[Recenzja] Pink Floyd - "Live at Knebworth 1990" (2021)



Premiera kolejnych archiwalnych wydawnictw Pink Floyd to zawsze spore wydarzenie. Szkoda, że tym razem tak mało ekscytujące. Akurat koncertowe poczynania ze schyłkowego okresu działalności grupy zostały już solidnie udokumentowane, zarówno w wersji audio, jak i wideo. "Delicate Sound of Thunder" (niedawno wznowiony w rozbudowanej wersji) i "Pulse" w zasadzie wyczerpały temat. Co więcej, występ zespołu z 30 czerwca 1990 roku podczas Silver Clef Award Winners Concert w Knebworth House został już oficjalnie opublikowany w ramach boksu "The Later Years 1987-2019". Niby dobrze, że można dostać go teraz także osobno, bez wydawania fortuny na tamten zestaw. Jednak czemu wyróżniono w ten sposób akurat ten materiał, a nie nagrania z wcześniejszego "The Early Years 1965-1972"? Tamten wczesny okres wciąż wydaje się nieco ignorowany, podczas gdy właśnie wtedy muzycy osiągali swoje artystyczne szczyty.

Co przynosi "Live at Knebworth 1990"? Kolejne wersje doskonale znanych utworów. Na repertuar składają się po dwa utwory z trzech najsłynniejszych albumów Pink Floyd, "Dark Side of the Moon", "Wish You Were Here" i "The Wall", a także jeden z wówczas najnowszego "A Momentary Lapse of Reason". Niestety, wykonania są bardzo przewidywalne. Muzycy - trzy czwarte klasycznego składu oraz liczni współpracownicy - raczej wiernie trzymają się oryginalnych wersji. Nawet jeśli część utworów trochę rozbudowano w stosunku do studyjnych pierwowzorów, to już w porównaniu z innymi koncertowymi wykonaniami z tego okresu różnice są praktycznie niezauważalne. Wszyscy zdają się tu grać w rzemieślniczy, wyuczony sposób. Troszkę więcej luzu i spontaniczności pojawia się jedynie w partiach solowych Davida Gilmoura oraz saksofonistki Candy Dulfer (szczególnie zyskuje na tym "Money"), jednak i oni nie próbują pociągnąć tych utworów w jakimś innym, mniej oczywistym kierunku.

Same kompozycje to, oczywiście, niekwestionowana klasyka rocka i trudno cokolwiek im zarzucić. Nawet młodszy "Sorrow" - jeden z lepszych kawałków post-watersowskiej ery - dobrze wpasował się w repertuar. Jednak wykonania są zbyt bezpieczne, jak na koncertówkę zespołu, który dawniej - w czasach "Ummagumma" i "Live at Pompeii" - traktował skomponowany materiał jako punkt wyjścia do zaprezentowania czegoś nowego. "Live at Knebworth 1990" to niepotrzebny album, który absolutnie nic nie wnosi do dyskografii Pink Floyd, nie pokazuje znanych utworów w inny sposób. Żadnych niespodzianek nie przynosi też tracklista, która wyłącznie powiela tytuły obecne zarówno na "Delicate Sound of Thunder", jak i na "Pulse". Choć może wydanie takiej bardziej skondensowanej koncertówki z tego okresu, bez ewidentnie słabszych momentów, nie było aż tak bardzo bezsensownym pomysłem.

Ocena: 6/10



Pink Floyd - "Live at Knebworth 1990" (2021)

1. Shine on You Crazy Diamond (Parts 1-5); 2. The Great Gig in the Sky; 3. Wish You Were Here; 4. Sorrow; 5. Money; 6. Comfortably Numb; 7. Run Like Hell

Skład: David Gilmour - wokal i gitara; Rick Wright - instr. klawiszowe, wokal; Nick Mason - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Jon Carin - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Michael Kamen - instr. klawiszowe; Candy Dulfer - saksofon; Tim Renwick - gitara, dodatkowy wokal; Guy Pratt - gitara basowa, dodatkowy wokal; Gary Wallis - instr. perkusyjne; Clare Torry - wokal (2), dodatkowy wokal; Sam Brown, Vicki Brown, Durga McBroom - dodatkowy wokal
Producent: David Gilmour i Andy Jackson


Komentarze

  1. Premiera dopiero w piątek, a czy można już gdzieś tego legalnie posłuchać?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już od jakiegoś czasu całość jest na Spotify, tylko dla niepoznaki pod tytułem "Run Like Hell (Live at Knebworth 1990)" i z odwróconą kolejnoscią utworów. A wcześniej materiał ten był wydany we wspomnianym w recenzji boksie.

      Usuń
  2. Sorka za pocisk ale płyta tak bezsensowna jak ta recenzja. No chyba że chciałeś wypowiedzieć się o sensowności nowych wydań PF.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sorka za pocisk, ale recenzja tak bezsensowna, jak ten komentarz. No chyba, że chciałeś wypowiedzieć się o sensowności recenzji nowych wydań PF.

      Usuń
  3. Dla mnie płyty Delicate Sound Of..., oraz PULSE to antywzorce wydawnictw koncertowych. Marazm, stagnacja, brak emocji i radości.
    Najgorsze, że jedną z nich mam w swoich zbiorach. Brrrrr...

    OdpowiedzUsuń
  4. Koncertówki Floydów w większości służą mi raczej do słuchania pojedynczych kawałków niż całości. Zbyt to wierne studyjnym wersjom.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zawsze tak było, czego dowodem "Ummagumma" i Pompeje. Przydałoby się więcej wydawnictw z tamtego okresu. Choćby nawet kompilacja nagrań z sesji dla BBC, które oficjalnie wydano tylko w bardzo drogim boksie "The Early Years".

      Usuń
    2. Pompejów jeszcze nie słyszałem, ale Ummagumma jest świetna. Pamiętam, że trochę rozczarowała mnie z kolei koncertowa wersja Animals przez brak rozbudowanych solówek Gilmoura, na które liczyłem najbardziej. Taka kompilacja, o jakiej mówisz, na pewno warta byłaby poznania w całości.

      Usuń
    3. Właściwie to ona istnieje, tyle że w nieoficjalnym obiegu:
      https://rateyourmusic.com/release/unauth/pink-floyd/bbc-archives-1970-1971/

      Szczególnie lubię obie wersje "The Embryo" (ogromnie się różnią od dema z kompilacji Harvest) oraz rozbudowany do kwadransa "Fat Old Sun". Nie rozumiem, czemu utrudnia się dotarcie do tak świetnego materiału, a wydaje kolejne, nic nie wnoszące nudy ze schyłkowego okresu.

      Usuń
    4. Hmm, być może dlatego, że jest to mimo wszystko mniej znana ogólnie część ich katalogu, stąd spodziewane niższe zyski. Spróbuję do tego dotrzeć, dzięki :)

      Usuń
    5. Teoretycznie tak, ale fani i tak kupiliby cokolwiek, a nie-fani i tak nie kupią.

      Jakby co, to te kawałki dla BBC są na Spotify, tylko rozproszone i wymieszane z innymi nagraniami.

      Usuń
    6. No łatwo będzie złożyć sobie playlistę. Ciekawe co tam wymyślili w Fat Old Sun.

      Usuń
    7. Zrobiłem sobie taką playlistę na własny użytek, ale może Tobie lub komuś innemu się przyda, to daję link:
      https://open.spotify.com/playlist/0fMU6ek3PEBL7aSYb2XOnM?si=345745bad9574287

      W przeciwieństwie do wspomnianego wyżej bootlegu, dałem również nagrania z lat 1968-69. Pominąłem tylko niektóre powtarzające się kompozycje. Warto dodać, że wersje z boksu "The Early Years" (czyli te na Spotify) mają bardzo poprawione brzmienie względem bootlega.

      Usuń
    8. Niech ci to Bóg wynagrodzi

      Usuń
    9. Super! Na pewno przesłucham :)

      Usuń
  5. FAKTYCZNIE TO SA JUZ ZNANE I WIERNIE ZAGRANE UTWORY.POLECAM PLYTKE WISH YOU WERE HERE EXPERINCE EDITION.JEST TAM DRUGA PŁYTKA REWELACJA Z KONCERTOWYMI NAGRANIAMI Z WEMBLEY Z 1974 szczgolnie że są kapitalnie rozbudowane.Cudo.pozrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, koncert w Wembley '74 też przydałoby się wydać w całości jako osobny album, bo obecnie jego fragmenty są rozporoszone na trzech różnych wydawnictwach (rozszerzonych edycjach "Dark Side of the Moon" i "Wish You Were Here" z 2011 roku oraz wielokrotnie już wspominanym "The Early Years"). To była chyba ich ostatnia trasa, na której nie próbowali jak najwierniej odgrywać albumowych wersji. Choć akurat dodanie saksofonu w "Echoes" nie było najlepszym pomysłem.

      Usuń
  6. Widziałeś nowe bootlegi Floydów na Spotify?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, właśnie słucham "The Screaming Abdabs" z listopada 1971. Nie za dobre brzmienie, ale wykonanie na poziomie ówczesnych Floydów, czyli jest świetnie!

      Usuń
  7. Pójdę trochę w kontrze, ale nie w temacie omawianej płyty, a wspominanych w recenzji w komentarzach "Pulse" i "Delicate Sound of Thunder".

    Raptem kilka lat temu, byłem nieco zagubionym słuchaczem rocka i metalu. W tym drugim docierałem do ekstremów death metalu, czasem sięgałem po wyżyny kiczu w wykonaniu power metalowym, a czasem wracałem do klasyki w postaci Metalliki czy innych Slayerów. Jedyne odmiany muzyczne to był z rzadka słuchany mainstreamowy pop, Gorillaz czy muzyka filmowa. Czułem, że docieram do ściany muzycznej i ciężko mi znaleźć coś nowego i ekscytującego; a z drugiej strony jakoś bardzo muzyką się nie interesowałem, poza niuansami związanymi z grą na gitarze czy perkusji.

    Trwało tak do momentu, gdy z kumplem zacząłem jeździć zimą w Tatry. Z rodzimego Śląska droga długa, a czegoś w drodze słuchać trzeba. Tak się złożyło, że kumpel w tamtym czasie dostał trwającą ok. dwie i pół godziny sympatyczną płytkę, akurat na jedną stronę drogi. Zapuścił, a ja po chwili zacząłem się wsłuchiwać - no zespół znam, Pink Floyd, kto nie zna? Nigdy zbyt wiele nie słuchałem, ot, znałem te największe klasyki. Wiadomo, Ciemna Strona Księżyca to ponoć jeden z najlepszych albumów w historii, pewnie tak, nie słuchałem. Niemniej droga upływała - w środku nocy, wcześnie trzeba być na szlaku! - a dźwięki płyty rozbrzmiewały.

    "Pulse", bo o tej płytce mowa, zaczęło mnie na kolejnych wyprawach intrygować i intrygować coraz bardziej. Nie przeszkadzało mi, że słucham jej czwarty raz w ciągu tygodnia, ba, chciałem więcej i więcej! Dla mojego naznaczonego metalem ucha to było jak ukojenie, cóż za klimat, cóż za solówki, cóż za piękny wokal! Ba, nawet Run Like Hell przyprawiało o intensywniejsze machanie głową niż niejedna metalowa łupanka. Za którymś wyjazdem sam odszukałem płytę na Spotify - to nie było dawno temu... - i zacząłem namiętnie słuchać. A potem sięgać po więcej Floydów i więcej.

    Tu skończę opowieść - nie mówi ona wiele o muzyce, a moich osobistych odczuciach z nią związanych. Powiem tyle, że "Pulse" otwarło mi wrota do ciekawszej muzyki i bez tej płyty dziś nie słuchałbym Davisa, Magmy, Soft Machine czy Tangerine Dream. Ba, wciąż słucham jej z przyjemnością i na dłuższe trasy ze znajomymi odpalam w aucie właśnie ją, tak żeby trochę pozarażać ludzi lepszą muzyką niż słuchają na co dzień ;)

    Muzycznie powiem tyle, że oczywiście, "Pulse" ma swoje wady. Wygładzone brzmienie, ale za to wyraziste. Mocna setlista "hitów", do których mam słabość, świetne wykonania "Sorrow", "One of These Days", "Us and Them", "Comfortably Numb" czy "Run Like Hell". Nie lubię natomiast mocnej reprezentacji The Division Bell, bo za tym albumem nie przepadam. "Delicate Sound of Thunder" to z kolei nacisk na A Momentary Lapse of Reason, który wyjątkowo lubię i podoba mi się to. Zachwyca mnie tam ciekawe wykonanie Welcome To the Machine czy genialna wręcz solówka świetnego przecież On The Turning Away.

    A co do Live at Knebworth... za krótkie, żeby faktycznie reprezentować ten okres twórczości Floydów. Zbędne nagranie, niczym się nie wyróżniające na tle dłuższych, wymienionych wcześniej koncertówek.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.