27 września 2013

[Recenzja] Budgie - "Squawk" (1972)



Problemem Budgie na drugim studyjnym albumie, "Squawk", jest wciąż kompletny brak własnego charakteru i wyrazistości. Fani zaraz się oburzą, że jak to, przecież są tu inne riffy i solówki, niż u Black Sabbath czy Led Zeppelin, śpiew też inny. To jednak szczegóły. Taka argumentacja kojarzy mi się z łamigłówkami, w których trzeba znaleźć jak najwięcej różnić między dwoma obrazkami. Te różnice oczywiście tam są, ale nie zmieniają w żadnym stopniu charakteru obrazka. I tak samo jest z rockowymi epigonami w rodzaju Budgie. Różnice między nimi, a ich inspiracjami, są nieistotne dla całości. Wciąż jest to tylko pozbawiona własnego charakteru kopia.

Oczywiście, wtórna muzyka nie musi być gorsza od pierwowzoru. Nie musi, choć prawie zawsze jest. Wykonawcy, którzy nie potrafią wymyślić własnego stylu, zwykle mają też problem z tworzeniem wyrazistej muzyki. Tak jest też w przypadku drugiego longplaya Budgie. Nie ma tu wiekopomnych riffów, których chciałby się nauczyć każdy lub nawet co drugi czy trzeci początkujący gitarzysta. Nie ma porywających solówek, na które wyczekiwałoby się od pierwszych sekund danego utworu. Nie ma chwytliwych melodii, które słyszałoby się w myślach na długo po zakończeniu albumu. Dodając do tego braku wyrazistości słabsze brzmienie i mniej ciekawą współpracę muzyków, niż w przypadku debiutu, a także wciąż tak samo nijaki, nierzadko irytujący swoją barwą wokal, "Squawk" okazuje się nie tylko słabszą wersją innych grup hardrockowych, ale też słabszą wersją Budgie.

Oczywiście, jak ktoś bardzo lubi taką muzykę i nie przeszkadza mu jej małe zróżnicowanie, to i tutaj znajdzie coś dla siebie. Kawałki w rodzaju "Whiskey River", "Rocking Man", "Drugstore Woman" , "Stranded" czy (niestety nie tak zwariowanego, jak sugeruje tytuł) "Hot as a Docker's Armpit" to całkiem przyzwoite hardrockowe granie, pełne energii, gitarowego czadu i mocnej, dość urozmaiconej pracy sekcji rytmicznej. Nie ma w tym nic rewelacyjnego, u lepszych zespołów byłyby to raczej wypełniacze, ale też nie ma za bardzo do czego się przyczepić (poza już wymienionymi mankamentami). Słabiej wypadają próby urozmaicenia tego materiału. Znalazły się tu aż trzy miniaturki: "Rolling Home Again", "Make Me Happy" i "Bottled". Dwie pierwsze, choć krótkie, potrafią zirytować odpowiednio banałem i smętnym nastrojem. Trzecia utrzymana jest natomiast w fajnym, bluesowym klimacie, ale zespół zupełnie nie miał na ten kawałek pomysłu. "Young Is a World" to z kolei najdłuższe nagranie na płycie - stereotypowa ballada, rażąca kompletną nijakością i przesadnym rozwleczeniem

Ogólnie rzecz biorąc, "Squawk" cierpi na brak oryginalności i wyrazistości, a także na nietrafiony pomysły urozmaicenia go, ale w sumie jest to poprawny album hardrockowy, nie mający czym zachwycić, ale też raczej nie schodzący poniżej akceptowalnego poziomu. Osoby chcące od muzyki czegoś więcej, niż sporej dawki energii, riffów i solówek, tutaj tego z pewnością nie znajdą. Ale jeśli komuś te właśnie elementy wystarczą do zachwytu, to na pewno się nie zawiedzie.

Ocena: 6/10



Budgie - "Squawk" (1972)

1. Whiskey River; 2. Rocking Man; 3. Rolling Home Again; 4. Make Me Happy; 5. Hot as a Docker's Armpit; 6. Drugstore Woman; 7. Bottled; 8. Young Is a World; 9. Stranded

Skład: Burke Shelley - wokal, bass, instr. klawiszowe; Tony Bourge - gitara; Ray Phillips - perkusja
Producent: Rodger Bain


1 komentarz:

  1. O kurde, ja już teraz czuję jad jaki będzie się wylewał w stronę heavymetalowego albumu Budgie "Power Supply" - oczywiście jeśli dojdzie do poprawki ;)

    A "Young Is a World" to kiedyś bardzo lubiłem. Choć i teraz uważam go za jeden z tych lepszych fragmentów "Squawk". Zaś co do miniaturek, to te były sporo lepsze na debiucie.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.