[Recenzja] Can - "Live In Brighton 1975" (2021)

Can - Live in Brighton 1975


Opublikowany pół roku temu "Live In Stuttgart 1975" - pierwszy album koncertowy z prawdziwego zdarzenia w dyskografii zasłużonej grupy Can - zainaugurował nową serię wydawniczą. Jeszcze w tym roku do sprzedaży trafił zapis kolejnego występu niemieckiego zespołu. Ponownie jest to materiał pochodzący z prywatnej kolekcji Andrew Halla, fana zespołu, który w latach 1973-77, częściowo za przyzwoleniem muzyków, zarejestrował wiele ich koncertów. "Live In Brighton 1975", jak zdradza już sam tytuł, to fragment tej samej trasy koncertowej, co poprzednio ujawnione nagrania. Tym razem przenosimy się jednak do Wielkiej Brytanii i występu z 19 listopada '75 w Brighton. Siłą rzeczy są to podobne do siebie wydawnictwa. Pierwsza różnica, jaka zwróciła moją uwagę, to nieco słabsze brzmienie, które już w przypadku zapisu ze Stuttgartu nie jest przecież idealne. Czy warto zatem zapoznawać się z koncertem z Brighton? Jasne, że tak!

Każdy występ Can był zupełnie inny. Koncerty na trasie z 1975 roku składały się praktycznie z samych jamów, trwających nierzadko po kilkanaście minut, a czasem nawet powyżej trzydziestu, choć akurat w Brighton żaden nie przekroczył dwudziestu. Motywy znane z utworów obecnych na studyjnych albumach grupy - które zresztą zwykle też miały swobodny, wyimprowizowany charakter - służyły jedynie za punkt wyjścia do całkiem nowych improwizacji, aby pojawiały się w nich w formie cytatu, często w formie różnych wariacji, przetworzeń, na bazie innego rytmu. Stąd też zapewne zrezygnowano z rozpoznawalnych tytułów, opisując kolejne ścieżki tego wydawnictwa niemieckimi liczebnikami od "Eins" do "Sieben". Wielbiciele zespołu z pewnością jednak odnajdą nawiązania do takich utworów, jak "Bel Air", "Dizzy Dizzy", "Vernal Equinox" czy "Vitamin C".

Klawiszowiec Irmin Schmidt, gitarzysta Michael Karoli, basista Holger Czukay i perkusista Jaki Liebezeit - w zespole od dwóch lat nie było już charyzmatycznego wokalisty Damo Suzukiego - tworzyli niesamowicie zgrany kwartet. Dzięki temu te wszystkie improwizacje jawią się tak wspaniale, jak istny monolit, gdzie przez cały czas każdy instrument pełni tak samo istotną dla całości rolę. Każdy muzyk gra tutaj z wyobraźnią godną największych muzycznych geniuszy. Nie zapominajmy jednak, że to nie był pierwszy lepszy zespół rockowy, lecz grupa założona przez ludzi pobierających nauki bezpośrednio u Stockhausena (Schmidt, Czukay) lub mających doświadczenie w zespołach freejazzowych (Liebezeit). W efekcie ich współpracy powstała muzyka ewidentnie rockowa, szczególnie w wydaniu koncertowym (o czym możemy przekonać się dopiero teraz), lecz znacznie poszerzająca ramy tego stylu. Szczególnie na scenie w Stuttgarcie nie brakowało prawdziwie rockowego wykopu, za to w brzmieniu prezentowanym w Brighton pojawiło się więcej psychodelicznego kwasu.

"Live In Brighton 1975", podobnie jak poprzednia koncertówka, zdecydowanie nie należy do tych wydawnictw, na których muzycy jedynie odgrywają swoje kawałki, a jedyna różnica polega na psujących je odgłosach publiczności. Koncerty Can z 1975 roku to niepowtarzalne doświadczenie, jedyny w swoim rodzaju popis zespołowej interakcji oraz kreatywności każdego muzyka z osobna. Jak wiele rockowych grup zbliżyło się do tego poziomu? Na pewno Frank Zappa, Soft Machine, Henry Cow, poniekąd też Magma, czasami King Crimson, ale czy ktoś jeszcze? O wykonawcach bazujących na bluesie nie wspominam, bo właśnie ta bluesowa podstawa była dla nich pewnym ograniczeniem, ale w ramach takiej stylistyki zdarzało im się robić wspaniałe rzeczy. Jednak to Can i inne wymienione zespoły osiągnęły wyższy poziom, wyzwalając się ze schematów typowych dla rocka czy bluesa.

Ocena: 8/10



Can - "Live In Brighton 1975" (2021)

CD1: 1. Eins; 2. Zwei; 3. Drei; 4. Vier
CD2: 1. Fünf; 2. Sechs; 3. Sieben

Skład:  Irmin Schmidt - instr. klawiszowe; Michael Karoli - gitara; Holger Czukay - gitara basowa; Jaki Liebezeit - perkusja
Producent: Irmin Schmidt i René Tinner


Komentarze

  1. Jeżeli według ciebie "wyzwalali się ze schematów" i jedynie kilka grup prezentowało zbliżony poziom występów live, to dlaczego jedynie ocena - 8? Czy chodzi ci o niedawną datę udostępnienia nagrania?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten album to bardziej taki oficjalny bootleg, niż pełnoprawne wydawnictwo, w dodatku mocno spóźniony, więc nie mógł mieć lepszej oceny. Jednak 8 to też bardzo wysoko, a w zakładce "Skala ocen" wyjaśniam, że tak ocenione albumy polecam tak samo mocno, jak te z dziewiątkami i dziesiątkami.

      Usuń
  2. Jak dla mnie Matching Mole też należy do najwybitniejszych grup rockowych. Ich koncerty też były bardzo rozimprowizowane, a to co Wyatt wyczyniał z swoim głosem to coś niezwykłego. Był to swego rodzaju upust dla jego dość indywidualnej wizji muzycznej, która była ograniczana w Soft Machine. Kiedy większość SM nie było zainteresowanych rockiem, Wyatt bardzo ciekawie łączył skłonności do improwizacji, eksperyment i rockowe brzmienie z nieobowiązującym podejściem do muzyki, takim bardzo lekkim i frywolnym. Jak dla mnie - jedna z wybitniejszych postaci w muzyce popularnej. Jeszcze lepiej przypieczętował to miano albumem Rock Bottom, który zresztą miał być trzecim albumem Matching Mole. No i wiadomo, że tekst to zupełnie inny rodzaj sztuki i w ogóle, ale za to Wyatt też zasługuje na uwagę nawet mimo wprost debilnych poglądów, które czasem przejawiał. Chyba jako jedyny w historii muzyki popularnej (dla sprostowania, chodzi o nie jazz/nie poważkę) pisał teksty o miłości, które nie wywoływały u słuchacza poczucia żenady.

    Najwyższy poziom w rocku został też osiągnięty przez włoski zespół Area - choć nawet mimo tego zawsze mam przeczucie, że mogliby być lepsi! Na pewno Stratos mógł więcej śpiewać.

    Zapomnieć nie wolno o Niemenie, który w swoim twórczym peaku potrafił grać takie rzeczy:
    https://youtu.be/NfwiG8161mE

    Jak już mowa o naprawdę wysokiej półce w rocku to oczywiście na myśl przychodzi Cpt. Beefheart i jego Magiczna Banda, ale to już bardziej kwestia albumów niż samych koncertów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. + Fushitsusha, Subarachnoid Space, Phish ...

      Usuń
    2. O Phish słyszałem, reszty w ogóle nie kojarzę. No cóż, będzie trzeba to nadrobić.

      Usuń
    3. Jeżeli chodzi o te teksty o miłości to zdecydowanie nie, natomiast zgadzam się z całą resztą komentarza :)

      Usuń
    4. @Adrithgor
      Fushitsusha to zespół Keiji Haino, wybitnego artysty rocka. Sprawdź np. ich pierwszą płytę koncertową z 1989. W przypadku Subarachnoid Space chodziło mi oczywiście o "Almost Invisible".

      Usuń
    5. Wiem, zdążyłem sprawdzić.
      Jakie jeszcze przykłady autentycznie wybitnego rocka byś polecił?

      Usuń
    6. Dość przypadkowe sugestie:
      National Health - "National Health"
      Egg - "The Civil Surface"
      Thinking Plague - "In Extremis"
      Albert Marcoeur - "Albert Marcoeur"
      Volapuk - "Slang!"
      Don Caballero - "2"
      Time of Orchids -"Sarcast While"
      The Gabriel Construct - "Interior City"


      Usuń
    7. Masz jeszcze dwa:
      Peter Ivers - "Knight of the Blue Communion"
      Red Crayola ‎- "Soldier-Talk"
      Jak podasz, co szczególnie cię interesuje to coś jeszcze dodam.

      Usuń
    8. Parable of Arable Land też super jeśli chodzi o Red Crayola

      Usuń
    9. Szczególnie interesuje w sensie, że np. odjazdy w jazz, najlepiej awangardowy? Albo eksperymenty z taśmami? Czy co najbardziej mi się podoba z powyższych albumów?

      Usuń
    10. National Health i Egg znam. Tak w ogóle, jak długo się interesujesz muzyką, że znasz tyle eksperymentalnych grup z naprawdę wielu różnych miejsc i okresów? Zresztą widać po komentarzach, że masz też niemałą wiedzę na temat jazzu i muzyki poważnej.

      Usuń
    11. Zależy jaką muzyką, taką eksperymentalną okołorockową to pewnie coś circa 20 lat, przed erą internetu trudno było uzyskać jakąś systematyczną wiedzę na ten temat. Jeśli chodzi o muzykę poważną to znacznie dłużej, moja mama była nauczycielką śpiewu i w dzieciństwie to tylko Chopina słuchałem, jazzu w domu nie wolno mi było słuchać, bo uchodził za muzykę dla narkomanów i innych degeneratów.

      Usuń
    12. A propos twojego poprzedniego komentarza, warto polecić wtedy jeszcze:
      Naked City - "Naked City"
      Ground Zero - "Null & Void"
      The Golden Palominos - "The Golden Palominos "
      The Lounge Lizards - "Voice of Chunk"
      DNA - "DNA on DNA"

      Bardziej "taśmowe":
      Battiato - "Fetus"
      Hugh Hopper - "Hopper Tunity Box"
      Mnemonist - "Mnemonist Orchestra "
      Renaldo & The Loaf ‎- "Songs For Swinging Larvae"
      Bob Ostertag - "Getting a Head "

      Usuń
    13. @Adrithgor: Z awangardowego rocka z taśmami na myśl przychodzą mi przede wszystkim dokonania Charlesa Haywarda z This Heat (zdaje się, że słuchałeś tylko "Deceit", a resztę też warto) i Camberwell Now.

      Usuń
    14. @JD
      Jak jazz był muzyką dla społecznego marginesu, to nie mam pojęcia jak traktowano rocka...

      @Paweł Pałasz
      Debiutu też ostatnio słuchałem, ale jak na razie wstrzymuję się od oceny. Deceit słuchałem dawno temu, ale raczej nieuważnie i dużo nie pamiętam.

      Usuń
    15. @Adrithgor
      Jak to mówią: "what you don't know won't hurt you".

      Usuń
    16. "Chyba jako jedyny w historii muzyki popularnej (dla sprostowania, chodzi o nie jazz/nie poważkę) pisał teksty o miłości, które nie wywoływały u słuchacza poczucia żenady."

      Jako jedyny? Nie wydaje mi się, żeby np. piosenki Cohena, "Something" Beatlesów, "Love Will Tear Us Apart" czy "A Case Of You" Mitchell wywoływały (przynajmniej u większości słuchaczy) poczucie żenady. A są to przykłady muzyki baardzo popularnej".

      Usuń
  3. Panowie, mam pytanie, zespół "koncertowy" z końcówki lat 60 lub z 70, ogólnie blues rockowy, ale na koncertach odjeżdżający wręcz we free jazzowe rejony. Jego nazwa składa się z jednego członu. Najprawdopodobniej europejska grupa. Najlepiej może zacytuję pytanie autora tej "zagadki":

    "Szukam nazwy zespołu koncertowego grającego rock z elementami bluesa, we fragmentach improwizowanych ocierającego się o free jazz. To nie jest Colosseum ani Traffic. Pamiętam, że nazwa składa się z jednego wyrazu."

    Jak myślicie? Chyba nie Can? ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może chodzi o Cream, tylko kogoś poniosło z porównaniem do free jazzu :D

      Usuń
    2. Nie, nie Cream. Szkoda, że tak mało danych, praktycznie nic.

      Usuń
    3. Ten komentarz przypomina takie pytania na Filmweb jaki to był tytuł. Cream wydaje się najprostszą odpowiedzią ale sam nwm co to może być.

      Usuń
    4. Free albo Faces, bo Tetsu Yamauchi tam grał?

      Usuń
    5. Za cholerę nie znam odpowiedzi na tą zagadkę, ale jeśli chcesz free blues rocka, to koniecznie przesłuchaj "Coniunctio" od Modrego Efektu.

      Łap linka:
      https://open.spotify.com/album/1LASfOOjea2YtqlLxOHEUq?si=glm4kg08Qy6BNbP1-aXK1w

      Usuń
    6. Ścisłej mowiac jest to wspólny album Blue Effect (takiej nazwy wtedy uzywali) i Jazz Q Praha, stąd też taki tytuł. Faktycznie mocna rzecz, podobnie jak inne wymienione w dyskusjach pod tą recenzją (kilka nazw jest mi jednak obce).

      A co do pytania, to może Taste? Grali blues rocka i czasem się to o jazz ocierało, ale też o inne rodzaje muzyki.

      Usuń
    7. Pomijając faktyczną odpowiedź na pytanie, to tak "Coniunctio" to świetny album. Ale z drugiej strony - Free, Faces, Taste wydają się oczywiste.

      Usuń
  4. Wcięło mi komentarz? E, nieważne, ale nie, Taste też nie.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] Death - "Human" (1991)

[Recenzja] Republika - "Nowe sytuacje" (1983) / "1984" (1984)

[Recenzja] Present - "This Is NOT the End" (2024)

[Zapowiedź] Premiery płytowe kwiecień 2024

[Recenzja] Extra Life - "The Sacred Vowel" (2024)