12 września 2015

[Recenzja] Billy Cobham - "A Funky Thide of Sings" (1975)



Solową twórczość Billy'ego Cobhama łatwo podsumować jako komercyjną mieszankę jazzu, funku i rocka. Jednak na poszczególnych albumach style te nie występują w identycznych proporcjach. Na debiutanckim "Spectrum" jest zdecydowanie najwięcej rockowego czadu, "Crosswinds" silniej czerpie z jazzowego doświadczenia grających na nim muzyków, a "A Funky Thide of Sings" idzie w zdecydowanie funkowym kierunku. Pierwszych sześć utworów to muzyka o ewidentnie tanecznym charakterze, oparta na fantastycznie bujającej grze sekcji rytmicznej złożonej z Cobhama i basisty Alexa Blake'a. Towarzyszą im odpowiednie do takiej stylistyki partie klawiszowca Milcho Levieva oraz rozbudowanej sekcji dętej, złożonej z Michaela i Randy'ego Breckera, Glenn Ferris, a także - w utworach "Panhandler" i "A Funky Thide of Sings" - Larry'ego Schneidera, Walta Fowlera i Toma Malone'a. Istotną rolę pełnią też gitarowe solówki Johna Scofielda, w których pobrzmiewa trochę rockowej zadziorności i jazzowej finezji. Zresztą cały skład pokazuje umiejętności na poziomie na tyle wysokim, na ile pozwala stylistyka głównonurtowego jazz funku. Wyczerpując temat muzyków trzeba też wspomnieć o Rebopie Kwaku Baahu, byłym współpracowniku rockowych grup Traffic i Can, którego perkusjonalia gdzieniegdzie świetnie dopełniają grę Cobhama i Blake'a.

Po sześciu nagraniach charakter płyty znacząco się zmienia. "A Funky Kind of Thing" to dziewięciominutowy popis lidera, pokazujący zarówno jego niemałe umiejętności, jak i sporą wyobraźnię. To niedościgniony wzór dla zdecydowanej większości rockowych bębniarzy, których solówki w porównaniu z wirtuozerią Cobhama brzmią strasznie nieudolnie, amatorsko i po prostu nudnie. Jednak najciekawszym momentem tego albumu jest jego dwunastominutowy finał, "Moody Modes", zagrany już w pełniejszym składzie, ale znacznie bardziej subtelnie i jazzowo od reszty materiału. Wyróżnia się też za sprawą bardziej akustycznego brzmienia. Dłuższe, bardzo udane solówki grają tu Leviev (kompozytor tego utworu), Randy Brecker i Blake, a całość doskonale spaja finezyjna gra Cobhama. Zapewne cały album o podobnym charakterze zasługiwałby na wyższą ocenę, a na pewno lepiej by pokazywał na co stać ten skład. Jednak zasadnicza cześć płyty prezentuje się bardzo zacnie w kategorii mainstreamowego funku, łącząc przystępność i bardzo dużą wartość użytkową z solidnym wykonaniem oraz brzmieniem dalekim od wówczas coraz częstszego w tym stylu kiczu. Nie jest to album wybitny, ale warto mieć go w kolekcji na wypadek jakiejś imprezy.

Ocena: 7/10



Billy Cobham - "A Funky Thide of Sings" (1975)

1. Panhandler; 2. Sorcery; 3. A Funky Thide of Sings; 4. Thinking of You; 5. Some Skunk Funk; 6. Light at the End of the Tunnel; 7. A Funky Kind of Thing; 8. Moody Modes

Skład: Billy Cobham - perkusja, instr. perkusyjne, syntezatory; Alex Blake - gitara basowa, kontrabas; Michael Brecker - saksofon; Randy Brecker - trąbkaGlenn Ferris - puzon; John Scofield - gitara; Milcho Leviev - instr. klawiszowe
Gościnnie: Larry Schneider - saksofon (1,3); Walt Fowler - trąbka (1,3); Tom Malone - puzon i flet (1,3); Rebop Kwaku Baah - kongi (1,3)
Producent: Billy Cobham, Mark Meyerson, Donald Elfman i Naomi Yoshii


1 komentarz:

  1. Niestety po tej płycie Billy grał już w kółko to samo. W zasadzie jest to ostatni jego album, który komukolwiek, poza zagorzałymi fusion i funku mógłbym polecić.

    OdpowiedzUsuń

Komentarze niezwiązane z powyższym tekstem nie będą publikowane. Autor strony nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy innych osób.