4 czerwca 2013

[Recenzja] Judas Priest - "Stained Class" (1978)



Można się spierać, kto odegrał największą rolę w powstaniu heavy metalu (w znaczeniu konkretnego stylu, a nie zbioru różnych odmian metalu). Była to zasługa - lub wina - wielu wykonawców. Pojedyncze utwory, dające się zakwalifikować do tego stylu, powstawały właściwie od końca lat 60. To jednak czwarty album Judas Priest, "Stained Class", jest prawdopodobnie pierwszym, który praktycznie w całości daje się zakwalifikować do heavy metalu. Począwszy od charakterystycznego brzmienia - niby ostrego i ciężkiego, ale dość sterylnego - przez same kompozycje i wykonanie, na sporej dawce kiczu kończąc.

Dominują kawałki w szybkim tempie, pełne typowo metalowych zagrywek, riffów i efekciarskich solówek (często opartych na naiwnych melodyjkach - to z "Exciter" jest naprawdę żenujące), piskliwych partii wokalnych, banalne melodycznie, nie zaskakujące niczym w kwestii aranżacyjnej czy strukturalnej. Prawdę mówiąc, mam spory problem z odróżnieniem ich od siebie. Nie żeby mi na tym szczególnie zależało, gdyż nie jest to muzyka mająca cokolwiek do zaoferowania dojrzałemu słuchaczowi. Pozostałym niestety też nie da nic ponad zaspokojenie najprostszych muzycznych potrzeb (metalowy czad, proste melodie). Przynajmniej znalazło się tutaj kilka mniej sztampowych nagrań. Pierwsze z nich znajduje się pod numerem trzecim - "Better By You, Better Than Me" to przeróbka utworu bluesrockowej grupy Spooky Tooth. Tutejsza wersja jest oczywiście mocniejsza, ale raczej hardrockowa, niż metalowa. Przyznaję, że podoba mi się bardziej od oryginału, jest bardziej konkretna i energetyczna. Za to melodycznie nie jest tak banalna, jak większość autorskich kawałki Judas Priest z tego albumu. Najlepsze własne kompozycje zespół zostawił na koniec. "Beyond the Realms of Death" (skomponowany przez nowego perkusistę, Lesa Binksa) to ładna ballada z obowiązkowymi zaostrzeniami (nieco sztampowymi) i dobrymi gitarowymi solówkami (zwłaszcza tą wolniejszą). Natomiast finałowy "Heroes End" zawiera niezły, sabbathowy riff w części środkowej, ale wokalne pianie Roba Halforda jest ciężkie do zniesienia.

Ocena końcowa taka sama, jak w przypadku debiutanckiego "Rocka Rolla". Dla fanów zespołu jest to z pewnością herezja, ale z mojej perspektywy jest to w pełni uzasadnione. O ile na debiucie mamy do czynienia z zespołem, który zdradza pewien potencjał, ale nie potrafi go wykorzystać, tak tutaj - z zespołem, który zdążył już pokazać, że stać go na więcej (albumy "Sad Wings of Destiny" i "Sin After Sin"), ale zwrócił się w stronę bardziej kiczowatej i prostackiej stylistyki. Na "Stained Class" jest wiele irytujących momentów, ale też kilka całkiem znośnych, co odróżnia go od późniejszych wydawnictw grupy, na których zespół całkowicie zrezygnował z jakichkolwiek urozmaiceń. Na koniec warto dodać, że okładkę albumu wykonał polski grafik, Rosław Szaybo. Mający zresztą na koncie bardziej udane prace, zdobiące płyty z bardziej wartościową zawartością muzyczną, żeby wspomnieć tylko o "Astigmatic" Krzysztofa Komedy - jednego z najwybitniejszych polskich albumów, który polecam każdemu, kto chciałby dorosnąć muzycznie.

Ocena: 5/10



Judas Priest - "Stained Class" (1978)

1. Exciter; 2. White Heat, Red Hot; 3. Better By You, Better Than Me; 4. Stained Class; 5. Invader; 6. Saints in Hell; 7. Savage; 8. Beyond the Realms of Death; 9. Heroes End

Skład: Rob Halford - wokal; K.K. Downing - gitara; Glenn Tipton - gitara; Ian Hill - bass; Les Binks - perkusja
Producent: Dennis Mackay i Judas Priest; James Guthrie (3)


28 komentarzy:

  1. Tak naprawdę to ta płyta rozczarowuje. Po poprzednich wspaniałych dwóch krążkach można było oczekiwać prawdziwego arcydzieła. No i jest arcydzieło, ale w postaci jednego utworu, genialnego Beyond the Realms of Death. Zresztą numer ten grany na żywo znacznie przewyższa wersję studyjną. Poza tym jedynie Better By You, Better Than Me, no i może Exciter to godne uwagi kawałki. w mojej ocenie pozostała część płyty wydaje się być nijaka i pozbawiona wyrazu wcześniejszych krążków.

    OdpowiedzUsuń
  2. Uwielbiam ten album. Ostatni tak surowy i niebanalny w dyskografii Priest. Partie gitarowe i solówki wrzynają się w mózg i hipnotyzują. Całość porywa. Album bardzo zyskuje gdy słucha się go jednym tchem. Pozwolę się nie zgodzić z przedmówcą co do utworów godnych uwagi. Jasne, "Beyond.." najwpanialsze, zresztą chyba jeden z najlepszych kawałków Judas Priest w historii. Ale czy reszta tak odstaje ? Niegodna uwagi ? A mroczne, epickie, trochę sabbathowe "Saints in Hell" z niesamowitym zwolnieniem w środku i "piekielnymi" wokalami Halforda, a porywające w warstwie instrumentalnej tytułowe "Stained Class"? No jak to nie są utwory godne uwagi, to ja już nie wiem co jest.. A nie napisałem jeszcze nic przecież o bujającym, nieco podszytym bluesem "White Heat, Red Hot" czy chwytliwym "Savage". Razem z "Exciter" i coverem Spooky Tooth mamy już prawie cały album. Zawsze jednak uważałem, że to brzmienie całości, a nie pojedyncze utwory, świadczą o jego sile.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zignorowałem wcześniej ten komentarz, ale fragment jak to nie są utwory godne uwagi, to ja już nie wiem co jest zasługuje na odpowiedź.

      Z ciężkiego rocka godna uwagi jest tylko twórczość prekursorów: Cream, Hendrixa, Led Zeppelin, Black Sabbath i Deep Purple (ale tylko nagrań z lat 60. i 70.). Wszystko co było później, to tylko powielanie pomysłów tych wykonawców w różnych proporcjach (i na coraz niższym poziomie). Ale spokojnie, nie znaczy to, że warto słuchać tylko pięciu wykonawców. To czego jeszcze? Twórczość tych artystów (oprócz Deep Purple) wywodzi się bezpośrednio z blues rocka. A tutaj wybór ciekawych wykonawców jest już całkiem spory - zachęcam do zajrzenia tutaj (link). Wykonawcy z tego nurtu często rozszerzali swoją twórczość o elementy innych rodzajów muzyki. A czemu by zatem nie sięgnąć po te odmiany rocka, w których takie rozległe inspiracje są wykorzystywane na szerszą skalę? Jak rock progresywny (link) i rock psychodeliczny (link). Z tego miejsca jest już mnóstwo dróg dalszego muzycznego rozwoju ;)

      Usuń
    2. "Dlaczego Słowacki wzbudza w nas zachwyt i miłość? Dlatego panowie, że Słowacki wielkim poetą był". A "z ciężkiego rocka godna uwagi jest tylko twórczość prekursorów". I już!!!!

      Usuń
    3. Co twórczość epigonów wnosi nawet nie do ogółu muzyki, ale do swojego stylu?
      W jaki sposób twórczość epigonów rozwija słuchacza?

      To oczywiście retoryczne pytania.

      Usuń
    4. Jedna rzecz mnie zaciekawiła - wszyscy wykonawcy których wymieniłeś, przynajmniej raz dostali 10, poza Deep Purple. Jesteś pewny, że oni też powinni się tu pojawić?

      Usuń
    5. Oczywiście, to bardzo ważny zespół, który miał ogromny wpływ na późniejszych wykonawców (np. u Iron Maiden czy Judas Priest od "Stained Class" słychać zdecydowanie więcej z DP, niż BS i LZ). A przynajmniej "In Rock", oba "Made in..." i "Come Taste the Band" to jedne z nielicznych hardrockowych albumów, które akurat warto znać. "In Rock" dlatego, że to jeden z pierwszych tak archetypowych albumów w tym stylu, a pozostałe - bo to naprawdę dobre granie i wykraczające poza typowo hardrockowe schematy.

      Usuń
    6. Panie Pawle!!!! Bardzo lubię Pański blog, czego najlepszy dowód, że bywam tu nawet kilka razy dziennie. Dzięki Panu poznałem też kilku wykonawców, na których zapewne nie natknąłbym się zbyt szybko, jeśli w ogóle (np. T. van Zandt), a którzy zrobili na mnie spore wrażenie (swoją drogą jest on prekursorem czy epigonem?). Czasem jednak nie mogę powstrzymać uśmiechu, widząc, jak sztywne kryteria Pan stosuje (utwór rockowy z solo na perkusji jest be, wysoki głos wokalisty jest be, kilka utworów, udających jeden - to tragedia itp. itd.). Stąd moja drobna uszczypliwość, choć to oczywiście Pańskie święte prawo jako recenzenta.
      Czy epigoni coś wnoszą do stylu? Oczywiście, że nie! Czy rozwijają słuchacza? Zapewne tak, wyrabiając w nim chociażby krytycyzm. Poza tym, co by było, gdybyśmy zostawili tylko rzeczy prekursorskie? Słuchanie na okrągło po pięć płyt z każdego gatunku?

      Usuń
    7. A to nie jest coś pośredniego między LZ a BS? Zobacz, że BS zadebiutował jakieś 4 miesiące przed "In Rock", przez co ten drugi może być zgapiony od nich.

      Już bardziej Deep Purple zasługują na wymienienie ich w tej piątce dzięki niesamowitym umiejętnościom improwizowania i jamowania na koncertach (z tego co pamiętam to Made in Japan nie dostał 10 za brak jakichś utworów)

      Usuń
    8. @Tom - Miło mi to słyszeć. Staram się nie uogólniać i jeśli krytykuje jakiś element, to raczej mam na myśli konkretny przypadek, a nie każdy utwór, zawierający taki element. Widocznie muszę być bardziej precyzyjny.

      Takich prekursorskich lub wartościowych z innych względów albumów w innych rodzajach muzyki jest znacznie więcej, dlatego przy otwartości na różne rzeczy nuda nie grozi. Oczywiście nikomu nie bronię pogłębienia wiedzy o danym stylu, tylko akurat w przypadku heavy metalu (ale też wielu innych stylów) przesłuchanie tysiąca płyt nie wzbogaci wiedzy bardziej, niż przesłuchanie, powiedzmy dwudziestu. I nie będzie się różniło od słuchania w kółko tych samych kilku albumów.

      Godna uwagi jest według mnie przede wszystkim muzyka coś wnosząca, ale niekoniecznie naprawdę prekursorska, a po prostu mająca swój indywidualny charakter. Van Zandt na pewno nie jest prekursorem czegokolwiek, ale jednak jego twórczość jest od razu rozpoznawalna na tle innych folkowych/country'owych śpiewaków Judas Priest. O Judas Priest bym tego nie powiedział, bo tutaj jeden fragment utworu mógłby równie dobrze pochodzić z płyty Black Sabbath, inny brzmi jak Wishbone Ash, a kolejny jak jeszcze coś innego, a zarazem jakiś element unikalny tylko dla nich.

      @Filip - Deep Purple na "In Rock" czerpał z Led Zeppelin, sami muzycy tak mówili. Black Sabbath zadebiutował w trakcie nagrywania "In Rock", zresztą nie słyszę zbytniego podobieństwa między tymi albumami.

      No właśnie, pisząc, że to naprawdę dobre granie miałem też na myśli to, że muzycy prezentowali wysoki poziom wykonawczy, co odróżnia ich od większości epigonów, którzy nawet nie wiedzieliby, jak się zabrać za improwizowanie.

      Wspominam o tym, że brakuje utworów granych na bis, ale nie obniżyłbym oceny za coś, czego nie ma. Nie dostał 10 za solówkę perkusyjną, bo jednak Ian Paice to nie Ginger Baker czy Tony Williams.

      Usuń
    9. Oczywiście Judas Priest był tylko pretekstem do mego ogólnego komentarza. Boże broń nie doszukiwałbym się w tej kapeli niczego nowatorskiego, aczkolwiek lubię ich od czasu do czasu posłuchać z powodu tej ich swoistej dzikości i wydzierania się Halforda (w górnych rejestrach też).
      Bardzo trafnie to Pan ujął, że godna uwagi jest muzyka mająca swój indywidualny charakter i takie kryterium już bardzo zdecydowanie poszerza krąg wykonawców, którym warto poświęcić czas.
      W związku z powyższym, zastanawiam się, czy zdarzyło się Panu kiedyś wysłuchać z uwagą jakichś płyt z kręgu włoskiego prog rocka? Nowatorstwa tam raczej nie uraczy, za to indywidualnego charakteru i inwencji aż nadto.
      Pozdrawiam, czekając na następne recenzje.

      Usuń
    10. "Z ciężkiego rocka godna uwagi jest tylko twórczość prekursorów: Cream, Hendrixa, Led Zeppelin, Black Sabbath i Deep Purple (ale tylko nagrań z lat 60. i 70.)." - bez ukrytych złośliwości napiszę, że brzmi to tak, jakby reszta była niegodna uwagi. A przecież wiele hardrockowych płyt innych kapel masz ocenionych całkiem wysoko, oczywiście najczęściej z okresu lat 70. - np. Lucifer's Friend, Budgie czy solowe płyty Gary'ego Moore'a (nawet te bardziej heavymetalowe, co nadal budzi moje zdumienie). Chyba że i te albumy okażą się po latach niegodne polecenia ;) No i czemu przy okazji tej piątki zespołów nie wspominasz o Grand Funk Railroad?

      Nie zgadzam się też z konkluzją, że z obszaru ciężkiego rocka warto zapoznać się tylko z tymi 5 zespołami (tak to odbieram). Mimo częściowego opierania się na patentach wypracowanych przez BS czy LZ, później powstało przecież wiele grup hardrockowych, które mimo to brzmiały świeżo i charakterystycznie. Najlepsze przykłady - Queen (mimo oczywistych zapożyczeń na debiucie, chodzi mi bardziej o kolejne 4 albumy) czy Motörhead.

      Odnośnie "Stained Class":
      Opinia - Solówki z "Beyond the Realms of Death" są więcej niż dobre.

      Fakt - "Beyond the Realms of Death" został napisany przez Binksa i Halforda.

      Ciekawostka - Riff z "Saints in Hell" jest bardzo podobny do tego z "Cheater" z debiutu.

      Usuń
    11. @Tom - Z włoskim rockiem symfonicznym jest tak, że o ile faktycznie nie sposób pomylić go z wykonawcami którymi się silnie inspirował (Yes, ELP, Genesis), tak jego poszczególni przedstawiciele są dla mnie nierozróżnialni. Więc trudno mówić tu o indywidualności.

      @Fan Filmów - Oczywiście w swoim komentarzu uprościłem wszystko. Gdybym miał zrobić listę najlepszych albumów z ciężkim rockiem, to byłyby tam zawarte też jakieś pojedyncze albumy innych wykonawców - no niestety, ale większość wykonawców nie wydała więcej niż jeden dobry album. Motorhead nagrał więcej, ale wszystkie podobne, wiec wystarczy znać jeden, np. koncertówkę z Hammersmith. W przypadku Queen hard rock jest tylko dodatkiem do innych rzeczy (nawet "Live at the Rainbow '74" nie jest stricte hardrockowy). Ciekawym przypadkiem jest Lucifer's Friend, bo zadebiutował jeszcze w tym samym roku, co Black Sabbath i Deep Purple, więc takie granie było jeszcze całkiem świeże. Ale tak naprawdę ten album nic nowego nie wnosi, stanowi połączenie stylów LZ, DP i BS. Jeden z najlepszych albumów hardrockowych, ale godny uwagi właściwie jedynie z perspektywy tej stylistyki, a nie ogółu muzyki. Potem zespół już nic ciekawego nie nagrał. Grand Funk? Też nic nowego nie wnieśli, a poza tym traktuję go raczej jako zespół bluesrockowy. Największym pokrzywdzonym jest, jak zwykle, nie wymieniony tu przez nikogo The Jeff Beck Group ze swoim proto-zeppelinowym "Truth". To akurat album naprawdę godzien uwagi (choć też raczej blues- niż hardrockowy). Ale znów - zespół nie nagrał już niczego równie dobrego. Zaś ta wymieniona przeze mnie piątka ma znacznie więcej interesujących wydawnictw na koncie.

      Odnośnie faktu - Halford napisał słowa, Binks skomponował muzykę. O muzyce można powiedzieć, że została napisana, ale teksty nie mogą być skomponowane, więc zdanie skomponowany przez Binksa jest merytorycznie poprawne.

      Usuń
    12. Co do takiego Motörhead - wiadomo, że to kwestia indywidualnych upodobań. To że grali cały czas bardzo podobnie, nie wyklucza tego, że wystarczy znać tylko jeden. Załóżmy, że są 4 płyty, które bardzo cenię, ale jedną z nich nieco bardziej niż pozostałe trzy. W tym wypadku nie chcę się ograniczać tylko do tej jednej, gdy na pozostałych trzech również są naprawdę godne uwagi utwory, do których bardzo lubię powracać (i oczywiście pojedyncze kawałki z innych wydawnictw). Oczywiście najlepszym rozwiązaniem byłoby zrobienie kompilacji tych najlepszych. Na "No Sleep 'til Hammersmith" jest wiele klasycznych kawałków, ale za to nie ma wielu z tych z późniejszej twórczości, które lubię (przede wszystkim z "1991"). Naturalnie, zaraz pojawi się argument, że istnieje wiele innej, różnorodnej muzyki, więc po co zawracać sobie w ogóle głowę Motörhead, AC/DC i innymi epigonami...

      Wrócę jeszcze do debiutu Gunsów. Dla niektórych "epigoństwo" najwyższej próby (wcześniej podobnie grało już np. Aerosmith, tylko z bluesowymi naleciałościami). A mimo to album w swoim czasie był ważny, bo w czasach glamu przywrócił modę na bardziej surowe granie. Samo to nie dodaje mu wartości materiału, ale ten sam w sobie jak dla mnie po latach broni się kapitalnie. Zważywszy na taką opinię - czemu nie powracać do tak dobrego (oczywiście moim zdaniem) dzieła? Odpowiedź jest prosta - ważne ile taka muzyka daje radości dla słuchacza i jak bardzo trafia w jego upodobania (choć kwestia upodobań zmienia się z latami). Może dla wielu to herezja, ale stawiam ten album w rzędzie z najlepszymi dokonaniami Zeppelinów czy Sabbathów, bo jego twórcy pokazali, że w swojej prostszej (ale bez przesady) można zrobić świetny i przy tym szalenie chwytliwy album.

      A z tym Grand Funk to bodajże kiedyś pisałeś (ale tu już nie mam pewności), że był to jeden z tych zespołów, który w pewnym stopniu przyczynił się do powstania hard rocka. Ale, jak mówię, może tu coś źle zapamiętałem.

      Odnośnie faktu - no, chodziło mi oczywiście, że "Beyond the Realms of Death" jest dziełem tej dwójki, a nie samego Binksa.

      Usuń
    13. Trudno dyskutować z tak subiektywnym podejściem. Sprowadza się to do tego, że Tobie się podoba, wielu innym osobom też, ale innym, np. mnie, już nie. I dlatego taka argumentacja nie może być podstawą do uznania czegoś za godne uwagi. Na tym polega przewaga obiektywnych argumentów, że odnoszą się do rzeczywistej wartości wartości dzieła, a nie czyiś opinii na jego temat.

      W recenzji celowo wspominam tylko Binka (i użyłem zwrotu "skomponowany", nie "napisany"), bo tylko on odpowiada za warstwę instrumentalną. Tekst mógłby być tam jakikolwiek i nie wpłynąłby na ocenę tego kawałka.

      Usuń
  3. Ahh, nie mogłeś sobie darować pokłucia słuchaczy takiej muzyki i jeszcze przemycenie w recenzji odwołania do płyty z zupełnie innej półki i w ogóle nie mającej nic wspólnego z powyższą poza artystą odpowiedzialnym za okładkę.

    Czy patriotyzm nie nakazuje podniesienia ocen tej płyty, British Steel i płyt Scorpionsów od Unbreakable w górę? :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Patriotyzm nakazuje przestrzegać rodaków przed takim barachłem ;)

      Usuń
  4. Jak dla mnie Judas Priest mają swój styl i na pewno nie nazwałbym ich epigonami. Nawet jeżeli słychać u nich elementy które są u np. Deep Purple to po prostu są inspiracje. Jak dla mnie ich twórczość jest rozpoznawalna.

    Coś czuję że nie będzie recenzji kolejnych albumów. ;) Szkoda bo jeszcze nie było moich ulubionych (Painkiller i Defenders Of The Faith), ale to jak wynika z ostatniej części recenzji tego albumu jeszcze słabsze rzeczy niż wczesna twórczość.
    W sumie ostatnia płyta też jest jedną z moich ulubionych od nich, zespół w formie. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeżeli zespół czerpie inspiracje wyłącznie od przedstawicieli stylistyki, w której sam tworzy - jest epigonem. Na pierwszych trzech albumach Judas Priest był bardziej eklektyczny, ale od czasu "Stained Class" nie ma już żadnych prób wyjścia poza jedną stylistykę.

      Planuję poprawić jeszcze "Killing Machine" i "British Steel". Nie wiem, co z kolejnymi albumami, ale ich recenzje były opublikowane dopiero w 2014 roku, więc może gdy dojdę z poprawkami do tamtego momentu...

      Usuń
  5. O co chodzi z tym Painkillerem, że ludzie go tak uwielbiają? Grajków jeszcze rozumiem, bo wielu podoba się riff z tytułowej kompozycji, ale żeby tego słuchać?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo jest agresywny i energetyczny, a zarazem rytmiczny i melodyjny. Ostry i chwytliwy. Kipiący wściekłością. Owszem, można grać brutalniej, ale wtedy wędrujemy już w rejony thrashmetalowe i deathmetalowe. Jeśli zaś by obrać kierunek "heavy metal" i wcisnąć gaz do dechy, to otrzymamy "Painkillera". Właściwie cały album trzyma poziom (choć mam swoich faworytów). Widać, że Halford i reszta zespołu dają tu z siebie wszystko. Dla mnie esencja heavy metalu.
      Mam nadzieję, że jako wielbiciel "Painkillera" dobrze opisałem moje odczucia ;)

      Usuń
  6. Ale Pan Fan nic nie napisał o skomponowaniu tylko o napisaniu, a ten cytat jest przekręcony.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zasugerował, że popełniłem błąd wymieniając tylko jednego autora. Ale ja celowo użyłem słowa "skomponowany", żeby było jasne, że chodzi o samo napisanie muzyki. A cytat nie jest przekręcony, tylko pominąłem w nim słowa bez których zachowany jest sens wypowiedzi.

      Usuń
    2. Faktycznie nie ma błędu w wypowiedzi, ale mimo wszystko niektórzy po przeczytaniu mogą/mogli stwierdzić, że to kompozycja jednego autora.

      Usuń
  7. Paweł, mogłeś sobie darować wskazywanie mi jest co jest wartościowego w muzyce ;). Pytanie było czysto retoryczne. Po prostu uważam, że Twoja ocena "Stained Class" jest zwyczajnie niesprawiedliwa. A ja jako jej fan, czuję się po takiej opinii trochę jakby mi ktoś napluł w twarz..;). Bardzo szanuję Twoją wiedzę (kojarzę Cię również z forum lat 80), osłuchanie i pasję ale mam wrażenie, iż jako że Twój konik to koniec lat 60 (też lubię choć na pewno mam więcej braków niż Ty jak chodzi o ten okres) i niejednokrotnie, pewnie podświadomie deprecjonujesz wartość płyt powstałych nieco później bo to już nie do końca Twoje klimaty. Ba..czasem nawet nie poświęcasz im dostatecznie dużo czasu i serca. Ile razy przesłuchałeś "Stained Class" dwa, trzy ? Stawiam, że jeśli więcej, to niewiele. Nie mylę się prawda ? Ja przesłuchałem Stained Class od 2001 roku z kilkaset razy, o ile nie więcej.. Oczywiście samo to nie czyni mnie żadnym autorytetem ale przynajmniej uwiarygodnia, że mam jakieś pojęcie o tej płycie ;). Dobra przejdźmy do merytoryki. Po pierwsze doskonale rozumiem dlaczego wolisz płyty Judasów z lat 70 (SaS i SWOD) od tych póżniejszych. Też jestem fanem Judasów z tego okresu. Lubię ten mroczny, trochę nieoczywisty klimat i swoisty eklektyzm tej muzyki. Rozumiem tym samym, że nie cenisz wysoko ich krzykliwych, prostych i efekciarskich albumów z lat 80. Rozumiem i nie będę polemizował. Ja lubię te albumy ale zgadzam się różnica w podejściu do muzyki jest aż nadto wyraźna. Stained Class, moim zdaniem jednak, bliżej do estetyki "Sin after Sin" aniżeli "British Steel". Nie zgodzę się zatem z tym, że jest tu kiczowato czy banalnie. Nie, jest cały czas ciekawie. Płyta spójna, szybka, energiczna, mroczna. Rzekłbym hipnotyzująca jako całość. Ze świetnymi solówkami, najwyższymi w historii partiami wokalnymi (oczywiście nie każdy to lubi), bardzo ciekawymi przejściami. Na pewno nie jest to rzecz prosta w odbiorze przy pierwszych podejściach. Nie słyszę tu jakiegoś efekciarstwa, kiczu szukania przebojowości na siłę. Raczej mrok, swego rodzaju nieoczywistość, tajemniczy klimat i pęd do przodu z umiejętności zwolnienia kiedy trzeba. Mnie zafascynowała dopiero przy czwartym, piątym podejściu. Przyznam, że trochę się od niej uzależniłem. Fajne jest w to, że niesamowicie słucha się tej płyty w całości. Owszem słychać zaczątki uproszczenia muzyki ale dopiero następna "Killing Machine" jest pod tym względem przełomem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niepotrzebnie podszedłeś do tego tak emocjonalnie, bo nie było moim zamiarem urażenie Cię ;) Prawdę mówiąc, nie spodziewałem się, że autor tamtego komentarza tu wróci, a moje wskazówki są przeznaczone dla osób o jeszcze nie sprecyzowanym guście. Uważam, że najlepiej nakierować ich na muzykę, która rozwija słuchacza, w taki sposób, że może zainteresować go innymi rodzajami muzyki (np. Led Zeppelin jest dobrym wprowadzeniem i do bluesa, i do folku, a może i do progresu), a nie tylko tą jedną konwencją, w której jest utrzymany. Oczywiście, warto pogłębić wiedzę o danym stylu, ale często może okazać się to ślepą uliczką - kolejne albumy okazują się już tylko powielaniem tych samych patentów. Może się to podobać, ale obiektywnie jest to mniej godne uwagi od rzeczy nowatorskich.

      Swego czasu przesłuchałem wielokrotnie "Stained Class", to był jeden z trzech albumów Judas Priest, do których wracałem (obok, oczywiście, dwóch poprzednich). Tak naprawdę, kilka przesłuchań wystarcza, żeby dobrze poznać album (przynajmniej w przypadku niezbyt skomplikowanej muzyki, jaką jest metal) oraz poznać jego obiektywne wady i zalety. Kolejne przesłuchania mogą wpłynąć już tylko na subiektywną ocenę. Kiedyś też uważałem, że dopiero kolejny album przyniósł zmiany, ale po poznaniu większej ilości różnorodnej muzyki (nie ograniczam się do tej z konkretnych lat czy gatunków), przyjęciu szerszej perspektywy, niż mainstreamowy rock/metal, ta różnica między "Stained Class" i "Killing Machine" się zatarła. Na tle całej muzyki zdecydowanie więcej łączy te albumy, niż dzieli.

      Usuń
    2. Nie uraziłeś mnie, spoko ;). Użyłem może nieco zbyt obrazowego porównania. Jest po prostu parę płyt, do których mam bardzo osobisty stosunek i żałuję, że nie każdy jest w stanie usłyszeć to co ja. "Stained Class" i "Killing Machine"...hmmm.. To płyty z tego samego roku (dzieli je zaledwie kilka miesięcy), a brzmią zupełnie inaczej. Inne jest brzmienie, wokal, konstrukcja utworów. O ile SC jest mroczna, szybka i dosyć jednostajna to na KM jest dużo luzu, prostoty, zabawy konwencją, wytchnienia, smaczków. Pod tym względem "Killing Machine" kojarzy mi się trochę z wydaną w podobnym okresie "The Game" (1980 r.) zespołu Queen. No i po raz pierwszy (wcześniej od Queen) pojawiły się skóry, pejcze i ćwieki ;).

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.