5 maja 2013

[Recenzja] Queen - "Made in Heaven" (1995)



Dwa lata po śmierci Freddiego Mercury'ego, pozostali członkowie Queen weszli ponownie do studia, by zarejestrować nowy album. Nie napisali jednak żadnych nowych utworów. Postanowili bowiem wykorzystać partie wokalne i klawiszowe zarejestrowane przez zmarłego muzyka. Jak się okazało, zostało ich całkiem sporo, zwłaszcza z ostatnich lat. Niedługo przed śmiercią, Mercury zdążył nagrać swoje partie do utworu "A Winter's Tale", a także większość wokalu do "Mother Love" (dalszą część dośpiewał Brain May). Z tego okresu pochodzą także szczątkowe wokale, z których producent David Richards stworzył praktycznie od podstaw utwór "You Don't Fool Me". Po więcej materiału trzeba było sięgnąć głębiej do archiwum. Wykorzystano nieukończone wcześniej kawałki z okresu "The Miracle" ("Too Much Love Will Kill You"), "A Kind of Magic" ("Heaven for Everyone"), a nawet "Hot Space" ("Let Me Live") i "The Game" ("It's a Beautiful Day"). Dziwniejszym posunięciem było nagranie całkowicie nowych partii instrumentalnych do utworów już wcześniej wydanych, ale tutaj zaprezentowanych w  zupełnie innych aranżacjach - "My Life Has Been Saved" (ze strony B singla "Scandal") oraz "Made in Heaven" i "I Was Born to Love You" (z solowego albumu Mercury'ego, "Mr. Bad Guy").

Ponieważ większość partii instrumentalnych została zarejestrowana w latach 1993-95, nie słychać różnić w brzmieniu i produkcji. Całość brzmi jak efekt jednej sesji. Jak na ten zespół, jest to całkiem spójne wydawnictwo. A jednocześnie bardzo wykalkulowane. Obliczone na wywołanie u odbiorców konkretnych emocji - wzruszenia, smutku, żalu. Szczerość słychać jedynie w partiach wokalnych Mercury'ego. Ale w połączeniu z muzyką, efekt jest mocno przesadzony. Partie instrumentalne, zwłaszcza klawiszowe i dodatkowe wokale, nierzadko popadają w przesadną ckliwość. Nie brakuje oczywiście wyrachowanych solówek Maya, z gatunku tych, co to mają porywać tłumy. Większość utworów zaaranżowano na ballady, które same w sobie nie są może złe (taka "Mother Love", gdyby nie udziwniona końcówka, byłaby całkiem dobra), ale w takiej ilości męczą. Nieco żywszymi momentami są dyskotekowy "You Don't Fool Me" oraz najbardziej rockowe "I Was Born to Love You" i "It's a Beautiful Day (Reprise)" (w tym ostatnim wspamplowano fragment "Seaven Seas of Rhye" z "Queen II"), ale nie mają one większego wpływu na ogólny charakter albumu. Zresztą żaden z nich nie jest zbytnio udany. Pewnym urozmaiceniem jest jeszcze gospelowy "Let Me Live", któremu niezwykle daleko do utrzymanego w podobnej konwencji "Somebody to Love". Dwadzieścia lat wcześniej zespół potrafił umiejętnie operować pastiszem i kiczem, zachwycając pomysłowymi aranżacjami. Tutaj został sam kicz.

Całości dopełniają dwa ukryte nagrania: czterosekundowy "Yeah", czyli tytułowy okrzyk Mercury'ego, wycięty z utworu "Don't Try Suicide" z albumu "The Game" (nie mam pojęcia na co to komu potrzebne), oraz ponad dwudziestominutowy utwór bez tytułu (zwykle określany jako "Untitled" lub "13"), utrzymany w stylistyce ambientu - nagranie zostało stworzone przez Richardsa, a następnie nieznacznie wzbogacone pomysłami Maya i Taylora. Nie ma oczywiście nic wspólnego z pozostałymi dokonaniami Queen, ale wypada całkiem intrygująco i dość ambitnie. Paradoksalnie, ten dodatkowy utwór jest najlepszym na albumie. I prawdopodobnie najbardziej niedocenionym w całej dyskografii zespołu.

"Made in Heaven", jak większość pośmiertnych albumów, jest produktem mającym zapewnić zyski na fali żalu po popularnym muzyku. Jednak zwykle wydawnictwa tego typu nie są tak ckliwe ani nie próbują w tak bezpośredni sposób oddziaływać na emocje słuchaczy. Co innego, gdyby te utwory powstały w takiej formie jeszcze przed śmiercią Mercury'ego (jak te z albumu "Innuendo"). Ale nadanie im takiego kształtu kilka lat później, wyklucza działanie pod wpływem szczerych emocji, a sugeruje obrzydliwe żerowanie na śmierci najpopularniejszego członka zespołu.

Ocena: 4/10



Queen - "Made in Heaven" (1995)

1. It's a Beautiful Day; 2. Made in Heaven; 3. Let Me Live; 4. Mother Love; 5. My Life Has Been Saved; 6. I Was Born to Love You; 7. Heaven for Everyone; 8. Too Much Love Will Kill You; 9. You Don't Fool Me; 10. A Winter's Tale; 11. It's a Beautiful Day (Reprise)

Skład: Freddie Mercury - wokal, inst. klawiszowe (1-3,6,10,11); Brian May - gitara, instr. klawiszowe (3,4,6,8,10), wokal (3,4), dodatkowy wokal; John Deacon - bass, instr. klawiszowe (1,5,11), gitara (5); Roger Taylor - perkusja i instr. perkusyjne, instr. klawiszowe (7,9), wokal (3), dodatkowy wokal
Gościnnie: Rebecca Leigh-White, Gary Martin, Catherine Porter, Miriam Stockley - dodatkowy wokal (3); David Richards - instr. klawiszowe (5,8,11)
Producent: Queen i David Richards


14 komentarzy:

  1. Lubię jak zjeżdżasz albumy wykonawców z takich nurtów. Czuję się wtedy mniej niesprawiedliwie potraktowany.

    Pamiętam, jak w starej wersji recenzji nie podobała Ci się właśnie ta ambientowa pioseneczka, którą teraz wymieniasz jako najjaśniejszy punkt. Fajny zwrot, cieszę się.

    Dlaczego w opisach składu, które są przecież w języku polskim piszesz "bass" a nie "gitara basowa"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zadaję sobie od dawna to pytanie. Ale zbyt wiele czasu zajęłoby poprawianie tego we wszystkich prawie recenzjach, więc trzymam się takiej pisowni (która przecież nierzadko jest w Polsce stosowana jako zamiennik "gitary basowej").

      Usuń
  2. Jakbym był złośliwy to wyjaśniłbym co moim zdaniem może oznaczać tytuł utworu "Too Much Love Will Kill You"* (bacząc na okres w którym został nagrany ma to jeszcze większy sens), ale że chyba chcesz by na blogu panowała poprawność polityczna, to sobie daruję.

    *wiem, że niby chodziło o ekscesy łóżkowo-sercowo-sądowe Maya, ale kto wie czy to nie bujda na resorach.

    A propos barankowego astronoma - na youtube jest film jak jest podjarany solówką "Get The Funk Out" zespołu Extreme... Pierwszy raz widzę, żeby muzyk znanego zespołu zachwycał się czymś z mniej znanego zespołu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prywatnie jestem wrogiem politycznej poprawności, ale żyjemy w tak popieprzonych czasach, że pewnych rzeczy lepiej nie pisać. Sam bym wtrącił jakiś żart na ten temat, ale jeszcze mi stronę zablokują ;)

      Barankowy astronom - w pierwszej chwili nie załapałem, ale dobre :D May chwalił też w wywiadach Rory'ego Gallaghera, za co ma u mnie plusa. I inspirował się Gentle Giant, więc spoko gość. Przynajmniej kiedyś, bo teraz wygaduje straszne brednie, chyba od tego wegetarianizmu mu się we łbie poprzewracało.

      Ja akurat spotykałem się często, żeby muzyk chwalił mniej popularnych wykonawców, zwłaszcza gdy się nimi inspirował.

      Usuń
  3. Od wegetarianizmu mówisz ;) A jak to ma się popieprzonych czasów, w których nie wiadomo czy nie zawita tu jakiś jarosz? ;P

    Ale Extreme to komercja pełną gębą (ich wokalista śpiewał na ostatnim albumie Van Halen przed kilkunastoletnią przerwą) a do tego Extreme zaistnieli dopiero w późnym 1990, gdy w obozie Queen było już po zawodach, a grali rozwodniony glam metal z wtrętami akustycznymi (More Than Words) czy właśnie funkowymi (wypchany dęciakami i jarmarkiem kawałek o którym wspomniałem), więc o inspiracji nie ma mowy.

    Myślę, że to zachwyt onanizowaniem gryfu jakie uskutecznia w tym numerze gitarzysta Extreme, bo to takie efekciarstwo jest. May i jego ochy i achy: https://www.youtube.com/watch?v=fqkKFhFMaIw

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z wegetarianów jeszcze można się nabijać ;)

      No wiem, sprawdzałem Extreme kilkanaście lat temu, po przeczytaniu zachwytów w Teraz Rocku, ale już wtedy słyszałem, że to badziewie.

      Usuń
    2. Wyśmiechów z wegetarianizmu to bym się tu nie spodziewał :D Ten fragment "od wegetarianizmu mu się we łbie poprzewracało" to tak troszkę bardziej serio czy troszkę bardziej w żarcie ? :D

      Największą manianę to May odwalił, jak razem z Taylorem dogadał się z Paulem Rogersem, założył z nimi grupę nieco bezczelnie nazwaną Queen + Paul Rogers (czekam tylko na King Crimson + Robert Plant albo coś w tym rodzaju) i nagrał z nimi "album", który z Queen nie ma praktycznie nic wspólnego :D

      Usuń
    3. I jedno, i drugie ;) Niech sobie nie je mięsa, jego sprawa, ale w wywiadach mówi takie bzdury, że nie wiem czy się z niego śmiać czy mu współczuć. Nawoływanie do wegetarianizmu i jakieś teorie spiskowe o przemyśle mięsnym to jedno, ale i w kwestiach muzycznych się ośmiesza. Bo żeby ktoś, kto współpracował z Mercurym i Rodgersem twierdził, że najlepszym wokalistą z jakim grał, jest Lambert...

      Usuń
    4. Jezu, ja się w tym momencie dowiedziałem, że istnieje jeszcze coś takiego jak Queen + Adam Lambert :D I chyba wolałbym się nie dowiedzieć... nie pamiętam, bym tak szybko wyłączył jakieś nagranie z koncertu, wystarczyły 2 zaśpiewane wersy. Dać takiemu czemuś szyld "Queen".

      A powód gadania takiej bzdury w wywiadach jest wg mnie prosty... kto by kupił bilety na koncerty, gdyby sam lider nie popierał wokalisty. Chwyt marketingowy i tyle. Zobaczysz, jak ten byt przestanie istnieć, Mercury z powrotem stanie się jedynym, niepokonanym i niezastąpionym.

      Usuń
    5. Pomysł, żeby grać z Rodgersem pod szyldem Queen był pomyłką, ale przynajmniej wzięli wtedy wokalistkę reprezentującego jakiś poziom i mającego porządne osiągnięcia na koncie. Ale to... Nie wiem jak to nazwać, by samemu zachować jakiś poziom :D

      Swoją drogą, zawsze zastanawiało mnie, czemu nazwali się Queen +, a nie Queen - Freddie Mercury & John Deacon, albo 1/2 Queen + ;)

      Usuń
    6. I pomyśleć, że w pewnym momencie "obok" Lamberta pojawia się prawdziwy Mercury, za sprawą drugiej części "Rapsodii", odpalanej jak zawsze z taśmy. Ludzie mają przez chwilę okazję usłyszeć śpiew Mercury'ego, a potem dalej jarają się tym darciem japy. Dokąd to wszystko zmierza? Abstrachując od mojego wcześniejszego komentarza, jak to w ogóle możliwe, że sprzedaje się choć jeden bilet na taki występ? Z jednej strony, jak to mówią, "żyj i daj żyć innym", ale z drugiej... pewne granice powinny pozostać granicami.

      Usuń
    7. A co do nazwy, to mnie przyszło w pewnym momencie do głowy, że powinni się nazwać Queen i za szyld przyjąć paczkę papieru toaletowego o tej samej nazwie, bo tylko do tej właśnie części ciała ten projekt się nadaje. :D

      Usuń
    8. A słuchałeś tego kawałka Queen, który nagrali jako trio-kikut oryginalnego skłądu w 1997 czy 1998? Bo jeszcze coś takiego się zapałętało.

      Usuń
    9. Z tego, co pamiętam, jest to jakaś pretensjonalna ballada. Ogólnie kompilacja "Rocks" (na której to się znalazło) to porażka, bo ma niby pokazywać najbardziej rockowe oblicze Queen, a wybrano głównie jakieś wygładzone kawałki, zamiast tych naprawdę ciężkich.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.