29 listopada 2016

[Recenzja] Soft Machine - "Third" (1970)



Aż trudno uwierzyć, jak bardzo zmieniła się muzyka Soft Machine w ciągu zaledwie dziewięciu miesięcy, dzielących publikację albumów "Volume Two" i "Third". Z grupy grającej rock psychodeliczny, dość w sumie nieśmiało zdradzającej inspirację jazzem, zespół stał się jednym z najbardziej jazzowych przedstawicieli jazz rocka. Muzycy zaczęli prezentować podobne podejście, co Miles Davis na swoich elektrycznych albumach  - szczególnie na "Bitches Brew", wydanym w marcu 1970 roku, czyli w czasie, gdy Soft Machine już pracowało nad zawartymi tutaj kompozycjami. Część z nich powoli nabierała ostatecznego kształtu podczas koncertów w drugiej połowie 1969 roku. W tamtym okresie skład grupy poszerzył się do septetu, wzbogacony o czterech muzyków grających na instrumentach dętych; saksofonistów Eltona Deana i Lyna Dobsona, puzonistę Nicka Evansa, oraz grającego na skrzydłówce Marka Chariga. Z czasem jednak skurczył się do kwintetu (bez Evansa i Charinga), a następnie kwartetu (po odejściu Dobsona). Właśnie w czteroosobowym składzie została zarejestrowana większość tego longplaya.

Ze względów finansowych, zespół nie mógł poświęcić zbyt wiele czasu na nagrania. Podstawowa sesja odbyła się w kwietniu 1970 roku i trwała nie dłużej niż kilka dni - zespół musiał wspomagać się wcześniej zarejestrowanymi nagraniami koncertowymi i demo. Kolejna sesja miała miejsce na początku maja. Wówczas prawdopodobnie dograno tylko partie dodatkowych muzyków - Nicka Evansa, flecisty Jimmy'ego Hastingsa i skrzypka Raba Spalla. Całość została szybko i niestety dość niedbale zmiksowana. 6 czerwca album trafił już do sprzedaży. Złożyły się na niego tylko cztery utwory, ale tak rozbudowane (wszystkie trwają po 18-19 minut), że w czasach płyt winylowych musiano wydać je na dwóch krążkach - po jednym na każdej stronie.

Pierwszą stronę albumu wypełnia kompozycja "Facelift", zarejestrowana podczas dwóch styczniowych koncertów grupy, występującej wówczas w kwartecie. Miejsce złączenia, a właściwie nałożenia na siebie tych dwóch nagrań jest wyraźnie słyszalne, co brzmi bardzo amatorsko. Samo wykonanie jest jednak rewelacyjne. Pierwsza cześć (nagrana 4 stycznia w Fairfield Hall w Croydon) brzmi zdecydowanie ciężej, momentami wręcz agresywnie, za sprawą przesterowanych organów Mike'a Ratledge'a w introdukcji, oraz ostrym partiom saksofonów, wspartych intensywną grą sekcji rytmicznej (fragment ten kojarzy się z instrumentalną częścią "21st Century Schizoid Man" King Crimson). Druga część (zarejestrowana 11 stycznia w Mother's Club w Birmingham) jest łagodniejsza, bardziej jazzowa. Pojawia się w niej ładne solo Lyna Dobsona na flecie, a kończy ją podniosły motyw grany unisono przez saksofon i organy, odtworzony potem wspak w przyśpieszonym tempie.

"Slightly All the Time" to już utwór w całości bardzo jazzowy. Przez pierwsze kilka minut utwór płynie swobodnie i spokojnie, powoli rozwijając główny temat. Na pierwszym planie słyszymy cudowne solówki Deana, Evansa i Hastingsa, do prostego, subtelnego akompaniamentu Ratledge'a i grającej w skomplikowanym metrum sekcji rytmicznej. W pewnym momencie muzycy przyśpieszają tempo, a na pierwszy plan zaczynają wychodzić partie klawiszowca lub basowe popisy Hugha Hoppera. Utwór cały czas zachowuje swój transowy charakter, coraz bardziej wciągając słuchacza. Wręcz chciałoby się, aby muzycy grali tak w nieskończoność... Niestety, w trzynastej minucie następuje nagłe cięcie i zaczyna się kolejna część utworu, o podtytule "Backwards" - jeszcze bardziej subtelna i bardzo ładna, ale moim zdaniem lepiej sprawdziłaby się jako osobny utwór. Na koniec następuje powrót do wcześniejszego tematu, tym razem grany szybciej i nieco ostrzej.

Najbardziej konwencjonalnym - i przez to najbardziej kontrowersyjnym - utworem jest "Moon in June". Kompozycja Roberta Wyatta pokazująca, że jego wizja rozwoju Soft Machine była nieco inna, niż pozostałych muzyków. Pierwsza część utworu nie jest wcale odległa od tego, co zespół grał na poprzednich albumach. Fragment ten został zarejestrowany przez Wyatta jako demo, zupełnie samodzielnie - zagrał tu nie tylko na perkusji, ale także na basie i klawiszach. I to nie tylko partie rytmiczne i melodyczne, ale także solowe (klawiszowa solówka wyszła trochę nieporadnie, za to basowa całkiem nieźle). Najważniejsza jest tu jednak obecność partii wokalnej - jedynej na tym albumie i zarazem ostatniej w karierze Soft Machine. Wyatt napisał bardzo długi (śpiewany przez niemal całe dziewięć minut tej części), poetycki tekst. Druga, w większości instrumentalna, połowa kompozycji została nagrana już w studiu, z pomocą Ratledge'a, grającego wspaniałe klawiszowe solówki, i Hoppera, ozdabiającego utwór przesterowanymi partiami basu, które wprowadzają bardzo niepokojący nastrój. W nagraniu pojawia się także partia skrzypiec, wykorzystana w nieco kakofonicznej, atonalnej końcówce.

Ostatni utwór, "Out-Bloody-Rageous", jest najbardziej eksperymentalny i innowacyjny. Rozpoczyna go długi klawiszowy popis Ratledge'a, o zdecydowanie elektronicznym, minimalistycznym, wręcz ambientowym brzmieniu, powstałym poprzez studyjną obróbkę taśm. Inspiracji dostarczyła twórczość amerykańskiego minimalisty Terry'ego Rileya. Dopiero pod koniec piątek minuty zaczyna się dynamiczna, bardzo jazzowa część grana przez cały zespół. Pierwszoplanową rolę odgrywa fantastycznie pulsujący bas Hoppera i solówki na dęciakach. W środku na chwile wracają brzmienia elektryczne, szybko ustępujące miejsca przepięknej, ciepłej partii fortepianu, do której zaraz dołączają pozostałe instrumenty, rozpoczynając kolejną jazzową improwizację, tym razem o bardziej subtelnym charakterze - dopiero pod koniec na chwilę robi się nieco intensywniej. Koda tej kompozycji to oczywiście kolejny elektroniczny popis Ratledge'a.

Niesamowity album. Każda z czterech kompozycji robi ogromne wrażenie. Choć łączenie rocka i jazzu nie było w tamtym czasie już niczym zaskakującym, to muzycy Soft Machine zrobili to w naprawdę nowatorski sposób. Zazwyczaj, gdy rockowi muzycy brali się za granie jazz rocka, to okazywało się, że ich umiejętnościom sporo brakuje w porównaniu z jazzmanami. Tutaj jednak taka sytuacja nie ma miejsca - muzycy mają wystarczające umiejętności i talent do grania takiej muzyki. Trochę traci ten materiał przez niedbałą produkcję, ale poza tym nie ma do czego się przyczepić.

Ocena: 10/10



Soft Machine - "Third" (1970)

LP1: 1. Facelift; 2. Slightly All the Time
LP2: 1. Moon in June; 2. Out-Bloody-Rageous

Skład: Mike Ratledge - instr. klawiszowe; Hugh Hopper - bass; Robert Wyatt - perkusja, wokal (3), instr. klawiszowe (3), bass (3); Elton Dean - saksofon (1,2,4)
Gościnnie: Lyn Dobson - saksofon i flet (1); Jimmy Hastings - flet i klarnet basowy (2,4); Nick Evans - puzon (2,4); Rab Spall - skrzypce (3)
Producent: Soft Machine


18 komentarzy:

  1. Ho, ho, ho.... tydzień temu mówię że nie stawiasz dziesiątek albo że stawiasz je tym albumom które w żadnym wypadku na nie nie zasługują a tu proszę. Wziąłeś sobie moje słowa do serca ;D Kiedyś miałem fazę na jazzrock (z weather report na czele i ich koncertowym montreux) ale tego albumu nie zapamiętałem. Na bank jednak do niego wrócę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze stawiam taką ocenę, na jaką dany album zasługuje według moich osobistych odczuć. W tym przypadku nie mogło być niższej oceny ;)

      Dodam tylko, że to druga tegoroczna recenzja z najwyższą oceną, po "East-West" The Butterfield Blues Band.

      Usuń
    2. No dobra, to właśnie wróciłem ;) pierwsze dwie kompozycje urywają mi wszystko co się da - odpaliłem to na słuchawkach w ciemnościach i poleciałem w inny, surrealistyczny wymiar. Moon in June ma jednak jedną wadę - eunusze zaśpiewy Wyatta. Bo instrumentalne fragmenty to pierwsza klasa. Ostatni fragment też mnie nie porywa aż tak jak pierwsze dwa (tj. ma kilka świetnych fragmentów, ale i kilka miałkich) a ostatnie dwie minuty po prostu sobie darowałem bo nie miałem już na nie siły. Ode mnie solidne 8/10 (już nie 7, jeszcze nie 9). Wrócę tu.

      Konkluzja - jak grasz rocka progresywnego (a już na pewno jazz) to graj tylko instrumentalnie, o ile nie masz w zanadrzu odpowiedniego wokalisty.

      Ale w stosunku do Volume I i II jest przeogromny postęp. Dziadkometr wskazuje prawie zero.

      Usuń
  2. Super tekst :)

    U nas na forum pisuje czasami gość, który jest wielkim gjerojem od Soft Machine, zdaje się, że nawet pisze o nich książkę. Gość ten w stosownym do tego wątku pisze o nich dużo ciekawych rzeczy, myślę, że mógłbyś, jeśli byś chciał, kiedyś się nim podeprzeć. Napisał też bardzo obszerną recenzję Third, której ze względu na objętość tu nie przekleję, ale wstawię link:

    http://www.metalrockforum.fora.pl/plyty-starsze,44/soft-machine-third-1970,3915.html

    Myślę, że warto go poczytać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak właśnie myślałem, przed otworzeniem linka, że to będzie tekst autorstwa mahavishnuu ;) Szanuję człowieka za ogromną wiedzę, choć z jego opiniami (szczególnie na temat mniej progresywnej muzyki) nie zawsze się zgadzam - ale to dobrze, bo nudno byłoby czytać tylko poglądy zbliżone do własnych.

      Usuń
    2. Ten tekst jest świetny. Nawet jeśli album momentami odrzuca (zwłaszcza początek, z tymi dziwnymi, atonalnymi sprzężeniami), to czytanie tego samo w sobie uświadamia, że to wielkie dzieło. Oczywiście nie umniejszam twojej recenzji, ona też jest bardzo dobra.

      Usuń
  3. Ciasteczko z kremem z dzieciństwa... muzyczna pychotka

    OdpowiedzUsuń
  4. Za wiele dłużyzn i prawie ciszy. Co powoduje w słuchaniu zniecierpliwienie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo taką muzykę trzeba umieć słuchać. Nie nastawiając się z góry, że ma być taka jak coś, co się lubi - najlepiej ze zwrotkami, refrenami i gitarowym wymiataniem.

      Usuń
  5. To samo z siebie wynika. Lubi się to co się lubi a jak się czegoś nie lubi to się nie lubi. Na szczęście nie ma ustawowego przymusu lubienia czegokolwiek a zwłaszcza muzyki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jednak - wbrew popularnej opinii - gust nie jest jak dupa (że niby każdy ma własną). To nie jest coś, z czym człowiek się rodzi i nie zmienia się do końca życia. Można go kształtować, rozwijać w dowolny sposób. Każdy ma wybór. Może przez całe życie tkwić w swojej strefie komfortu i słuchać ciągle tego samego, prostych piosenek bez większych ambicji. Ale może też próbować przekonać się do innych rzeczy, próbować zrozumieć o co w nich chodzi i spróbować znaleźć w tym coś dla siebie; zacząć słuchać bardziej wymagających rzeczy, które z początku nie wchodzą łatwo, ale później dostarczają znacznie więcej satysfakcji i więcej emocji, wręcz duchowych przeżyć. To drugie jest z pewnością ciekawsze, ale znacznie trudniejsze.

      Usuń
  6. Czasem prostota formy jest dużo bardziej wartościowa niż ciągłe dążenie do jej komplikowania dla zasady,że im więcej tym lepiej.
    A słuchanie prostszej muzyki nie musi czynić naszego życia ubozszym. Kiedyś słuchając prog rockowych tuzów myślałem sobie jaki to jestem wyjątkowy, jakie to jest niesamowite, a potem poznałem album The Cure Pornography i mną wstrzasnelo,nie byłem przygotowany na taki emocjonalny cios.I to też jest sztuka.Przycisnąć słuchacza do ściany i trzymać bez zmian rytmiki, bez rozbudowanej formy.Po prostu samo sedno. A proszę posłuchać Talk Talk w utworze I Don't Believe In You.Ile tam robią pojedyncze dźwięki gitary,operowanie ciszą.Trzeba wiedzieć ile zagrać i jak zagrać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli z jednej skrajności popadłeś w drugą. Zamiast poszerzyć swoje horyzonty, dalej je zaciskasz, tylko teraz ograniczając się do innej muzyki.

      A u Soft Machine nie ma żadnego komplikowania dla zasady.

      Usuń
  7. Nie sądzę. A wynika to z faktu,że nie porzucilem prog rocka na zasadzie nie podoba mi się i nigdy więcej nie posłucham. Owszem pozostalem przy kilku wykonawcach i może z czasem bardziej ich docenilem.Mam na myśli King Crimson, Genesis,Jethro Tull, Rush czy Camel.Ale potem poszedłem w zupełnie innym kierunku.Odkryłem post punk, cold wave,avantgarde metal.Wreszcie przyszła pora na tzw.trip hop oraz szeroko pojętą elektronikę. Teraz nieśmiało wchodzę na terytorium jazzu.
    Po prostu uznałem,może niesłusznie, ale to mój wybór że nie chcę poświęcać życia na eksplorowanie jednego gatunku czy jednej sceny muzycznej.Chcę poznać jak najwięcej muzyki z różnych okresów, także współczesnej, bo to nieprawda co mówią niektórzy, że kiedyś to była muzyka,a teraz nie ma nic.Jeśli się nie szuka to można dojść do takich smutnych wniosków. A moje ostatnie odkrycie to np.Massive Attack albo The Cinematic Orchestra.Słucham też sporo ambientu,zwłaszcza Solar Fields czy też Carbon Based Lifeforms.No i jest jeszcze tzw.psychedelic trance ale to głównie Entheogenic.Jest tego sporo i są to często albumy z ostatnich dziesięciu lat,które w swojej kategorii odcisnely już piętno. Liczę na niejedno jeszcze odkrycie.

    OdpowiedzUsuń
  8. Byłbym ostrożny z porównywaniem "Third" do "Bitches Brew", bo autorzy tego pierwszego mogliby wyjść na trochę uboższych krewnych. Amatorskie, stłumione brzmienie, smutne wokale, najlepsze fragmenty brzmią jak wyjęte z twórczości Terry Riley'ego, tyle że oryginał brzmi lepiej. Posłuchajcie "Bitches Brew", brzmienia, obłędnej pulsacji, warstw, wirtuozerii i szybko zapomnicie o nieco ramotowatym "Third".

    Dodam tylko jeszcze uprzedzając dyskusję, że trójka Soft Machine to nie jest zła płyta. To dosyć ciekawy eksperyment z formą i granicami rocka. Swój wysoki status zawdzięcza jednak temu, że sytuowana jest właśnie w szufladce z napisem "rock". Dla kogoś kto solidnie wyściubił nosa poza ten nurt, ta płyta nie powinna wydawać się czymś nadzwyczajnym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jak wiele potrafisz wymienić lepszych albumów, na których połączono rock progresywny, fusion, free jazz i minimalizm? Ile w ogóle znasz takich albumów? Właśnie ta unikalność w znacznym stopniu stanowi o wielkości tego albumu. A zawarta na nim muzyka tak dalece wykracza poza rock, że właściwie w ogóle nim nie jest. Szuflada z napisem "rock" nie jest dla niego odpowiednim miejscem.

      Te wszystkie zachwyty nie wynikają z tego, że album został nagrany przez rockmanów z ambicjami. Takich było wielu. Pink Floyd bawili się w awangardzistów, ELP czy Yes udawali orkiestry symfoniczne. Ale wykonawców, którzy faktycznie posiadali umiejętności i wiedzę, by zrealizować tak wielkie ambicje, było naprawdę niewielu. Soft Machine do nich się zalicza.

      Podobieństwa "Third" i "Bitches Brew" są wyraźne, natomiast warto pamiętać, że ten pierwszy został nagrany zaledwie miesiąc po wydaniu tego drugiego, a zawarte na nim kompozycje były już wcześniej grane na koncertach. Można więc stwierdzić, że Davis i muzycy Soft Machine wpadli na pewne pomysły zupełnie niezależnie, mając częściowo wspólne inspiracje (ale na tyle różne, że efekt jest jednak inny). I to też bardzo wiele mówi o kreatywności zespołu.

      A amatorskie brzmienie wynika wyłącznie stąd, że muzyków nie było stać na bardziej profesjonalnie nagranie. W żadnym razie nie ujmuje to niczego innym aspektom tej muzyki.

      Twój nick i ostatnie zdanie sugerują, że jesteś przypadkiem dość częstego zachłyśnięcia się ambitniejszą muzyką, przez które nabrałeś lekceważącego stosunku do wszystkiego, co ma związek z rockiem. Ale takie podejście często prowadzi do ignorancji, którą tutaj wykazujesz w stosunku do Soft Machine.

      Usuń
    2. Ja w ogóle nie dzielę muzyki na ambitną i nieambitną. Tak samo lubię Motorhead, Black Sabbath, co Erykę Badu i Marvina Gaye'a, a także Sonic Youth, Joy Division, King Crimson czy frytowe albumy Johna Coltrane'a.

      Prog też jest ok, nawet Soft Machine jest ok, ale po prostu nie takie arcydzieło, jak je wszyscy malują..





      Usuń
  9. A ja właśnie w tej chwili,dziś wieczorem i po raz pierwszy słucham tej płyty.Z głośników sączy się Out-Bloody-Rageous,a ja nie wiem jak to ogarnąć. Ja prosty słuchacz, wyrosły na riffach Metallicy zostałem wyciśnięty w fotel bogactwem tej płyty. I wcale nie przeszkadza mi to surowe brzmienie.Brak odpowiedniego szlifu studyjnego jest dla mnie atutem.Bo nie psuje samej muzyki,a czyni ją nawet bardziej żywą.Owszem,gdyby mieli możliwość to by doszlifowali i była by zyleta. Ale nawet w takim kształcie ta muzyka swoją zywiolowoscia miażdży większość współczesnych, sterylnych produkcji.No i jeszcze jedna sprawa-to jest prawdziwa progresja,że pozwolę sobie nawiązać do ostatnio popularnej płyty - w przeciwieństwie do tzw nowego Toola.Wiem,że to zupełnie inna stylistyka.Tam nie ma jazzu,nie ma awangardy.Ale jest mielenie różnych motywów, z których niewiele wynika.Zaś na 'Third' Soft Machine są również dlugasy ,ale ich poszczególne segmenty fajnie się ze sobą przenikają. Nawet tam gdzie są połączone fragmenty koncertu nie ma dla mnie wielkiego zgrzytu. Może wyszło odrobinę amatorsko,ale ile w tym ducha,prawdziwej pasji.Improwizacji.Jestem pod wrażeniem. Arcydzieło.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.