14 lutego 2013

[Recenzja] Rush - "Fly by Night" (1975)



Niedługo po wydaniu przez Rush debiutanckiego albumu, John Rutsey postanowił opuścić zespół z powodów zdrowotnych i niechęci do koncertowania. Po raz ostatni wystąpił z grupą 25 lipca 1974 roku. Cztery dni później wybrano, w wyniku kastingu, jego następcę. Został nim Neil Peart - jak się okazało, nie tylko znacznie bardziej uzdolniony perkusista, ale także niezwykle oczytany człowiek, któremu Geddy Lee bez wahania odstąpił rolę głównego tekściarza. W momencie dołączenia Pearta, skład zespołu ostatecznie się ustabilizował i pozostaje niezmienny do tej pory. W sierpniu nowy skład wyruszył na swoją pierwszą amerykańską trasę (jako support Uriah Heep i Manfreda Manna), a ostatnie miesiące roku spędził w studiu na nagraniach drugiego albumu, zatytułowanego "Fly By Night".

Choć longplay ukazał się niespełna rok po (tak, tak - eponimicznym) debiucie i wciąż utrzymany jest w hardrockowej stylistyce, już tutaj słychać, jak wiele do zespołu wniósł Peart. Różnica jest od razu słyszalna. To bardziej dojrzały i lepiej zagrany materiał. Album składa się jakby z dwóch różnych części, odpowiadającym stronom płyty winylowej. Pierwsza połowa to utwory o bardziej czadowym charakterze, cięższe brzmieniowo. "Anthem", "Best I Can" i "Beneath, Between & Behind" to właściwie typowy hard rock. Ale gdzieś znikła ta piosenkowa naiwność poprzedniego albumu. Więcej dzieje się w strukturze utworów, a zwłaszcza w bardzo gęstej warstwie rytmicznej. Nie wyklucza to wyrazistych melodii, które są chwytliwe, lecz nie banalne. O ambicjach muzyków świadczy jednak przede wszystkim ponad ośmiominutowy "By-Tor & the Snow Dog", w którym nie brakuje dłuższych popisów instrumentalistów (jak świetne solo Lifesona z siódmej minuty), ani licznych zmian motywów i klimatu.

Strona B winylowego wydania zawiera materiał bardziej odchodzący od hard rocka, ale niekoniecznie w tę ambitniejszą stronę. To Rush w łagodniejszej, piosenkowej odsłonie. Na początek dwa singlowe kawałki, "Fly by Night" i "Making Memories", oba bardzo chwytliwe, ale niestety dość banalne. O ile utwór tytułowy ma swój urok i zwraca uwagę świetną grą muzyków (kotłująca się perkusja, przyjemnie pulsujący bas i niezłe gitarowe solo), tak drugi, lekko kojarzący się z akustycznym wcieleniem Led Zeppelin, jest zupełnie przeciętny melodycznie i nie ratuje go równie dobra gra instrumentalistów. Kolejny na trackliście "Rivendell" to bardzo nietypowe dla grupy nagranie - ballada z wyjątkowo subtelnym śpiewem Lee i akompaniamentem wyłącznie gitary akustycznej. Naprawdę ładny utwór, ale trochę za długi. Finałowy "In the End" stanowi natomiast próbę pogodzenia łagodniejszego oblicza grupy z tym czadowym, ale efekt jest dość przeciętny.

"Fly by Night" pokazuje rozwój zespołu i ambicje wykraczające poza granie hard rocka, ale efekt nie zawsze jest równie ciekawy. Niepotrzebne wydają się zwłaszcza wycieczki w stronę bardziej komercyjnego grania (choć miały merkantylne znaczenie - kawałek tytułowy był pierwszym przebojem grupy, nawet jeśli tylko w rodzimej Kanadzie). Ale cały album to zdecydowanie krok we właściwym kierunku.

Ocena: 7/10



Rush - "Fly by Night" (1975)

1. Anthem; 2. Best I Can; 3. Beneath, Between & Behind; 4. By-Tor & the Snow Dog; 5. Fly by Night; 6. Making Memories; 7. Rivendell; 8. In the End

Skład: Geddy Lee - wokal i bass, gitara akustyczna; Alex Lifeson - gitara; Neil Peart - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Rush i Terry Brown


4 komentarze:

  1. Utwór tytułowy a właściwie jego refren to chyba najbardziej banalna melodia Rush. Nie wpływa to jednak na wysoką ocene tego albumu bo reszta płyty jest fantastyczna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W drugiej połowie lat 80. nagrywali znacznie bardziej banalne kawałki, z "Time Stand Still" na czele... A "Fly By Night" może i nie jest szczytem wyrafinowania, ale to jeden z moich ulubionych kawałków Rush ;)

      Usuń
  2. Rush już nie istnieje chyba, że coś się zmieniło (na początku tego roku ogłosili koniec kariery, którą liczyli nie od 1968 a od 74 roku, stąd trasa w 2004 nosiła nazwę R30). A pierwsze zdanie drugiego akapitu - chyba po raz pierwszy w trakcie czytania Twojej recenzji się głośno roześmiałem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, wiem, ale staram się tak poprawiać te recenzje, żeby były zgodne z datą publikacji. A w ostatnim akapicie pojawia się inne słowo wciśnięte z taką samą premedytacją ;)

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.