18 sierpnia 2018

[Recenzja] The Stooges - "Fun House" (1970)



"Fun House", podobnie jak poprzedzający go eponimiczny debiut The Stooges, w chwili wydania nie cieszył się wielką popularnością, ale z czasem został należycie doceniony. To jeden z ciekawszych rockowych albumów tamtego okresu, udanie łączący proto-punkową wściekłość i surowość z prawdziwie awangardowymi elementami - i mam tu na myśli nie są samą innowacyjność, a faktyczne nawiązania do awangardy. Co ciekawe, producentem albumu nie był już obracający się w takich klimatach John Cale, a Don Gallucci - klawiszowiec grającej prosty rock grupy The Kingsmen.

Ideą albumu było jak najlepsze oddanie żywiołowych występów The Stooges. Utwory były rejestrowane na żywo - każdy w kilku podejściach, z których potem wybrano najlepsze. Po latach, w 1999 roku, ukazał się siedmiopłytowy boks "1970: The Complete Fun House Sessions", zawierający prawdopodobnie wszystkie podejścia zarejestrowane w trakcie dwutygodniowej sesji z maja 1970 roku. Jednak przesłuchanie tak obszernego wydawnictwa, zawierającego nawet po kilkanaście wersji jednego utworu pod rząd, proponuję zostawić największym fanatykom i skupić się na podstawowym, oryginalnym wydaniu "Fun House".

Początek albumu jest jeszcze dość zachowawczy. Rozpędzone "Down on the Street", "Loose" i "T.V. Eye" to właściwie typowo proto-punkowe napieprzanie, chociaż sporo w nich jakby jamowego luzu, a przesterowane, nieco atonalne partie gitary pozostawiają sporo przestrzeni dla przyjemnie pulsującego basu. Pierwszy z tych utworów został wydany na singlu w nieco innej wersji, z dograną przez Gallucciego partią elektrycznych organów w stylu Raya Manzarka z The Doors. W sumie trochę szkoda, że taka wersja nie trafiła na album, bo byłoby to ciekawe urozmaicenia.

Na brak ciekawych rozwiązań nie można jednak narzekać, bo już w "Dirt" następuje zmiana klimatu. Wolne tempo, hipnotyzująca partia basu, wysunięta do przodu perkusja i bardzo psychodeliczne brzmienie gitary, tworzą naprawdę świetny nastrój. "1970" to teoretycznie powrót do bardziej prostackiego grania, ale pod koniec pojawia się ostra saksofonowa solówka, pełna wręcz freejazzowych przedęć i dysonansów. Opowiada za nią nowy członek zespołu, Steve Mackay. W tytułowym "Fun House" saksofon pełni już rolę równorzędną do pozostałych instrumentów. Sam utwór to świetny, psychodeliczno-jazzujący jam z ciężkim, zadziornym brzmieniem i fantastycznie dopełniającymi się tu partiami gitary, basu i saksofonu. Największym zaskoczeniem jest jednak finałowy "L.A. Blues" - dzika, kompletnie pozbawiona melodii improwizacja. To już nie proto-punk z jazzowymi naleciałościami, a praktycznie czyste free improvisation.

Muzycy The Stooges, w ciągu roku, jaki minął od nagrania debiutu, poczynili ogromny postęp. "Fun House" to doskonałe połączenie prosto-punkowej prostoty i agresji z bardziej ambitnymi wpływami awangardowo-freejazzowymi i odrobiną psychodelii. Można krytykować zespół za to, że zainspirował niezliczenie wiele beztalenci do sięgnięcia po instrumenty, ale jego twórczość sama w sobie zdecydowanie nie jest pozbawiona ambicji ani wartości. Czego najlepszym dowodem ten właśnie album.

Ocena: 8/10



The Stooges - "Fun House" (1970)

1. Down on the Street; 2. Loose; 3. T.V. Eye; 4. Dirt; 5. 1970; 6. Fun House; 7. L.A. Blues

Skład: Iggy Pop - wokal; Ron Asheton - gitara; Dave Alexander - bass; Scott Asheton - perkusja; Steve Mackay - saksofon (5-7)
Producent: Don Gallucci


2 komentarze:

  1. Tak w ogóle, podjąłeś się kiedyś próby przesłuchania tego kompletnego zestawu, o którym wspomniałeś? Pamiętam, że kiedyś się za to zabrałem, ale wymiękłem przy którymś momencie i jakoś nie chciało mi się brnąć dalej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, nawet przez myśl mi nie przyszło, żeby się za to brać.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.