4 lipca 2013

[Recenzja] Nirvana - "Nevermind" (1991)



Jeden z najbardziej przecenianych, przereklamowanych albumów w historii fonografii. Ogromny sukces "Nevermind" (i czterech promujących go singli) musi być wynikiem doskonałej roboty marketingowców i opłacenia lub ogłupienia przez nich dziennikarzy muzycznych, bo na pewno nie artystycznej wartości tego materiału. Dziś, po ponad dwudziestu latach od premiery, popularność drugiego longplaya Nirvany nie słabnie, co pewnie w znacznym stopniu wynika z sentymentu słuchaczy lub obawy przed krytyką powszechnie uwielbianego albumu. Do dziś jest jednym z pierwszych, po które sięgają młodzi słuchacze rocka. Sam jako nastolatek przeszedłem fascynację Nirvaną i szczególnie tym wydawnictwem. Ale szybko z niej wyrosłem. Bo to naprawdę nie jest muzyka, której można słuchać latami bez odczucia znudzenia i dojścia do wniosku, że to straszna amatorszczyzna.

O ile debiutancki "Bleach" posłużył muzykom do wyrzucenia z siebie ogromnych pokładów agresji - i w takiej konwencji wszelkie niedociągnięcia są do zaakceptowania - tak "Nevermind" jest próbą zaprezentowania przebojowych piosenek. Pójście w bardziej melodyjnym kierunku brutalnie obnażyło wszelkie braki w kompozytorskim i wykonawczym warsztacie muzyków. O ile ich umiejętności okazały się wystarczające do odniesienia komercyjnego sukcesu (bo tutaj większe znaczenie ma odpowiednia promocja, niż cokolwiek innego), tak pod względem artystycznym jest to dno. Poszczególne nagrania opierają się na powtarzaniu wciąż tych samych taktów i ograniczają do banalnej, zwrotkowo-refrenowej struktury. Takie kawałki, jak akustyczny "Polly" czy punkowy "Breed", mógłby skomponować ktoś, kto dopiero uczy się grać na gitarze i bynajmniej nie zapowiada na więcej niż poprawnego grajka. Melodie często wpadają w ucho, ale są bardzo podstawowe, wręcz naiwne, oparte na kilku akordach. Kurt Cobain czasem zagra jakiś niezły, charakterystyczny riff (często, niestety, zerżnięty z cudzej kompozycji - w "Smells Like Teen Spirit" z "More Than a Feeling" Boston. w "Come as You Are" z "Eighties" Killing Joke), ale jego próby grania czegoś na kształt solówek lepiej pominąć milczeniem. Wokalnych umiejętności też nie posiadał, ale jego wrzaskom przynajmniej nie można odmówić szczerości. O sekcji rytmicznej - basiście Kriscie Novoselicu i nowym perkusiście, Davie Grohlu - można powiedzieć tylko tyle, że są. Ich rola ogranicza się do prostego akompaniamentu, nigdy nie próbują jakoś urozmaicić swojej gry.

Mimo wszystko, kawałki w rodzaju singlowych "In Bloom", "Come as You Are" i "Lithium" (celowo pomijam niewyobrażalnie ograny "Smells Like Teen Spirit") bronią się w kategorii radiowego rocka. Nie jest to granie w jakikolwiek sposób wartościowe, ale już wolałbym słuchać tego, niż dokonań wszelkiej maści bezbarwnych naśladowców w rodzaju Nickelback, Bush czy Puddle of Mudd. Utwory Nirvany przynajmniej mają jakiś charakter, melodyczną wyrazistość i autentyczne emocje. Inna sprawa, że o ile poszczególne utwory z "Nevermind" się mniej lub bardziej bronią, tak słuchanie całego albumu jest czynnością niezwykle nużącą. Pomysły na kolejne nagrania są wręcz identyczne, a nieliczne próby urozmaicenia (jak wspomniane "Breed" i "Polly", oba wręcz wyprane z jakichkolwiek pomysłów) są wątpliwej jakości. Bardzo złym pomysłem było umieszczenie wszystkich hitów na początku, gdyż im dalej, tym bardziej wszystko się ze sobą zlewa. Nie przypadkiem nie wymieniłem dotąd żadnego tytułu z drugiej połowy albumu. Dopiero na zakończenie pojawia się uroczy "Something in the Way" ze śpiewającym wyjątkowo melodyjnie Cobainem i zaskakującym w kontekście całości aranżacyjnym smaczkiem w postaci partii wiolonczeli. To utwór równie prosty, co poprzednie, ale udało się w nim nawet stworzyć pewien klimat.

Nowa wytwórnia płytowa postanowiła zrobić z zespołu komercyjny produkt. Tu i ówdzie słychać jeszcze pewien autentyzm, ale wygładzenie brzmienia i konieczność pisania melodyjnych piosenek zanadto ujawniają braki techniczne muzyków. To oczywiście można by obejść, wystarczy nieco kreatywności. Jednak muzycy uparcie wałkują w każdym kawałku te same, proste patenty. Efekty są różne. Niektóre utwory bronią się w swojej piosenkowej kategorii, inne są zwyczajnie nijakie, a jeszcze inne są zwykłą chałturą. I to ma być wielki rockowy klasyk? Nie jest to bardzo zły album - raczej przeciętny, z kilkoma przebłyskami - ale zdecydowanie niezasługujący na swój status. O ile mogę zrozumieć zachwyty młodych słuchaczy, a nawet (choć z trudem) tych nieco starszych, przekładających sentymenty nad obiektywne wartości, tak bezkrytyczne podejście z pozycji kolan muzycznych krytyków świadczy albo o chęci przypodobania się swoim odbiorcom, albo o zatrzymaniu się w muzycznym rozwoju na etapie nastolatka, a zwykle pewnie jednym i drugim.

Ocena: 6/10



Nirvana - "Nevermind" (1991)

1. Smells Like Teen Spirit; 2. In Bloom; 3. Come as You Are; 4. Breed; 5. Lithium; 6. Polly; 7. Territorial Pissings; 8. Drain You; 9. Lounge Act; 10. Stay Away; 11. On a Plain; 12. Something in the Way

Skład: Kurt Cobain - wokal i gitara; Krist Novoselic - bass, dodatkowy wokal; Dave Grohl - perkusja, dodatkowy wokal
Gościnnie: Chad Channing - instr. perkusyjne (6); Kirk Canning - wiolonczela (12)
Producent: Butch Vig


20 komentarzy:

  1. Obiema rękami podpisuję się pod Twoimi wnioskami na temat tej płyty. "Nevermind" obrosła kultem tylko dlatego, że ma wpadające w ucho, proste pioseneczki. W każdym razie masz rację, to nie jest coś, co by zasługiwało na taką pozycję w rockowej hierarchii, jaką ma. Choć może to i dobrze, bo dla 90% dzisiejszych gimnazjalistów jest to start w rockowy świat. Lepiej, żeby zaczynali od Nirvany niż od Feela ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zahaczając trochę o wcześniejszy komentarz przyznam, że u mnie wyglądało to trochę inaczej. Mimo, że znałam wcześniej ich repertuar bardzo dobrze (siostra będąca nastolatką w latach 90), niespecjalnie za nimi przepadałam, sama zainteresowałam się nimi parę miesięcy temu. Z Neverminda najlepsze moim zdaniem są kawałki 'In Bloom' i 'Come As You Are', a 'Smells Like Teen Spirit' zazwyczaj po prostu omijałam, bo tak się już go osłuchałam, że słyszałam tylko muzyczną mielonkę. Ostatnio jednak odkryłam go na nowo, kiedy zaczęłam przyglądać się bardziej perkowaniu Grohla w różnych zespołach i właśnie dzięki perkusji, która jest dla mnie tam najbardziej wyrazista, znów się z nim zaprzyjaźniłam.

    Nie zmienia to jednak faktu, że nie uważam Nirvany za muzycznego giganta. Owszem - 'obyczajowo' zmieniła wiele, ale muzycznie o głowę przerasta ją nie szukając daleko - np. Pearl Jam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Odpowiedzi
    1. Nie widzę żadnego sensu w recenzjach typu: dziś już prawie zapomniany zespół, który miał swoje 5 minut, bo kopiował megapopularnego wykonawcę, sam nie dokonał niczego, po co warto sięgać.

      Usuń
  4. Warto po 16 stone, o ile masz właśnie te 16 lat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słuchanie epigonów w takim wieku jest niebezpieczne. Bo przyzwyczaja do konkretnego rodzaju muzyki i utwierdza w przekonaniu, że to dobra muzyka. Potem trudno przyzwyczaić się do innej.

      Usuń
  5. Zatem może ostrzeż przed tym na blogu w brutalnej recenzji ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie mam pomysł na blog, na którym recenzował bym rockowe płyty, których recenzji na Pawła blogu nie ma i "Sixteen Stone" od jakiegoś czasu planowałem jako pierwszą płytę, o której bym napisał xD Ale ja jestem nienormalny, bo "Nevermind" dalej bardzo lubię. A tutaj w recenzji jak zwykle marketingowcy stoją za złem wszelakim i pewnie jeszcze wczepiają ludziom czipy do mózgów.... ;)

      Usuń
    2. Skoro popularność jest zupełnie niezależna od wartości artystycznej (bo popularne są i dobre, i średnie, i słabe rzeczy), to musi wynikać z reklamy.

      Usuń
    3. Tylko, że słabe według Ciebie. A dla kogoś innego, zbiory dobrech, słabech i średniech będą miały trochę inny skład. Czy "Ascension" z równie dobrym marketingiem odniosłoby taki sam sukces? Większość populacji po prostu zmieniłaby stację. Po prostu nie podoba mi się implikowanie, że skoro lubię tę płytę, to znaczy, że dałem sobie wyprać mózg reklamie, to po prostu kłamstwo. Niezasłużenie przykładasz swoją post-terazrockową miarę do wszystkich innych.

      Swoją drogą - jakoś nie słyszę tej zżynki z "More than a Feeling"... podobne akordy i tyle. Nie słuchajmy Corgana, któremu już na stałe odbiło. ;) A "Come As You Are" robi z riffem z "Eighties" zupełnie co innego niż owa piosenka (co nawet odnotowałeś w poprzedniej wersji recenzji), równie dobrze można się czepiać zespołu na L i Z o niektóre rzeczy z pierwszych płyt.

      Usuń
    4. Tylko widzisz, ja tutaj nie poruszam kwestii indywidualnych przypadków, ich subiektywnego odbioru, itd. To przecież oczywiste, że album o którego istnieniu wie praktycznie każdy ma szansę zostać polubiony przez więcej osób niż taki, na którego temat media muzyczne milczą. Czy "Ascension" mając taką promocję jak "Nevermind", byłby tak samo popularny? Oczywiście, że nie, bo to dużo trudniejsza w odbiorze muzyka (btw ktoś jednak namówił Nirvanę na granie bardziej przystępnie, co też elementem promocji), choć na pewno byłby bardziej znany i miał nieco większe grono sympatyków. Ale w drugą stronę już mogłoby to zadziałać - gdyby "Nevermind" nie miał takiej promocji, to pewnie byś nawet nie wiedział o jego istnieniu, albo dowiedział się wiele lat później ;) A w tym podziale na dobrą, średnią i słabą muzykę miałem na myśli obiektywne kryteria. Popularność nie zależy od oryginalności, poziomu wykonania, itd.

      Zeppelinom też wypomniałem w recenzjach pewne podobieństwa, ale podobnie jak tutaj nie wpłynęło to na oceny.

      Usuń
    5. Nie chciałem znowu mielić tematu Nirvany gdyż podobnie jak Menellica to zespół dla gimnazjalistów, ale będę się zadręczał jak tego nie powiem - dawna recenzja tego albumu podobała mi się bardziej. Mam wrażenie, że tu jeszcze silniej identyfikujesz się z grupą hejterów tego albumu i bardziej jawnie nie zauważasz jego zalet. Jeżeli Nevermind byłby krążkiem wydanym przez Bitlesów na 25 lecie Revolver jestem przekonany że wtedy recenzja by wyglądała zupełnie inaczej.

      Nie jestem jednak za bezkrytycznym zachwycaniem się tym srążkiem, ale sam fakt, że Cobain ulepił z gówna choinkę i bazując na utworach które są śmieszne w swojej nieporadności stworzył coś co nie dość że porwało miliony to było czymś bardzo wpływowym (coś jak debiuty VU, MQM czy Stooges). I myślę, że obiektywnie byłoby tę wpływowość zauważyć.

      Usuń
    6. A czy choinka z gówna wciąż nie śmierdzi gównem?

      Pytanie, czy "Nevermind" faktycznie można uznać za wpływowy, skoro praktycznie nic nowego do muzyki nie wniósł. Jedynie wniósł do mainstreamu muzykę od kilku lat graną przez tzw. alternatywną scenę, która w znacznym stopniu była przetworzeniem tego, co grano w latach 60. W takim wypadku można mówić tylko o wpływie pośrednim. A kolejna sprawa - czy ci wykonawcy inspirujący się Nirvaną faktycznie wnoszą coś do muzyki?

      Usuń
  6. Zrób blog uzupełniający - Paweł poleca to co warto słuchać, Ty przestrzegasz przed tym, czego nie warto. W sumie ja o czymś takim myślałem, ale braki czasowe, wiedzowe i systematycznościowe mnie przed tym powstrzymują.

    Tak odnosząc się też do Pawła - nudno jest czytać w kółko: "to świetna płyta, która wymaga zrozumienia", "dla każdego kto chce się rozwinąć muzycznie". Brakuje czegoś gdzie leciałyby pomyje, na to, co niezasłużenie jest uwielbiane przez masy i nikt nie napisze o tym na zimno, wytykając wszystkie wady:

    Przykłady takich płyt: Debiut GNR, Black Album, Brothers in Arms, Ten, WTSMG, London Calling, Ok Computer (tak, tak), Mellon Collie an The Infinite Sadness, Doolittle, Daydream Nation, Within the Realm of a Dying Sun, Joshua Tree - i cała masa tego co uwielbiają trójkowcy, czego nie wymienię. Ja wiem że Paweł niektóre płyty stąd opisał, ale jak dla mnie - czasem próbuje On usłyszeć coś w czymś, gdzie absolutnie nic do usłyszenia nie ma, stąd recenzje są niejednokrotnie niewspółmiernie do rzeczywistej wartości płyty.

    To interesujące, gdyż sam kiedyś miałem blog gdzie opisywałem płyty - i też wziąłem 16 Stone na pierwszy ogień. Ciekawe...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie czytaj, tylko słuchaj tych albumów (byle bez żadnych oczekiwań lub uprzedzeń), a wtedy na pewno nie będziesz się nudził ;) Z drugiej strony - pomyje masz w recenzjach poprawkowych, więc w czym problem?

      Nie próbuje usłyszeć niczego, czego nie ma. Po prostu słyszę i dobre, i złe strony albumów. W zależności od proporcji, dopasowuje je do 10-stopniowej skali. Dla Ciebie pewnie lepszy byłby system łapka w górę / łapka w dół, czyli coś jest albo zajebiste, albo gówno warte.

      Usuń
    2. Nie, po prostu system najpierw coraz mniejszych ikonek z czymś pozytywnym (góra trzech ikonek)a następnie coraz większych ikonek z gówienkiem (jakieś 7 ikonek)

      Zwrócę Twoją uwagę na coś innego - niedawno rozmawialiśmy że 7 dla albumu jazzowego znaczy to samo co 8 dla albumu rockowego. A szukając potwierdzenia, że jednak tak nie jest, dotarłem do recenzji tej najlepszej płyty ACDC z 1977, nie pamiętam tytułu, gdzie jedyną - zawoalowaną wadą było wspomnienie o monotonności, ocena 7. Za to w Stigar wspominasz, że przydałaby się większa różnorodność i dajesz 9. W Trout Mask Replica, sam powiedziałeś że przez godzinę grają tam to samo, (tyle że kiedyś Tobie się to nie podobało, a potem zmieniłes front) i dałes mu 10.

      Widze to tak - album z mało ambitnym rockiem może dostać - sądzę, góra 8.

      Usuń
    3. Tylko co Ty tutaj porównujesz? W jednym dowolnym utworze Kultivator lub Captaina Beehearta jest więcej pomysłów, niż w całej dyskografii AC/DC. Na "Barndomens stigar" w każdym utworze są wymieszane różnorodne wpływy (zeuhl, Canterbury, zwykły prog, jazz rock, folk), co czyni ten album nieporównywalnie bardziej różnorodnym od AC/DC, który gra w kółko taki sam, zaostrzony rock and roll, na kilku pierwszych albumach dodając trochę bluesa. W dodatku utwory Kultivator mają zupełnie nieprzewidywalną strukturę, a AC/DC cały czas jadą na jednym schemacie. Z tą monotonią na "Barndomens stigar" chodziło mi raczej o to, że mogli trochę przyhamować z tymi szerokimi wpływami i dodać np. jeden kawałek z wpływami tylko folku i Canterbury. Zresztą wśród bonusów z reedycji są utwory o nieco odmiennym charakterze. Natomiast Beefheart bywał bardziej powtarzalny w obrębie jednego albumu, ale miał jednak dużo ciekawszy pomysł na siebie, bo połączenie tak odległych rzeczy, jak korzenny blues, free jazzu i awangarda to coś znacznie ciekawszego niż granie rock and rolla z hardrockowym brzmieniem.

      Usuń
  7. No ale przecież to są zupełnie różne gatunki - i w obrębie właśnie tego gatunku (hard/roll/blues) to się sprawdza i jest dobre.

    Stąd moje porównanie - LTR na tle swojego gatunku wypada nie gorzej (sądzę z treści recenzji) niż Kultivator na tle swojego.

    ACDC jedzie na jednym schemacie, ale tutaj robi to DOBRZE.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kultivator w swoim rodzaju muzyki będzie porównywany np. z Magmą czy Dun, a prezentuje zbliżony poziom.

      AC/DC w swoim rodzaju muzyki musi być porównany do Black Sabbath, Led Zeppelin i Deep Purple, którzy jednak pokazali, że taką muzykę można grać w znacznie kreatywniejszy sposób. Chyba w którejś recenzji Australijczyków wspominam, że dzieli ich przepaść od tamtej trójki. "Let There Be Rock" wyróżnia się jedynie na tle dyskografii zespołu, nie stylu.

      A jeśli już koniecznie chcesz wyodrębniać styl AC/DC z hard rocka, to jedyną konkurencją będą ich epigoni. Tylko czy to jest wystarczający powód do wyższej oceny, jeśli ten styl sam w sobie nie jest szczególnie ciekawy i nie ma nic do zaoferowania pod względem artystycznym?

      Usuń
  8. Posłuchaj se "Live Through This" Hole, właśnie siedzę w bliżej nie określonych okolicznościach i stanie z akustykiem i powywam "They Really Want You" czy "Softer, softest", jako że "melodie" to coś oc lubisz, to myślę, że powinno Cię to zainteresować

    A piszę o tym pod Nevermind bo debiut Hole to coś co można porównać do Bleach, a płyta o której w-wspominam ma paralelę z Nevermind, tj ma się do Nevermind tak samo jak Prety on the in side do bleach

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.