23 września 2018

[Recenzja] Can - "Tago Mago" (1971)



Muzycy Can na swoim drugim pełnoprawnym albumie poszli na całość "Tago Mago" to jeden z najbardziej porąbanych, dziwacznych, nieprzewidywalnych i oryginalnych albumów, jakie kiedykolwiek się ukazały. Czerpiący inspiracje z poważnej awangardy, jazzu i środków odurzających. Ćpuńska atmosfera unosi się nad całością tego dwupłytowego - w wersji winylowej - wydawnictwa. Zarówno nad jego pierwszą połową (płytą), wypełnioną szalonymi jamami opartymi na hipnotycznych rytmach, jak i drugą, jeszcze bardziej odjechaną, na którą składają się głównie studyjne eksperymenty, maksymalnie wykorzystujące ówczesne możliwości i dostępne techniki obróbki dźwięku.

Zespół dość delikatnie i powoli wprowadza w ten zwariowany materiał. Otwierający całość "Paperhouse" poza dość nerwowym nastrojem i wokalno-instrumentalnymi udziwnieniami zawiera też wcale nie śladowe ilości wyrazistej, przyjemnej melodii. Ale już w "Mushroom" atmosfera wyraźnie gęstnieje. Na pierwszy plan wysunięta zostaje mechaniczna partia perkusisty Jakiego Liebezeita oraz zwariowany wokal Damo Suzukiego, przechodzący od beznamiętnego, zjaranego głosu do obłąkańczych wrzasków. Jeszcze bardziej psychodeliczno-onirycznie robi się w "Oh Yeah", opartym na transowym rytmie, wzbogaconym elektronicznymi szumami, atonalną gitarą i dziwacznym, przetworzonym efektami wokalem. Zespół doprowadza tego typu granie do perfekcji w wypełniającym całą drugą stronę pierwszej płyty, 18-minutowym "Halleluhwah". To rewelacyjny jam, oparty na hipnotyzującym jednostajnym rytmie, z funkowymi partiami basu Holgera Czukaya, wychodzącymi daleko poza rockową estetykę improwizacjami gitarzysty Michaela Karoliego i klawiszowca Irmina Schimidta, oraz dość konwencjonalnym śpiewem Damo. Utwór wywołuje, zwłaszcza w warstwie rytmicznej, silne skojarzenia z ówczesnymi poczynaniami Herbiego Hancocka i Milesa Davisa.

Niemal równie długi, samodzielnie wypełniający pierwszą stronę drugiej płyty "Aumgn" prezentuje zupełnie inne podejście - to przedziwny dźwiękowy kolaż, pełen szumów, sprzężeń, atonalnych partii instrumentów i wokalnego zawodzenia (wyjątkowo w wykonaniu Schmidta), za to przez większość czasu całkowicie pozbawiony rytmu; dopiero w końcówce pojawia się długie perkusyjne solo Liebezeita, grającego w typowy dla niego sposób, a więc z precyzją metronomu. To nagranie to już awangarda na całego, wyraźnie inspirowana twórczością Karlheinza Stockhausena (u którego studiowali Czukay i Schmidt). Kiedy wydaje się, że zespół nie zaproponuje już nic bardziej radykalnego, rozbrzmiewa "Peking O". W miarę melodyjne fragmenty (inspirowane chińską melodyką) i jazzujące partie elektrycznego pianina przeplatają się tutaj z kompletnym wariactwem - nieokiełznanymi partiami wokalnymi Suzukiego i instrumentalnym chaosem, pełnym szumów i sprzężeń; pod koniec wraca transowość pierwszej płyty. Ale całość zamyka w miarę konwencjonalny - a przynajmniej sprawiający takie wrażenie na tle poprzednich utworów - "Bring Me Coffee or Tea". Tak mogłyby brzmieć rockowe ballady, gdyby były nagrywane na haju. To najbardziej melodyjny fragment longplaya, choć podobnie jak pozostałe zanurzony w gęstym onirycznym klimacie.

"Tago Mago" to prawdziwie wizjonerski album, który swego czasu znacznie rozszerzył ramy muzyki rockowej, a jego wpływ na późniejszych twórców jest nie do przecenienia, zaczynając od post-punku i noise rocka, na późnym Radiohead wcale nie kończąc. Dlatego nie wypada nie znać tego albumu. Nie jest to muzyka przystępna i łatwa do zrozumienia, ale warto próbować, a zachwyt innowacyjnością i pomysłowością muzyków prędzej czy później sam nadejdzie. Mimo wszystko, sam nie jestem w pełni przekonany do dwóch najbardziej radykalnych nagrań. Doceniam je za bezkompromisowość i inspirację muzyką z wyższej półki, ale jednak słuchanie ich nieco mnie męczy. W przeciwieństwie do hipnotyzującej, innowacyjnej reszty, od której trudno się oderwać.

Ocena: 9/10



Can - "Tago Mago" (1971)

LP1: 1.Paperhouse; 2. Mushroom; 3. Oh Yeah; 4. Halleluhwah
LP2: 1. Aumgn; 2. Peking O; 3. Bring Me Coffee or Tea

Skład: Damo Suzuki - wokal; Michael Karoli - gitara, skrzypce; Holger Czukay - bass; Irmin Schmidt - instr. klawiszowe, wokal (LP2:1); Jaki Liebezeit - perkusja, kontrabas, pianino
Producent: Can


Po prawej: okładka pierwszego wydania brytyjskiego i niektórych reedycji.


8 komentarzy:

  1. No co tu dużo mówić, mnie ten album po prostu zmordował swoją monotonią. Chyba "Halleluhwah" to moment w którym to poczułem i wiedziałem, że to granie nie dla mnie.

    Ale sam piszesz, że nie jesteś do tych dłużyzn przekonany, więc chyba mnie rozumiesz.

    Nazwa tego albumu też jest dla mnie durna. Ale stwierdziłem to dopiero po poznaniu jego zawartości jako przysłowiowy gwóźdź do trumny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Napisałem, że nie jestem przekonany do tych największych dziwactw. Akurat najdłuższy "Halleluhwah" bardzo mi się podoba, szczególnie gra sekcji rytmicznej, kojarząca się z funkowym okresem Milesa Davisa.

      Byłoby jeszcze zabawniej, gdyby zatytułowali ten album "Tango Mango" ;)

      Usuń
    2. Faktycznie, źle poskładałem akapity. Ale nie zmienia to faktu, że są fragmenty gdzie nie jesteś przekonany.

      Jak by tak to zatytułowali, to przynajmniej miałoby to jakieś znaczenie i fajnie oddawałoby zawartość ;)

      Usuń
    3. Nie słyszę tu ani tanga, ani niczego, co by mogło kojarzyć się z mango ;) Właśnie ta bezsensowność słów "Tago Mago" doskonale oddaje ćpuński i czasem kompletnie abstrakcyjny ("Aumgn", "Peking O") charakter albumu.

      Usuń
    4. Tytuł nie wziął się chyba znikąd. Z tego co wiem, odnosi się do wyspy Tagomago, związanej w jakiś sposób z Alisterem Crowleyem.

      Usuń
  2. Jak słucham tej płyty to aż trudno mi uwierzyć, że Liebezeit swego czasu grał w Globe Unity Orchestra. Istny ludzki metronom, zdecydowanie czołówka rockowych perkusistów. Ze względu na samą jego grę ta płyta jest niesamowita.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie wiem czemu ale okładka "Tago Mago" strasznie mi przypomina "Forever Changes" Love

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetny album! Aczkolwiek mój ulubiony to Future Days:)

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.