24 sierpnia 2014

[Recenzja] Opeth - "Heritage" (2011)



Po kilkunastu latach stagnacji i nagrywania według jednego schematu, muzycy Opeth postanowili w końcu czymś zaskoczyć. "Heritage" to drugi album w karierze grupy, na którym w ogóle nie ma elementów metalowych. Przy czym poprzedni, "Damnation", jest efektem tej samej sesji co "Deliverance", z którym początkowo miał tworzyć jedno wydawnictwo. Ponadto, nie przyniósł żadnych nowych rozwiązań - zawarte na nim kawałki brzmią dokładnie tak samo, jak łagodniejsze fragmenty pozostałych płyt. Tymczasem "Heritage" zawiera bardziej zróżnicowany materiał, zawierający trochę niestosowanych wcześniej patentów, zaczerpniętych wprost z wczesnych lat 70. ubiegłego wieku. Nie wszystkim fanom taki zwrot przypadł do gustu. Rezygnacja growlu, ciężkich riffów oraz perkusyjnego łomotu spotkała się z dużą krytyką. Nie brakowało też jednak osób zachwyconych rzekomą progresywnością tego materiału. Trudno jednak uznać za odkrywczą muzykę, która polega na imitowaniu czegoś sprzed czterdziestu lat i nie wnosi przy tym żadnej nowej wartości. I właśnie to, a nie odejście od metalu, jest głównym problemem "Heritage". Bynajmniej nie jedynym, do czego jeszcze nawiążę w dalszej części recenzji.

Dominuje tutaj zdecydowanie łagodniejsze granie, często o folkowym zabarwieniu. Nawet jeśli pojawia się cięższy riff - jak w "The Devil's Orchard", "Famine", "The Lines in My Hand" czy wyjątkowo, jak na ten zespół, szybkim "Slither" - to natężenie przesteru nie jest szczególnie wysokie. Dużą rolę odgrywają gitary akustyczne, a także przeróżne brzmienia klawiszowe (m.in. melotron, organy Hammonda, elektryczne pianino, fortepian). Gra sekcji rytmicznej nabrała więcej przestrzeni, a momentami wręcz przybiera nieco jazzrockowego charakteru (Martín Mendez gra nie tylko na gitarze basowej, ale sięga też po kontrabas). W "Famine" można nawet usłyszeć gościnne partie perkusjonalisty Alexa Acuñy - byłego muzyka Weather Report, znanego też ze współpracy z Herbiem Hancockiem, Chickiem Coreą i Carlosem Santaną - a także flecisty Björna Lindha. Jak na album Opeth, utwory są dość zróżnicowane między sobą (choć trudno w nich o inne emocje niż smutek), a przy tym zdecydowanie ciekawiej zaaranżowane i bogatsze brzmieniowo od tych z wcześniejszych płyt. Trzeba jednak podkreślić, że zespół wciąż korzysta z wypracowanych (nie przez siebie) wzorców. Słuchacz, któremu nieobca jest znajomość rockowego kanonu, z pewnością wyłapie liczne nawiązania do twórczości takich zespołów, jak King Crimson, Jethro Tull, Camel, Pink Floyd czy Black Sabbath. Wpływy te zwykle są wymieszane na przestrzeni danego utworu, ale taki "Slither" to praktycznie tylko kopia kilku kawałków wczesnego Rainbow (utwór jest hołdem dla Ronniego Jamesa Dio, który zmarł w trakcie sesji nagraniowej "Heritage").

I tutaj niestety dochodzimy do sedna, bo album nie ma do zaoferowania absolutnie nic słuchaczom, którzy są dobrze zaznajomieni z klasyką rocka progresywnego i hard rocka. To retro brzmienie "Heritage" jest naprawdę fajne, podobnie jak niektóre partie instrumentalne lub nawet całe fragmenty poszczególnych kawałków. Ale wszystko, czym się różni od dokonań klasycznych grup, działa na jego niekorzyść. Przede wszystkim muzycy zespołu wciąż mają liche umiejętności kompozytorskie. Utwory są porozciągane, mało treściwe i całkiem pozbawione budowania napięcia. A to ostatnie bardzo przydałoby się w nagraniach o zmieniającym się klimacie (czyli prawie wszystkich), aby te przejścia nie były zawsze tak nagłe i zupełnie nieumotywowane. Kompletny brak wyrazistych melodii i charakterystycznych motywów jest z kolei czymś absolutnie niedoszczelnionym w takiej stylistyce - a na tym albumie nie ma ani jednego utworu, który posiadałby te cechy. Ponadto, samo wykonanie jest strasznie anemiczne. Często nawet te pozornie żywsze kawałki, jak "The Devil's Orchard" lub "The Lines in My Hand", są bardziej melancholijne niż energiczne. Jeden tylko "Slither" faktycznie jest zagrany żywiołowo (choć nie mam pojęcia, po co doklejono do niego akustyczną kodę, niemającą żadnego związku z wcześniejszą częścią), co stanowi bezprecedensową sytuację w twórczości zespołu. Przydałoby się więcej takich niespodzianek. I najlepiej, żeby nie były przy tym tak jednoznacznie inspirowane jednym wykonawcą.

Mam pewien problem z oceną tego wydawnictwa. Doceniam, że zespół postanowił w końcu nagrać coś innego, że poszerzył swoją muzykę o nowe rozwiązania, jednocześnie rezygnując z tych najbardziej infantylnych. Ta retro-progowa stylistyka przemawia do mnie zdecydowanie bardziej niż jednostajna mieszanka brutalności i smęcenia z poprzednich płyt lub samo monotonne smęcenie z "Damnation". A z drugiej strony, nie znajduję ani jednego powodu, by samemu słuchać lub polecać komukolwiek ten album. Bo przecież można sięgnąć po dokonania któregoś z autentycznych przedstawicieli rocka progresywnego, którzy nie tylko potrafili w jednym utworze zawrzeć więcej ciekawych pomysłów i szerszą paletę emocji niż Opeth przez cały longplay, a także doprawić to zapamiętywaną melodią (a często kilkoma), to jeszcze sprawić, że wszystkie te pomysły i emocje łączyły się w spójną, logiczną całość. Być może dzięki "Heritage" ktoś zainteresuje się twórczością wspomnianych wyżej wykonawców, a może też innych, bardzo różnorodnych grup, jak np. Yes, Gentle Giant, Van der Graaf Generator, Soft Machine, Gong, Hatfield and the North, Caravan, Comus, Magma, Henry Cow, Can, Amon Düül II czy Popol Vuh. To i tak dopiero początek długiej listy. Nie trzeba jednak słuchać z niej wiele, by zrozumieć, jak nudna, płytka i wtórna jest twórczość Opeth oraz praktycznie cały nowy "prog".

Ocena: 5/10



Opeth - "Heritage" (2011)

1. Heritage; 2. The Devil's Orchard; 3. I Feel the Dark; 4. Slither; 5. Nepenthe; 6. Häxprocess; 7. Famine; 8. The Lines in My Hand; 9. Folklore; 10. Marrow of the Earth

Skład: Mikael Åkerfeldt - wokal, gitara, instr. klawiszowe; Per Wiberg - instr. klawiszowe; Fredrik Åkesson - gitara; Martín Mendez - gitara basowa, kontrabas; Martin Axenrot  - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Joakim Svalberg - fortepian (1); Alex Acuña - instr. perkusyjne (7); Björn Lindh - flet (7)
Producent: Mikael Åkerfeldt


Brak komentarzy

Publikowanie komentarza

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem nie będą publikowane, ale jeśli uznam je za ciekawe, umieszczę odpowiedzi na nie na stronie "FAQ / Q&A".