30 sierpnia 2017

[Recenzja] The Allman Brothers Band - "Shades of Two Worlds" (1991)



Dokładnie rok po premierze "Seven Turns", reaktywowany The Allman Brothers Band opublikował kolejny album, zatytułowany "Shades of Two Worlds". W międzyczasie zdążył się nieco zmienić skład (odszedł klawiszowiec Johnny Neel, zaś dołączył grający na perkusjonaliach Marc Quiñones). Nie zmieniła się natomiast koncepcja - podobnie jak na poprzednim wydawnictwie, zespół stawia tutaj na energetyczne bluesrockowe granie. Tym razem ze znacznie ciekawszym skutkiem. "Shades of Two Worlds" to nie tylko świetne brzmienie i wykonanie, lecz także znacznie ciekawsze kompozycje.

Znalazły się tutaj dwie prawdziwe perły: dziesięciominutowy "Nobody Knows", łączący chwytliwe zwrotki z długimi improwizacjami (jego przewodni motyw brzmi jak wariacja na temat "Whipping Post"), oraz ośmiominutowy jazzujący instrumental "Kind of Bird" (czyżby nawiązanie do "Kind of Blue"?), przywodzący na myśl skojarzenia z "In Memory of Elizabeth Reed". Zespół gra w obu tych utworach naprawdę porywająco, niemalże zbliżając się do poziomu "At Fillmore East". Do najciekawszych momentów albumu należy także bluesowa ballada "Get On with Your Life", jak również wykonanie "Come On in My Kitchen" z repertuaru Roberta Johnsona, zachowujące akustyczne brzmienie i klimat bluesa Delty. Nie zabrakło też dynamicznych, chwytliwych kawałków, z których najlepsze wrażenie robią "End of the Line" i "Midnight Man".

Choć trudno w to uwierzyć, The Allman Brothers Band po dwudziestu latach kariery, w której więcej chyba było upadków, niż sukcesów, nagrał jeden ze swoich najlepszych studyjnych albumów. "Shades of Two Worlds" ustępuje wyłącznie debiutanckiemu "The Allman Brothers Band" i "Eat a Peach".

Ocena: 8/10



The Allman Brothers Band - "Shades of Two Worlds" (1991)

1. End of the Line; 2. Bad Rain; 3. Nobody Knows; 4. Desert Blues; 5. Get On with Your Life; 6. Midnight Man; 7. Kind of Bird; 8. Come On in My Kitchen

Skład: Gregg Allman - wokal i organy; Dickey Betts - gitara i wokal; Warren Haynes - gitara, dodatkowy wokal; Allen Woody - bass; Jai Johanny Johanson - perkusja i instr. perkusyjne; Butch Trucks - perkusja i instr. perkusyjne; Marc Quiñones - instr. perkusyjne
Producent: Tom Dowd


7 komentarzy:

  1. Zawsze lubiłem te płyty Allmanów po reaktywacji. Ten album faktycznie zbliża się do najlepszych lat zespołu. Moim faworytem jest oczywiście Nobody Knows. Genialnie ten numer wypada na źywo. Fajnie źe zabrałeś się za ten okres działalności grupy. Czekam teraz na coś koncertowego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słucham właśnie "An Evening With The Allman Brothers Band (First Set)" i nie widzę sensu w recenzowaniu go. Zdecydowana większość utworów była już wcześniej wydana na studyjnych albumach, a choć część z nich jest trochę rozbudowana, to te improwizacje właściwie nie wnoszą nic nowego, nie zmieniają ich charakteru. Jedyna nowość, przeróbka "Midnight Blues" Blind Williego Mctella, to przyjemny akustyczny blues, ale nie będę tylko dla niego recenzować tego albumu.

      Usuń
    2. Drugi set z 95 r. jest dużo lepszy.

      Usuń
    3. Repertuar mnie zniechęca, by w ogóle tego słuchać. I też jest tam tylko jeden "nowy" utwór - przeróbka "The Same Thing" Muddy'ego Watersa.

      Usuń
    4. Moim zdaniem repertuar obu płyt jest w dechę. Nie rozumiem Twojego podejścia. Dla mnie stwierdzenie że repertuar zniechęcił do słuchania płyty koncertowej tego zespołu znaczy mniej więcej tyle co zniechęcenie do słuchania płyty poprzez brzydką okładkę. Zamias biadolić na set, który nie wnosi rzekomo nic nowego posłuchaj akustycznej wersji In Memory of Elizabeth Reed, która z pewnością wnosi jednak coś nowego. Chociaź mnie akurat ta wersja się nie podoba he,he,he:) Ogólnie uwielbiam te dwa koncerty i pomimo że równieź dla mnie Filmore East jest skończonym dziełem to jestem otwarty na inne koncertówki tego zespołu bo zawsze przyjemnie się ich słucha na żywo.

      Usuń
    5. Za połową utworów z "Second Set", delikatnie mówiąc, nie przepadam. Co zostaje? Dwie powtórki z "At Fillmore East", jeden cover i jeden z lepszych momentów niespecjalnie udanego "Where It All Begins", który sądząc po długości, został odegrany wiernie studyjnej wersji.

      Naprawdę szkoda mi czasu na słuchanie czegoś takiego, gdy do przesłuchania czekają setki albumów zapowiadających się znacznie bardziej obiecująco.

      Usuń
  2. Poprzedni, słabszy album skomponował w głównej mierze Betts. W przypadku tego, dużo lepszego, było tak samo. Gdzie tu, kurna, jest błąd? :D

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.