7 lipca 2013

[Recenzja] Nirvana - "In Utero" (1993)



"In Utero" brzmi jak efekt kompromisu. Z jednej strony słychać, że zespół dostał więcej swobody, dzięki czemu więcej tu agresji, brudu i ciężaru, niż na wygładzonym produkcyjnie "Nevermind". A z drugiej - czuć presję wytwórni, która domagała się przynajmniej kilku bardziej przebojowych kawałków na promocyjne single. W efekcie powstał album, który nie zadowolił w pełni ani tych fanów, którzy oczekiwali powrotu do grania w stylu "Bleach", ani tym bardziej tych zdobytych dzięki przystępności "Nevermind". To jednak nie miało większego znaczenia - przynajmniej z punktu widzenia wydawcy - gdyż zespół był wówczas tak popularny, że czegokolwiek by nie nagrał, rozeszłoby się w milionowym nakładzie.

Album promowały dwa single: "Heart-Shaped Box" i podwójny "All Apologies" / "Rape Me". Wydanie trzeciego, z nagraniem "Pennyroyal Tea", wstrzymano po samobójczej śmierci Kurta Cobaina (prawdopodobnie ze względu na tytuł niealbumowego kawałka ze strony B, "I Hate Myself and Want to Die" - co ciekawe, taki był również pierwotny tytuł longplaya). Wszystkie te utwory oparto na kontraście łagodniejszych momentów z zaostrzeniami. Melodie nie są jednak tak wyraziste, jak na poprzednim albumie, więcej tu agresji, a i przybrudzone brzmienie dalekie jest od klarowności "Nevermind". Najbliższy wcześniejszego wydawnictwa jest "Rape Me", zbudowany praktycznie na tych samych patentach, co "Smells Like Teen Spirit", ale znacznie surowszy, nie tak atrakcyjny pod względem komercyjnym. Nawet największy przebój z tego albumu, "Heart-Shaped Box", swój sukces zawdzięcza raczej nazwie zespołu, niż czemukolwiek innemu. Mnie z tych utworów zawsze najbardziej podobał się "Pennyroyal Tea", zaś nigdy nie przepadałem za mdłym "All Apologies". Do dziś nic się w tej kwestii nie zmieniło.

Z niesinglowych utworów na wyróżnienie zasługują przede wszystkim "Serve the Servants" i "Frances Farmer Will Have Her Revenge on Seattle". Oba łączą charakterystyczne cechy tego albumu - brzmieniowy brud i niechlujne wykonanie - z całkiem chwytliwymi melodiami, bijącymi na głowę te z kawałków singlowych. Reszta albumu wywołuje jednak mniej pozytywne odczucia. Kawałki w rodzaju "Scentless Apprentice", "Milk It", "Radio Friendly Unit Shifter", a zwłaszcza "tourette's" pełne są dzikich wrzasków i jęków, gitarowych pisków i w sumie bezsensownego napieprzania na wszystkich instrumentach. Chyba nawet na "Bleach" nie było tyle agresji. Dla miłośników "Nevermind" przesłuchanie tych fragmentów jest z pewnością niemałym wyzwaniem. Z drugiej strony, najłagodniejszy "Dumb" również nie przekonuje, za bardzo zbliża się do piosenkowego banału. Wykorzystanie wiolonczeli nie dało tu tak dobrego efektu, jak w "Something in the Way" z poprzednika - zamiast budować klimat, jeszcze bardziej go rozmywa.

"In Utero" to album nierówny, będący prawdopodobnie kompromisem między zespołem, a mającym zupełnie inną wizję wydawcą. Jednak broni się tym samym, co "Bleach" i "Nevermind" - sporym autentyzmem, który sprawia, że wszystkie niedoskonałości kompozycyjne czy wykonawcze tracą na znaczeniu, a wręcz nabierają sensu. Gdyby tylko zespół tak bardzo się nie upierał, by część kawałków uczynić jak najmniej słuchalnymi, a wytwórnia nie naciskała na przystępniejsze kawałki w stylu "Dumb" i "All Apologies", efekt byłby na pewno bardziej udany. Bo najlepiej wypadają tu te nagrania, w których proporcje między brudem i niechlujnością, a melodyjnością są najbardziej wyrównane.

Ocena: 6/10



Nirvana - "In Utero" (1993)

1. Serve the Servants; 2. Scentless Apprentice; 3. Heart-Shaped Box; 4. Rape Me; 5. Frances Farmer Will Have Her Revenge on Seattle; 6. Dumb; 7. Very Ape; 8. Milk It; 9. Pennyroyal Tea; 10. Radio Friendly Unit Shifter; 11. tourette's; 12. All Apologies

Skład: Kurt Cobain - wokal i gitara; Krist Novoselic - bass; Dave Grohl - perkusja, dodatkowy wokal
Gościnnie: Kera Schaley - wiolonczela (6,12)
Producent: Steve Albini


3 komentarze:

  1. Ja ostatnio stwierdziłem, że to genialna płyta :) dużo lepsza niż "Nevermind".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świetnie siebie podsumowałeś po 5 latach, hahahha... Co do albumu zawsze odbierałem go jako dziecko poprzednich "Bleach" + "Nevermind" = "In Utero" Kompromis oczywisty, dla mnie jako fana najbrudniejszych kompozycji te ciężkie niestrawne piosenki były atutem co nie zmienia faktu że album jest przeciętny ale ma moc.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.