5 sierpnia 2016

[Recenzja] Cymande - "Cymande" (1972)



Cymande to jeden z najbardziej osobliwych brytyjskich zespołów. Podobnie jak recenzowany już przeze mnie Demon Fuzz, grupę tworzyli czarnoskórzy muzycy, czerpiący inspiracje głównie z muzyki afroamerykańskiej. Pod względem stylistycznym oba zespoły są do siebie podobne, jednak u Cymande zdecydowanie dominuje pierwiastek funkowy. Choć w twórczości tej grupy również pojawiają się wpływy innych stylów i gatunków - przede wszystkim soulu, jazzu, rocka, a także muzyki afrykańskiej i karaibskiej.

Zespół zadebiutował w 1972 roku albumem "Cymande", będącym zarazem jego największym osiągnięciem. Zdecydowanie najciekawszym utworem jest tu instrumentalny "Dove" - bardzo klimatyczny, a zarazem dość dynamiczny, jedenastominutowy jam. To przede wszystkim fantastyczny popis gitarzysty Patricka Pattersona, grającego tutaj długie solówki o jazzująco-santanowym zabarwieniu. Jednak utwór nie byłby tak wspaniały, gdyby nie rewelacyjna, hipnotyzująca partia basu Steve'a Scipio i bogate wykorzystanie przeróżnych perkusjonaliów. Podobny charakter ma także inna instrumentalna kompozycja - niemal o połowę krótsza "Rickshaw". Tu również jest bardzo transowo, ale tym razem pierwszoplanową rolę przejmują dęciaki, tworzące dość niepokojący nastrój. Muzycy mieli talent do tworzenia instrumentalnych utworów, co udowadnia także prześliczny "One More".

Pozostałe, już wokalne, utwory to głównie wspomniany funk. Takie kawałki, jak "Bra" czy "The Message", charakteryzują się tanecznym rytmem, głębokim basem i wszechobecnymi dęciakami. Oba były zresztą chętnie grane w tamtym czasie przez DJów w funkowych klubach, zaś po latach często je samplowano. Z kolei "Getting It Back" i "Listen" to funk w ciekawszej, nieco stonowanej odmianie. Pierwszy z tych utworów ma ciekawy klimat, natomiast drugi - za sprawą większej roli gitary - zahacza o muzykę rockową. Ale już takie "Zion I" i "Ras Tafarian Folk Song", mimo bardzo funkowych linii basu, bliższe są muzyki reggae, której osobiście nie znoszę. I dlatego słucham tego album z mieszaną przyjemnością. Raz jestem zachwycony bardzo dobrymi instrumentalami, kiedy indziej odpycha mnie zbyt reggae'owy charakter utworów, niespecjalnie przekonują mnie też te bardziej taneczne fragmenty.

W latach 70. Cymande wydał jeszcze dwa albumy - "Second Time Round" w 1973 roku i "Promised Heights" rok później. Nie są już tak interesujące jak debiut (są jeszcze bardziej zorientowane na funk i reggae, z mniejszym wpływem innych stylów), chociaż na drugim z nich znalazł się jeden z najlepszych funkowych kawałków, jakie słyszałem - zadziorny, oparty na świetnie pulsującym basie "Brothers on the Slide". W połowie lat 70. zespół zakończył działalność, ale później kilkakrotnie ją wznawiał, sporadycznie wydając nawet nowe albumy - niestety, o bardziej komercyjnym charakterze i po prostu kiepskie ("Arrival" z 1981 roku i zeszłoroczny "A Simple Act of Faith").

Ocena: 7/10



Cymande - "Cymande" (1972)

1. Zion I; 2. One More; 3. Getting It Back; 4. Listen; 5. Rickshaw; 6. Dove; 7. Bra; 8. The Message; 9. Ras Tafarian Folk Song

Skład: Joey Dee - wokal, instr. perkusyjne; Ray King - wokal, instr. perkusyjne; Patrick Patterson - gitara; Steve Scipio - bass; Sam Kelly - perkusja; Pablo Gonsales - instr. perkusyjne; Mike Rose - saksofon, flet, instr. perkusyjne; Derek Gibbs - saksofon; Peter Serreo - saksofon
Producent: John Schroeder


2 komentarze:

  1. A mnie właśnie najbardziej cieszą recenzje takich 'egzotyków', nawet mimo zachowawczych ocen. Mimo wszystko niewiele jest takich płyt jak ta, w przeciwieństwie do goniących w piętkę hard-blues-psychodelii końca lat 60. które ostatnio w hurtowych ilościach pojawiają się tu w piątki i poniedziałki. Może nawet było kilka 8 czy 9, ale jest tego tyle, że straciłem rachubę :d

    Może opiszesz coś 'znańszego', a nie popadającego jeszcze w totalny mainstream i plastik? np ZZ Top? ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Trochę zgadzam się z przedmówcą - więcej mniej znanych, niemainstreamowych płyt, najlepiej spoza nurtu blues rockowo / hard rockowego. Może niekoniecznie ZZ Top, ale faktycznie COŚ innego w większych dawkach by się przydało. Recenzujesz fajne rzeczy cały czas, bo i Hartley i Dunbar i Ten Years After i Muddy Waters to dobra muzyka, ale coś ostatnio się tu robi zbyt jednostajnie, tak to w każdym razie odbieram :)

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem nie będą publikowane, ale jeśli uznam je za ciekawe, umieszczę odpowiedzi na nie na stronie "FAQ / Q&A".