6 listopada 2017

[Recenzja] John Coltrane Quartet - "Crescent" (1964)



"Crescent" ukazał się blisko dwa lata po poprzednim albumie kwartetu Johna Coltrane'a zawierającym w pełni premierowy autorski materiał. W międzyczasie muzycy nie próżnowali - nie tylko intensywnie koncertowali, ale także kilkakrotnie weszli do studia. Najpierw nagrali komercyjny album "Ballads", złożony z popowych standardów, a następnie kolaboranckie "Duke Ellington & John Coltrane" i "John Coltrane and Johnny Hartman". Najważniejsza sesja odbyła się jednak 18 listopada 1963 roku. Zespół zarejestrował wówczas dwa utwory, które uzupełniły koncertowe wydawnictwo "Live at Birdland", w tym kompozycję "Alabama", zainspirowaną niedawnym zamachem Ku Klux Klan, w którym zginęło czworo dzieci. Ponury klimat tego utworu okazał się drogowskazem podczas kolejnej sesji, której efektem jest "Crescent".

De facto, album został nagrany podczas dwóch sesji nagraniowych. 27 kwietnia 1964 roku muzycy zarejestrowali cały materiał (a także kompozycję "Song of Praise", której późniejsza wersja trafiła na album "The John Coltrane Quartet Plays"), jednak najwyraźniej nie byli do końca zadowoleni z efektu, gdyż 1 czerwca wrócili do studia, by ponownie nagrać dwa utwory (tytułowy i "Bessie's Blues"). Autorem wszystkich kompozycji jest Coltrane. Stylistycznie album jest kontynuacją drogi obranej na poprzednich wydawnictwach, z tym specyficznym, spirytualnym nastrojem, który wciąga słuchacza od pierwszych sekund. O ile jednak na wydanym dwa lata wcześniej longplayu "Coltrane" ta muzyka miała zdecydowanie pozytywny charakter, tak na "Crescent" słyszymy jej mroczniejsze odbicie. Dominują utwory o balladowym charakterze. Nie są to jednak typowe ballady, jak na albumie "Ballads", a rozbudowane, wciągające kompozycje. Już tytułowy "Crescent" zachwyca uduchowionymi solówkami Coltrane'a i McCoya Tynera, do hipnotyzującego akompaniamentu sekcji rytmicznej. Jeszcze piękniej wypadają partie solowe w cudownie się rozwijających "Wise One" i "Lonnie's Lament" (w tym drugim pojawia się nawet solówka Jimmy'ego Garrisona na kontrabasie). Najbardziej niezwykłą kompozycją jest jednak finałowa "The Drum Thing" - jak można domyślić się po tytule, jest to głównie popis Elvina Jonesa, którego gra zachwyca nawet takiego zadeklarowanego przeciwnika perkusyjnych solówek, jak ja. Wrażenie robi też saksofonowy temat, tyleż posępny, co piękny. Niestety, "Crescent" nie jest albumem doskonałym. Poziom zaniża trzyminutowa błahostka "Bessie's Blues", która kompletnie nie pasuje do pozostałych utworów, ze względu na swój bardziej dynamiczny i pogodny charakter. Zamiast tego kawałka powinna się tu znaleźć "Alabama".

John Coltrane był blisko stworzenia kompletnego arcydzieła, jednak nie do końca trafiony dobór materiału zaprzepaścił tę możliwość. Jednak co się odwlecze... - zaledwie pół roku później kwartet Coltrane'a wszedł do studia, by nagrać album, który miał stać się jednym z najważniejszych wydawnictw w historii jazzu. 

Ocena: 9/10



John Coltrane Quartet - "Crescent" (1964)

1. Crescent; 2. Wise One; 3. Bessie's Blues; 4. Lonnie's Lament; 5. The Drum Thing

Skład: John Coltrane - saksofon; McCoy Tyner - pianino; Jimmy Garrison - kontrabas; Elvin Jones - perkusja
Producent: Bob Thiele


Brak komentarzy

Prześlij komentarz

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.