9 października 2019

[Recenzja] Andrew Hill - "Point of Departure" (1965)



Przełom lat 1963/64 był niezwykle pracowity dla Andrew Hilla. W ciągu pół roku pianista nagrał cztery autorskie albumy dla Blue Note: "Black Fire", "Smoke Stack" (choć nagrany jako drugi, wydany jako ostatni, dopiero w 1966 roku), "Judgment!" oraz "Point of Departure". I na każdym z nich udało mu się utrzymać bardzo wysoki poziom. Był w końcu niezwykle utalentowanym kompozytorem (samodzielnie skomponował cały materiał na wspomniane albumy) i instrumentalistą, w dodatku zawsze dobierającym sobie współpracowników z najwyższej półki. W przypadku albumu "Point of Departure" - zarejestrowanego 21 marca 1964 roku w Van Gelder Studio - byli to: Eric Dolphy, Joe Henderson, Kenny Dorham, Richard Davis i Tony Williams. Te nazwiska mówią same za siebie. Warto natomiast zauważyć, że Hill po raz pierwszy skorzystał z tak rozbudowanego składu. Do tamtej pory preferował granie w kwartecie, z basistą, perkusistą i - w zależności od albumu - saksofonistą ("Black Fire"), wibrafonistą ("Judgment!") lub drugim basistą ("Smoke Stack"). Tym razem postanowił jednak wykorzystać rozbudowaną sekcję dętą, składającą się z trzech muzyków, ale grających na pięciu różnych instrumentach.

Brzmienie "Point od Departure" jest zatem bardzo bogate. Szczególnie słychać to na przykładzie "Spectrum", w którym - zgodnie z tytułem - zaprezentowano całe spektrum instrumentalne. Dolphy zagrał tutaj na trzech różnych instrumentach (saksofonie altowym, klarnecie basowym i flecie), Henderson na dwóch (saksofonie tenorowym i flecie), do tego dochodzi jeszcze trąbka, pianino, kontrabas i bębny. Przy całym tym bogactwie udało się uniknąć chaosu. Wszystko zdaje się tu być dokładnie przemyślane i rozplanowane. A przy tym wciąż jest to muzyka niepozbawiona jazzowej spontaniczności i swobody. Poszczególne utwory są przeważnie wystarczająco długie (tylko "Flight 19" nie przekracza pięciu minut, zaś najdłuższy "Refuge" trwa ponad dwanaście), by każdy instrumentalista mógł pokazać swoje umiejętności. Oczywiście, poza solowymi popisami jest tu też wzorowa współpraca czy to całego zespołu, czy poszczególnych muzyków w różnych duetach, triach, itd. Może nie ma między nimi aż tak telepatycznej więzi, jak między Hillem, Davisem i Royem Hayensem na "Black Fire" - bo i chyba w tak dużym składzie nie byłoby to możliwe - jednak wszyscy doskonale się tutaj porozumiewają. Szczególnie porywające pod tym względem są dwa najdłuższe nagrania, czyli wspomniane już "Refuge" i "Spectrum", choć pozostałe nie zostają daleko w tyle.

"Point of Departure" uznawany jest często za największe osiągnięcie Andrew Hilla. Nie do końca się z tym zgadzam, bo zarówno wcześniejsze "Black Fire" i "Judgment!", jak i późniejszy "Compulsion", to także wspaniałe wydawnictwa. Nie mam natomiast wątpliwości, że "Point of Departure" to fantastyczny album, należący do ścisłego kanonu post-bopu. Hill, Dolphy, Henderson, Dorham, Davis i Williams są tutaj w szczytowej formie (ten pierwszy także kompozytorskiej), a mowa tu przecież o jednych z najwybitniejszych przedstawicieli nowoczesnego jazzu.

Ocena: 8/10



Andrew Hill - "Point of Departure" (1965)

1. Refuge; 2. New Monastery; 3. Spectrum; 4. Flight 19; 5. Dedication

Skład: Andrew Hill - pianino; Eric Dolphy - saksofon altowy (1-3), klarnet basowy (3-5), flet (3); Joe Henderson - saksofon tenorowy, flet (3); Kenny Dorham - trąbka; Richard Davis - kontrabas; Tony Williams - perkusja
Producent: Alfred Lion


1 komentarz:

  1. Miałem ten album w swojej kolejce do przesłuchania bardzo długo i ta recenzja w końcu tchnęła mnie do odsłuchu. Fajowy album

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.