6 grudnia 2017

[Recenzja] John Coltrane Quartet - "The John Coltrane Quartet Plays" (1965)



"The John Coltrane Quartet Plays", wydany pół roku po słynnym "A Love Supreme", nie był tak wielkim sukcesem komercyjnym, jak jego poprzednik. Dlatego i dziś nie wymienia się go jednym tchem z innymi ważnymi dziełami saksofonisty. Niewątpliwie jest to jednak ważny album w jego karierze, stanowiący swego rodzaju pomost pomiędzy wcześniejszymi, melodyjnymi dokonaniami Trane'a, a jego późniejszymi eksperymentami na gruncie free jazzu. Gra Johna stała się tutaj bardziej agresywna i atonalna, momentami lekko drażniąca. Na pewno nie jest to tak przystępna muzyka, jak ta zaproponowana na "A Love Supreme". Nie zostało tu też nic z uduchowionego charakteru poprzedniego albumu - zastąpił go pewien niepokój, mroczniejszy nastrój. McCoy Tyner i Jimmy Garrison dbają jednak o utrzymanie melodii, niejako poskramiając freejazzowe zapędy lidera.

Materiał zawarty na albumie nie jest w pełni premierowy. Kompozycja "Brazilia" była wykonywano na żywo już na początku lat 60. (chociażby na pamiętnych występach w klubie Village Vanguard), natomiast "Song of Praise" po raz pierwszy został zarejestrowany rok wcześniej, w trakcie sesji nagraniowej "Crescent" (oba utwory to kompozycje Coltrane'a). Repertuaru dopełniają przeróbki: "Chim Chim Cheree" z musicalu "Mary Poppins", oraz "Nature Boy" nagranego po raz pierwszy przez Nata Kinga Cole'a.

Oba cudzesy zmieniły się nie do poznania, z prostych, w sumie banalnych piosenek stając się fantastycznymi przykładami awangardowego jazzu. Skomplikowano warstwę rytmiczną, dodano długie solówki. "Chim Chim Cheree" opiera się na typowym dla wcześniejszych dokonań Coltrane'a schemacie (solo na saksofonie - solo na pianinie - solo na saksofonie), ale jego gra jest znacznie bardziej agresywna; chyba nigdy wcześniej jego saksofon sopranowy nie brzmiał aż tak ostro i przeszywająco. Ale ten utwór to jeszcze nic przy naprawdę niesamowitym "Nature Boy". Zaczyna się balladowo, ze świetnym klimatem i piękną melodią, by stopniowo nabierać coraz bardziej atonalnego charakteru. Gościnnie w utworze wystąpił drugi kontrabasista - częsty współpracownik Trane'a, Art Davis - którego partie, grane smyczkiem, doskonale wpasowują się w awangardowy charakter kompozycji.

Nie gorzej wypada autorski materiał. Początek "Brazilia", z samym saksofonem i perkusją, to wyraźna zapowiedź późniejszych eksperymnetów Johna (przede wszystkim wydanego pośmiertnie "Interstellar Space", na którym słychać tylko te dwa instrumenty), lecz dalsza część osadzona jest jeszcze w bopowej stylistyce. To jednak nie przeszkadza, bo gra i współpraca kwartetu jest wyśmienita. Ten utwór to przede wszystkim popis Elvina Jonesa, którego mocne bębnienie zdecydowanie wybija się na pierwszy plan. Z kolei "Song of Praise" zaczyna się od świetnej, ponad dwuminutowej solówki Garrisona (od czasu dołączenia Jimmy'ego do kwartetu Coltrane'a, solówki na kontrabasie stały się regularnym elementem jego twórczości). Zasadnicza część utworu to ballada, ale nie żadne tam archaiczne smęcenie, tylko piękny utwór z niebanalną grą instrumentalistów, momentami zahaczający o bardziej awangardowe rejony.

"The John Coltrane Quartet Plays" to kolejne wielkie dzieło Johna Coltrane'a, a zarazem chyba jego najbardziej niedoceniany album - pomijany we wszelakich zestawieniach i traktowany po macoszemu w biograficznych materiałach na temat saksofonisty. Moim zdaniem dzieje się tak wyłącznie dlatego, że longplay ukazał się pomiędzy dwoma nieporównywalnie bardziej niezwykłymi i inspirującymi dziełami - "A Love Supreme" i "Ascension".

Ocena: 9/10



John Coltrane Quartet - "The John Coltrane Quartet Plays" (1965)

1. Chim Chim Cheree; 2. Brazilia; 3. Nature Boy; 4. Song of Praise

Skład: John Coltrane - saksofon; McCoy Tyner - pianino; Jimmy Garrison - kontrabas; Elvin Jones - perkusja
Gościnnie: Art Davis - kontrabas (3)
Producent: Bob Thiele


6 komentarzy:

  1. Nie wiem czy niedoceniany o Coltranie tyle juz było, że w zasadzie jest najbardziej docenionym jazzmanem w historii a ja mam z nim problem. W czasach prestige każdy bił go na głowę Kenny Burrell a Sonny Rollins w Tenor Madness to już knockout, w czasach kwintetu Milesa Davis bił go w 4 taktach pomysłem melodyką itd ok od Giant Steps to już inna liga ale gdyby nie poszedł w stronę free to chyba dziś by go tak nie cenili. Po latach nie mogę słuchać jego wczesnych płyt już pomijam jego granie z Dizzym Gillespie bo to jest dramatyczna różnica mistrz- uczeń. Dla mnie tzw originals standards rzeczy zrobione przez Hendersona, Shortera mają dużo większą jakość co nie zmienia faktru, że ta płyta jest wybitn tylko znowu nie znoszę MC Coya :) No ale to jużmój problem. Wybitny pianista ma swoich uczniów nie mogę go dziś słuchać co poradzę :)

    Ale ta płyta jest ZAJEB... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odnoszę wrażenie, że mówi i pisze się tylko o kilku jego albumach: "Blue Train", "Giant Steps", "My Favorite Things" (choć w sumie raczej o tytułowym utworze, a nie całym longplayu), "A Love Supreme" i może jeszcze "Ascension", ale o tym ostatnim jakby rzadziej. To są albumy, o których istnieniu wie chyba każdy, kto interesuje się muzyką, nawet niekoniecznie jazzową, bo w różnych miejscach się te tytuły przewijają. A pozostała część dyskografii Trane'a znana jest chyba tylko tym, którzy postanowili zagłębić się w jego twórczość.

      Osobiście uważam ten album za zdecydowanie lepszy od "Blue Train", a nawet "Giant Steps" i "My Favorite Things" stawiam trochę niżej ;)

      Usuń
  2. Odnoszę wrażenie że napisano o wszystkich jego płytach :) Ok nie chcę wdawać się w dyskusję co jest lepsze twierdzę tylko, że Trane od Giant Steps to inna liga oczywiście wcześniej wymyślił swoje Coltrane changes ale to raczej interesuje muzyków mniej słuchaczy ale posłuchaj może zrecenzuj STELLAR REGIONS wydała to żona Alice Coltrane coś koło 94 roku jak dobrze pamiętam WOW no to jest dla mnie coś czego słucham od 20 lat do czego wracam od 20 lat i za każdym razem mam ciary Kwartet z Rashidem Ali na perkusji a Trane gra na Tranesonic na ALCIE ! :) A wracając do tematu patrzysz od strony fana prog rocka w dodatku przepraszam polaka :) W Stanach w UK tzw pozostała część dyskografii jest znana każdemu kto słucha jazzu :) Apropos My Favorite Things to był pierwszy raz jak gość trafił na listy przebojów :) A kadencję pianisty ogrywają wczyscy pianiści urodzeni po 50 roku i może dlatego nie mogę słuchać Mc Coya ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie przeczę, że z takiej perspektywy na to patrzę ;) A na "Stellar Regions" jeszcze przyjdzie pora - recenzuję chronologicznie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie wiem jak to możliwe, ale choć zawsze przesłuchiwałem recenzowane tu albumy Coltrane'a, ten jakoś uszedł mojej uwadze. Jak miło, było naprawić tę pomyłkę, wracając do tych tekstów, faktycznie genialny album, jeden z jego lepszych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Łatwo przeoczyć któryś z albumów Coltrane'a, bo prawie wszystkie mają łudząco podobne okładki ;)

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.