[Recenzja] Queen - "The Miracle" (1989)



Po wydaniu "A Kind of Magic" i odbyciu niezbyt długiej, ale intensywnej trasy koncertowej (jak się później okazało - ostatniej w oryginalnym składzie), muzycy postanowili zrobić sobie dłuższą, niż zwykle, przerwę. Kolejny album, "The Miracle", ukazał się dopiero trzy lata po poprzednim. W międzyczasie, Freddie Mercury dowiedział się o swojej chorobie, co niejako wzmocniło relacje w zespole, który od pewnego czasu zdawał się dzielić na dwie frakcje (Mercury i John Deacon chcieli iść w bardziej popowym kierunku, podczas gdy Brian May i Roger Taylor pragnęli pozostać przy rocku). Podczas nagrywania "The Miracle", muzycy znów tworzyli zgrany zespół, co symbolizuje już sama okładka (zainspirowana grafiką z singla "The Clairvoyant" Iron Maiden). Znów wspólnie pracowali nad utworami, a nawet pierwszy raz w historii wszystkie podpisane zostały nazwiskami wszystkich członków (niekoniecznie zgodnie z prawdą).

"The Miracle" to na pewno najlepiej brzmiący album zespołu z lat 80. - w końcu jest bardzo dynamicznie i przestrzennie, wreszcie odpowiednio uwypuklono niskie tony. Ale w instrumentarium istotną rolę wciąż pełnią syntezatory, które nadają całości bardzo kiczowatego charakteru i powodują, że wiele utworów nieznośnie się zestarzało. Na czele z singlowymi "The Invisible Man" i "Breakthru", otwierającym całość wygłupem "Party", a także "The Rain Must Fall". Akurat te kawałki same w sobie są tak banalne, że nie uratowałyby ich nawet bardziej surowe aranżacje. Gorzej jednak, gdy przez to tandetne brzmienie cierpią bardziej udane kompozycje. Jak tytułowa "The Miracle", z harmoniami wokalnymi i brzmieniem gitary przywodzącymi na myśl dokonania grupy z poprzedniej dekady, a zwłaszcza ekspresyjne "Scandal" i "Was It All Worth It". Choć ta ostatnia cierpi nie tylko przez tandetne syntezatory, ale także chaotyczną, przekombinowaną strukturę (a szkoda, bo fragmenty są naprawdę udane). Syntetyczne brzmienia całkiem nieźle pasują natomiast do "My Baby Does Me" - ballady w klimacie r&b, opartej na świetnie uwypuklonej partii basu. Jednak najlepszym utworem jest ten najbardziej rockowy - "I Want It All". Po raz pierwszy od dawna zespół zabrzmiał tak ciężko. Wersja albumowa (bez wstępu a capella, za to z rozbudowaną częścią instrumentalną) wypada dużo lepiej od singlowej. Szkoda natomiast, że utwór nie został nigdy wykonany na żywo w tym składzie, bo z pewnością doskonale by się sprawdził.

"The Miracle" sprawdza się dobrze jako album popowy, mający za zadanie dostarczyć parę chwytliwych przebojów i dużo rozrywki. Nawet jeśli z dzisiejszej perspektywy słychać, że wyraźnie się zestarzał, to przynajmniej pod względem kompozytorskim prezentuje się nieco lepiej od czterech poprzednich wydawnictw grupy. Jednak jeśli ktoś szuka czegoś więcej, niż prostej rozrywki, to tutaj z pewnością tego nie znajdzie.

Ocena: 6/10



Queen - "The Miracle" (1989)

1. Party; 2. Khashoggi's Ship; 3. The Miracle; 4. I Want It All; 5. The Invisible Man; 6. Breakthru; 7. Rain Must Fall; 8. Scandal; 9. My Baby Does Me; 10. Was It All Worth It

Skład: Freddie Mercury - wokal, instr. klawiszowe; Brian May - gitara, instr. klawiszowe (8,10), wokal (4), dodatkowy wokal; John Deacon - gitara basowa, gitara (1,5,7,9), instr. klawiszowe (7,9); Roger Taylor - perkusja i instr. perkusyjne, instr. klawiszowe (5,6), gitara (5), wokal (5), dodatkowy wokal
Gościnnie: David Richards - instr. klawiszowe (4-6), sampler (8)
Producent: Queen i David Richards


Komentarze

  1. Kuba Jasiński13 czerwca 2016 19:03

    Płyta nie wybitna, ale naprawdę dobra. Na pewno o niebo lepsza niż wszystko co nagrali w latach 1981-86. Szkoda tylko, że tak niedoceniana. 3 lata przerwy dobrze wpłynęło na członków grupy, nastąpiło oczyszczenie atmosfery, w czym na pewno też "pomogła" wieść o chorobie wokalisty. Oprócz Deacona współautora 2 średnio udanych kompozycji, każdy z muzyków dał z siebie jak najwięcej i stworzył po 2 świetne kompozycje. Pomińmy intro stworzone najprawdopodobniej grupowo, bo rzeczywiście ciężko zaliczyć je do udanych. Wokalista stworzył śpiewny, subtelny utwór tytułowy i ostry, ale przełamany pseudo-symfoniczną wstawką Was it All Worth It, May napisał chyba największy przebój z płyty - I Want It All oraz dramatyczny, rozdzierający Scandal, jakby lekka zapowiedź The Show Must Go On. Kompozycje Taylora są najbardziej radosne: elektroniczny The Invisible Man, który jednak o lata świetlne przerasta materiał zawarty na Hot Space oraz pop-rockowy, pędzący do przodu, typowo radiowy Breakthru. W sumie 4 kawałki słabe (choć dwa pierwsze, można potraktować jako jeden), 6 bardzo dobrych, z tym że bywają momenty, że Rain Must Fall mi się nawet podobuje. Ta płyta często jest oceniana za nisko, aczkolwiek zdarzają się też recenzję zbyt hurraoptymistyczne. Dla mnie jest to płyta na 4 w skali 5 stopniowej, choć po AKOM rzeczywiście może wydawać się wybitna.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dla mnie to jeden z najlepszych albumów Queen, chociaż kilka utworów obniża nieco wartość płyty. Na pewno Party i Rain Must Fall chluby zespołowi nie przynoszą. Khashoggi`s Ship też jest bardzo nierówne, dopiero w końcówce zaczyna się ostre granie. Banalna jest też melodia. Reszta płyty to absolutny TOP i klasyka. Przebój goni przebój. To był fenomen, że na jednym krążku udało się skomponować tyle hitów! Wiadomo magia Queen! Was It All Worth It to jeden z najbardziej niedocenianiach numerów zespołu. W niczym nie ustępuje tym najbardziej znanym utworom. Zawsze byłem fanem tego hard rockowego oblicza grupy z lat 70., dlatego jak zespół trochę ostrzej przygrzeje to ja jestem kupiony. I Want it All jest wspaniałe nie tylko za sprawą genialnej partii gitary Briana Maya. Scandal to numer który mnie paraliżuje. Tylko Queen komponuje takie utwory, bo to przecież kawałek przebojowy i melodyjny a ile w nim emocji! Szkoda że solówka Briana jest wyciszona. Ponadto nie wiem czy wszyscy zwrócili uwagę ale fantastycznie gra na płycie Deacon a jego bas momentami naprawdę brzmi fenomenalnie i napędza kolejne utwory. Dla mnie to cichy bohater tego albumu.

    OdpowiedzUsuń
  3. Chyba moja ulubiona płyta Queen. Mam do tej pory taką składankę Queen "Mercurton", gdzie znajduje się połowa utworów właśnie z "The Miracle" (pozycje 1, 3, 5, 8 i 10). Co do samego krążka, to moim zdaniem nie ma tu żadnego słabego utworu czy wypełniacza. Faktycznie, pierwsze dwa numery trochę odstają od reszty, ale w żadnym przypadku mi nie wadzą i są lepsze od znacznej części "Hot Space".

    Co do reszty, to - jak zauważył kolega Michał B. powyżej - hicior za hiciorem. Bardzo podoba mi się np. "The Invisible Man", z genialnie brzmiącym podkładem syntezatorowym i świetną solówką Maya. W ogóle Brian gra tu chyba najlepsze partie w swojej karierze i w niemalże kazdym utworze zachwyca (jakby chciał odreagować za mniejszą rolę gitary na poprzednich kilku krążkach). Albo "Breakthru" z mylącym, balladowym wstępem i późniejszą dynamiczną częścią, niesioną przez znakomity basowy riff. Co do basu i Johna Deacona, to również podoba mi się jego duża rola na tym albumie, szczególnie w Scandal" - moim tutejszym faworycie, który jest z kolei wielkim popisem wokalnym Freddiego. Czyżby był zapowiedzią późniejszego "Innuendo"? A dla równowagi mamy takie przyjemne, rozluźniające kawałki jak "My Baby Does Me" czy "The Miracle", a także rockowe wymiatacze pokroju "I Want It All" (w dużo lepszej wersji niż singlowa) czy imponujący rozmachem "Was It All Worth It", który równie dobrze mógłby znaleźć się na "A Night at the Opera" (choć z drugiej strony tekst niejako podsumowuje karierę zespołu).

    Dobrze, że Queen po kilku latach lekkiego błądzenia (choć moim zdaniem nigdy nie zeszli poniżej pewnego poziomu) nagrał taki album. Słychać w tym ponownie luz i radość wspólnego grania. Choć może jest to również wina tragedii, jaka w tym czasie dotknęła Freddiego... Ode mnie 9/10.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeżeli chodzi o wstęp do Breakthru, to jest część zupełnie innej piosenki zatytułowanej "A new life is born". Znajduje się ona w archiwach. Został wklejony tylko wstęp a pozostała "wygrzebana" wersja poniżej:

      https://www.youtube.com/watch?v=JpxsGoBeymw

      Usuń
  4. Spiritus Omnipraesens20 marca 2018 12:34

    Widzę że zachwyt Queen też powoli bo powoli, ale opada, razem z ocenami. Też już uważasz że to tandeta?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze uważałem, że Queen po 1980 roku to głównie tandeta, z nielicznymi przebłyskami, zwłaszcza na tym i następnym albumie. Oceny są praktycznie takie same, jak pięć lat temu.

      Usuń
    2. W latach 80. faktycznie zespół nagrywał słabsze wydawnictwa (z paroma wyjątkami), ale nawet najgorsze płyty w pewien sposób ratował wspaniały głos Freddiego. Zgodzisz się z takim stwierdzeniem?

      Usuń
    3. Nie, nie zgodzę się. Partia jednego muzyka nie uratuje utworu, jeśli partie pozostałych muzyków są kiepskie. Za to działa to w drugą stronę - wystarczy jedna kiepska partia, żeby wszystko zepsuć.

      Usuń
  5. Pamiętam premierę. Zaskoczyli mnie na plus bo sadzilem że słaby Kind Of Magic to koniec Queen. Na Miracle są 2 słabsze utworki- Rain Must Fall i My Baby Does Me. Ale i one brzmia uroczo dzięki głosowi Freddiego. Znakomity Invisible Man bijący na głowę słabsze taneczne kawałki z Hot Space (oprócz Staying Power). Zaś tytułowy, Breakthru czy Was It All Worth It to absolutne perełki.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)