18 lipca 2013

[Recenzja] Motörhead - "Orgasmatron" (1986)



Po zakończeniu trasy promującej album "Another Perfect Day", ze składu wyleciał Brian Robertson. Koncerty wyraźnie pokazały, że nie pasował on do tego zespołu, a w dodatku odmawiał grania starszych kawałków.  Jego miejsce zajęli aż dwaj gitarzyści: Phil Campbell, który do dziś występuje z grupą, oraz Michael "Würzel" Burston, który odszedł w połowie lat 90. Niedługo później, ze składu odszedł także perkusista Phil Taylor. Jego tymczasowym, jak się wkrótce okazało, zastępcą został Pete Gill (wcześniej członek Saxon). Nowy skład, w którym jedynym oryginalnym członkiem był Lemmy, po raz pierwszy wszedł do studia w 1984 roku, by zarejestrować cztery nowe utwory na kompilację "No Remorse" (wśród których znalazł się spory przebój "Killed by Death"). Głównym celem tego wydawnictwa było wypełnienie kontraktu z dotychczasowym wydawcą. Następnie zespół stworzył własną wytwórnię i bez pośpiechu zabrał się za nowy materiał, który ukazał się dopiero w sierpniu 1986 roku - ponad trzy lata po premierze "Another Perfect Day".

Ciekawy, ale też trochę niefortunny, okazał się wybór producenta. Został nim Bill Laswell, basista eksperymentalnych zespołów Material i Massacre oraz freejazzowego Last Exit, znany też jako producent tak różnych wykonawców, jak Herbie Hancock, Mick Jagger czy Public Image Ltd. Niestety, jego próby unowocześnienia brzmienia Motörhead dały wyjątkowo kiepski efekt. Produkcja, która sprawdziłaby się na albumie post-punkowym czy hiphopowym, nie przysłużyła się głośnemu rock'n'rollowi zespołu, który często brzmi tutaj wyjątkowo płasko i sterylnie (np. "Deaf Forever", "Mean Machine"). Lepiej wypadają utwory z bardziej klasycznym brzmieniem, jak "Built for Speed" i "Doctor Rock" - jedyne prawdziwie czadowe kawałki na tym longplayu (dziwić może, że tylko drugi z nich stał się koncertowym klasykiem). No, ewentualnie jeszcze "Ridin' with the Driver" - z dość słabym brzmieniem gitar, za to z porządnym basem. Skoro mowa o gitarach, to praktycznie nie wykorzystano tu możliwości, jaką dawało rozszerzenie składu. Równie dobrze w sesji mógł brać udział tylko jeden gitarzysta. Sam materiał nie przynosi natomiast wielu niespodzianek. Zespół wrócił do stylu sprzed "Another Perfect Day", czasem aż zbyt dosłownie (np. "Nothing Up My Sleeve" to kolejna wariacja na temat "Ace of Spades"). Jedynie tytułowy "Orgasmatron" wypada nietypowo - zdecydowanie wolniejsze tempo, wyjątkowo posępny nastrój. To też jedyny fragment, w którym produkcja Laswella faktycznie wniosła nową jakość, podkreślając nieco eksperymentalny charakter utworu.

Ogólnie "Orgasmatron" nie wnosi wiele do dyskografii Motörhead. Zatrudnienie Billa Laswella nie było dobrym pomysłem. Choć wina leży po obu stronach, bo gdyby zespół dał producentowi większe pole do popisu - jak w utworze tytułowym - efekt mógłby być dużo ciekawszy. A tak, utknięto w połowie drogi. Album nie jest ani udanym eksperymentem, ani porządnym wydawnictwem w starym stylu. Ale za sprawą utworu tytułowego i paru niezłych czadów, z "Build for Speed" na czele, do pierwszej dziesiątki najlepszych albumów Motörhead spokojnie by się załapał.

Ocena: 6/10



Motörhead - "Orgasmatron" (1986)

1. Deaf Forever; 2. Nothing Up My Sleeve; 3. Ain't My Crime; 4. Claw; 5. Mean Machine; 6. Built for Speed; 7. Ridin' with the Driver; 8. Doctor Rock; 9. Orgasmatron

Skład: Ian "Lemmy" Kilmister - wokal i bass; Phil Campbell - gitara; Michael "Würzel" Burston - gitara; Pete Gill - perkusja
Producent: Bill Laswell i Jason Corsaro


1 komentarz:

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.