcześniejsze dokonania Floyda i późniejsze Crimsona to muzyka, która może otworzyć ich na zupełnie nowe doznania, zachęcić do poszukiwań poza rockową stylistyką.

      Usuń
    12. Paweł, być może błędnej zakładasz że osoby słuchające skostniałej progresji z nurtu neo proga interesuje jakikolwiek rozwój muzyczny czy poszukiwanie ambitniejszej muzyki :)

      Owszem warto podsuwać muzykę protoplastów nurtów czy gatunków, ale na zasadzie luźnego "sprawdź sobie to i to, bo Wilsom tym się inspirował, więc może Ty też się zainspirujesz" zamiast pasywno-agresywnie atakować za brak osłuchania i winić za to, że komuś podoba się muzyka, której słucha ;)

      Usuń
    13. Ja wiem, że spora część takich sluchaczy - jeśli nie zdecydowana większość - nie chce się rozwijać. Ale jak pisałem, są też na pewno osoby, które po prostu nie wiedzą, że jest taka możliwość.

      I przeciez nie atakuję nikogo, kto słucha Wilsona, tylko obnażam, czym jego muzyka jest, a czym nie jest, choć próbuje być.

      Usuń
    14. > I przeciez nie atakuję nikogo, kto słucha Wilsona, tylko obnażam, czym jego muzyka jest, a czym nie jest, choć próbuje być.

      Brzmi jak atak passive-agressive :). Po co cokolwiek obnażać - muzyka jest jaka jest. Jeden widzi w niej tandetny kolaż osłuchanych do bólu motywów, inny jest zachwycony, bo dokładnie to trafia do jego serducha. Po co komukolwiek wmawiać, że muzyka, którą lubi nie jest taka fajna, jak mu się wydaje, bo "obiektywnie cośtam cośtam" i generalnie powinien się ogarnąć, posłuchać czegoś innego, by wreszcie zrozumiał, że to jest słabe.

      To jest IMO bardzo złe podejście. Lepiej komuś podsuwać dyskretnie inną muzykę, która ma szanse się spodobać znając preferencje danej osoby i pozwolić jej dojść do własnych wniosków samodzielnie.

      Usuń
    15. Bez przesady, nikt zdolny do logicznego myślenia nie potraktuje osobiście wskazania wad muzyki, która mu się podoba. Ponadto na takim podejściu, jakie proponujesz, straciliby wszyscy ci, którzy jednak chcą się czegoś dowiedzieć o muzyce. A to z nimi - i tylko z nimi - warto dyskutować. A żeby dowiedzieć się, co w muzyce jest wartościowe i dlaczego właśnie to, trzeba też wiedzieć co i dlaczego takie nie jest.

      Usuń
    16. > A żeby dowiedzieć się, co w muzyce jest wartościowe i dlaczego właśnie to, trzeba też wiedzieć co i dlaczego takie nie jest.

      Nie zgadzam się. Takie podejście nazwałbym narzucaniem komuś swojej optyki.

      Usuń
    17. A polecanie czegokolwiek to już nie jest narzucanie swojej optyki? Wolno tylko w jedną stronę?

      Przecież nie mówię, że Wilsona nie warto słuchać, bo mi się nie podoba, tylko dlatego, że jest kopią innej muzyki. To nie jest moja opinia, tylko fakt. Kilka najbardziej ewidentnych przykładów, ale znalazłoby się tego znacznie wiecej:

      - początek "The Sky Moves Sideways (Phase I)" i początek "Shine on You Crazy Diamond (Parts I-V)" Pink Floyd,
      - "Signify" i "Hallogallo" Neu!,
      - "Tinto Brass" i "Master Builder" Gong,
      - "Raider II" i "Cirkus" King Crimson.

      Przy czym oryginały są obiektywnie lepszą muzyką, bo mają bardziej spójną i logiczną kompozycje, bez dodanych na siłę elementów, po to tylko, żeby były, a nie faktycznie coś wnosiły.

      Usuń
    18. Spoko, nie musisz mi niczego udowadniać. Przedstawiam tylko swój punkt widzenia.

      Ja tam nie widzę nic złego w inspiracjach czy nawet jawnym kopiowaniu motywów w muzyce. To jest coś normalnego i dzieje się od lat. Idąc tym tropem moglibyśmy mówić, że Davis podrabiał Hendrixa itd...

      Nie żebym bronił Wilsona, bo za Porcupine (poza jedną płytą) i jego solowymi wyczynami nie przepadam. Mam tylko pewne obiekcje, do narracji, jaką prowadzisz. Nie kupuję tego oceniana i klasyfikowania muzyki przez pryzmat "obiektywnych" argumentów. Ja muzykę oceniam emocjami. Jeśli odtwórcza muzyka wywołuje u kogoś pozytywne emocje, to jest to dobra muzyka.

      Takie jest moje zdanie. Ale rozumiem też Twój punkt widzenia jako krytyka, choć go nie podzielam. Może myślałbym podobnie interesując się muzyką profesjonalnie.

      Usuń
    19. Jasna sprawa, nie musimy się zgadzać.

      Pewnie, że nie ma nic złego w graniu w istniejący juz wcześniej sposób, czy wplataniu cytatów cudzych kompozycji. Jednak widzę zasadniczą różnicę, gdy np. muzycy Mahavishnu Orchestra czy Ten Years After podczas luźnych improwizacji koncertowych cytują "Sunshine of Your Love", a Wilsonem sprzedającym pod własnym nazwiskiem nieznacznie zmieniony utwór innego wykonawcy. I to jeszcze w ramach stylistyki, która swoją nazwę zawdzięcza nowatorstwu pierwszych przedstawicieli. Led Zeppelin też mocno bazowali na cudzych utworach, ale jednak w ramach stylistyki, gdzie takie zapożyczenia były normą, a przy okazji popychali muzykę rockową do przodu, a nie wstecz o kilka dekad (mimo wszystko powinni dopisać oryginalnych kompozytorów). Miles Davis to całkiem inna kategoria bo inspiracja Hendrixem w zasadzie sprowadzała się do poszerzenia instrumentarium o podobnie brzmiącą gitarę. Mówimy zresztą o facecie, który kilka razy zrewolucjonizował jazz.

      Usuń
    20. Z tym Hendriksem u Milesa piłem do Ms Mabry :)

      Rozumiem, co masz na myśli. Jednak ja dalej uczepię się tego, że dla przeciętnego słuchacza (nie krytyka czy melomana) nie ma znaczenia, czy muzyka artysty X rusza gatunek do przodu, cofa go ileś lat wstecz i kogo przy okazji bezczelnie kopiuje, kiedy po prostu trafia w serce czy w inne miejsce robiąc człowiekowi "dobrze".

      Usuń
    21. Nie neguję istnienia takich słuchaczy, a wręcz jestem świadom, że należą do większości. Jednak mówiąc brutalnie, nie interesują mnie oni jako partnerzy do dyskusji o muzyce czy odbiorcy tworzonych przeze mnie treści. Zresztą oni sami nie są zainteresowani znaczą częścią tych treści, bo nie interesuje ich poznawanie nowej muzyki, a recenzje czytają wyłącznie po to, aby utwierdzić się we własnych przekonaniach. Swoją drogą to dziwne, że właśnie osoby, dla których jedynym wyznacznikiem jakości w muzyce jest ich własny gust, mają problem z tym, że ktoś inny nie podziela ich uwielbienia. Nie mam na myśli Ciebie, to taka ogólna obserwacja. W każdym razie, gdybym chciał pisać dla takich osób, to faktycznie postępowałbym w sugerowany przez Ciebie sposób. Np. przy kolejnych wydawnictwach Deep Purple czy Yes starałbym się na siłę wymyślać jakieś zalety i próbował przemilczać ich wady. Ale takie coś mnie nie interesuje.

      Usuń
  4. Przyniosły i to zdecydowanie.
    Jestem tym czytelnikiem,
    który pod recenzją płyty 'In Absentia' Porcupine Tree próbował nieudolnie udowodnić, jak bardzo ta muzyka jest nowatorska i progresywna.
    I cóż? Nadal lubię posłuchać sobie tego albumu,ale nie uważam go za Bóg wie jakie osiągnięcie.
    Dopiero po jakimś czasie
    i zapoznaniu się z większą ilością różnorodnej muzyki, niejednokrotnie o której przeczytałem właśnie tutaj, uświadomiłem sobie że jakkolwiek album ten jest całkiem przyzwoity to nie mogę zatrzymać się na tego typu dźwiękach ale drążyć temat,słuchać jak najwięcej tych prawdziwych klasyków z różnych odmian proga bo tylko w ten sposób będę miał właściwą perspektywę w odniesieniu do tego albumu i jemu podobnym.
    Kończąc tę pisanine dodam, że Wilson nie stał się dla mnie jakimś guru czy wyznacznikiem współczesnej progresywy.
    Lubię go,choć obecnie słucham zupełnie innej muzyki,ale to właśnie on
    i jego działalność zwróciły moją uwagę w stronę tej ambitniejszej muzyki.Nawet pomimo wielu wad jego twórczości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze wiedzieć ;). Myślę, że każdy, kto jednak postanowi dobrze zapoznać się z twórcami, którzy byli inspiracją dla Wilsona, prędzej lub później dojdzie do podobnych wniosków jak ja. Pewnie, że Porcupine Tree czy jego solowe płyty to nie jest najgorsza muzyka na świecie. To bardzo solidne rzemiosło. Tyle tylko, że jest to wtórne wobec muzyki pod każdym chyba względem lepszej.

      Usuń
    2. Kurczę - "ale mimo wszystko avant-folk jest ogólnie rzecz biorąc niższą półką niż np. free jazz," no to jest raczej subiektywne stwierdzenie. Niższa półka, bo? Bo free jest bardziej wymagające? Nie przesadzajmy.

      Usuń
    3. Pewnie tak, ale ogólnie rzecz biorąc free jazzmani posługują się bardziej zaawansowanymi środkami wyrazu itp niż zdecydowana większość folkowych muzyków.

      Usuń
    4. Ja tam nie lubię takiego pisania. Lepszy gatunek X od gatunku Y, to nie dla mnie. Można obiektywnie to stwierdzić? Tym bardziej, że w każdym, albo prawie każdym gatunku muzycznym można znaleźć ciekawe rzeczy. Nie negujmy też prostszych rzeczy, bo one też są potrzebne, i też mogą być świetne. Nie tylko ąwągarda ;D

      Usuń
    5. "Ja tam nie lubię takiego pisania. Lepszy gatunek X od gatunku Y, to nie dla mnie" Do takiego rozumowania trzeba dorosnąć, to coś jest po prostu inne nie znaczy gorsze.

      Usuń
    6. Wartościowanie całych gatunków faktycznie nie jest za dobrym pomysłem. Nie da się jednak ukryć, ze każdy z nich posiada pewne określone, obiektywne cechy i pod pewnymi konkretnymi wzgledami może byc bardziej wartościowy od innego.

      Bo chyba nie powiesz mi, że mam rozumieć Twoją wypowiedź jako: trzeba dorosnąć, by pojąć, że inność disco polo nie oznacza, że jest to gorsze od muzyki baroku?

      Usuń
    7. Zacznijmy od tego, że disco polo nie powinniśmy porównywać z żadną muzyką, nawet złą.
      Już lepszy Marillion na loopie!

      Usuń
    8. A czy porównujemy? To tylko hiperbola mająca pokazać, że poszczególne rodzaje muzyki nie są sobie równorzędne pod względem wartości. A te ostatnie nie są relatywne od upodobań, bo zależą od obiektywnych cech.

      Nie zmienia to faktu, że to wszystko bardzo złożona kwestia. Sama przynależność gatunkowa nie jeszcze nie decyduje o jakości. Nawet jeśli w przypadku chociażby muzyki poważnej mamy zagwarantowany np. wysoki poziom wykonania, to wciąż jest to tylko jedna cecha, a pod innym względami lepszy może byc utwór nagrany przez niewykształconych rockmanów. Inna sprawa, że w ambitniejszych odmianach rocka poziom wykonania tez bywa bardzo wysoki. Ale z tym, że gatunek nie gwarantuje jakości, wszyscy się tu raczej zgadzamy, a ta dyskusja ma jedynie akademicki charakter.

      Usuń
    9. Disco-polo czy muzyka baroku? Hmm, trudne pytanie ;D A tak serio, avant rock czy avant jazz? Trudniej, prawda? ;D

      Usuń
    10. Mamy więc jeden przykład, że dana stylistyka może być zasadniczo gorsza od innej, i drugi, że takie wartościowanie nie zawsze da się przeprowadzić. To się wzajemnie nie wyklucza. A czego dowodzi? Że mylą się zarówno ci, którzy uważają, że jeden rodzaj muzyki nie może obiektywnie przeważać nad innym, jak i ci, którzy chcieliby każdy istniejący styl postawić w konkretnym miejscu szeregu. Jedno i drugie podejście uważam za naiwne.

      Usuń
  5. Z góry przepraszam za komentarz nie na temat, ale nie mam gdzie zadać tego pytania, mam więc nadzieję, że uda mi się uzyskać Pana odpowiedź.
    Jestem wiernym czytelnikiem Pana strony i czytam wszystkie bez wyjątku recenzje, natomiast często równie dużą wartość merytoryczną, co w samych recenzjach, znajduję w Pana komentarzach/dyskusjach z czytelnikami pod danym artykułem i bardzo przyjemnie się to czyta. Nie raz, gdy po roku cofam się do jakiejś recenzji, zauważam, że pojawiło się pod nią sporo nowych Pana wypowiedzi odpowiadających na komentarze. I mam teraz FOMO, że tyle ich omijam, bo nawet nie wiem, że się tam znalazły. Czy jest jakiś sposób na to, by widzieć na bieżąco Pana nowe komentarze pod starymi artykułami, jakie Pan publikuje?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najprościej będzie wrzucić do czytnika RSS ten link:
      pablosreviews.blogspot.com/feeds/comments/default

      Usuń
    2. To działa, serdeczne dzięki!

      Usuń
  6. Dzisiaj rano Lizard na swoim fp na FB przyznał, że ryło Pana Wilsona pojawiło się już trzykrotnie na ich okładce. Serio tylko on jest dzisiaj na tyle znany z twarzy, że trzeba przyozdabiać nim pisemko?

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z powyższym tekstem nie będą publikowane. Autor strony nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy innych osób.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] New Order - "Brotherhood" (1986)

[Recenzja] Mtume - "Rebirth Cycle" (1977)

[Recenzja] Dälek - "Absence" (2005)

[Recenzja] Brian Eno - "Ambient 1: Music for Airports" (1978)

[Recenzja] Thinking Plague - "In This Life" (1989)