13 lutego 2013

[Recenzja] Rush - "Rush" (1974)



Kanadyjskie trio Rush zostało założone w 1968 roku przez gitarzystę Alexa Lifesona (właść. Aleksandara Živojinovicia, syna serbskich emigrantów), perkusistę Johna Rutseya i śpiewającego basistę Jeffa Jonesa. Miejsce tego ostatniego szybko zajął Geddy Lee (właść. Gary Lee Weinrib, syn żydowskich emigrantów z Polski). Na początku swojej działalności muzycy grali najzwyklejszy hard rock o bluesowym zabarwieniu. Wczesne dokonania zespołu wywołują skojarzenia przede wszystkim z Cream, Led Zeppelin i - głównie ze względu na wysoki, kobiecy wokal Lee - Budgie. Całkowicie w takiej stylistyce utrzymany jest debiutancki, eponimiczny album Rush.

Dominują tu proste, energetyczne i dość banalne, ale mimo wszystko dość przyjemne kawałki w rodzaju "Finding My Way", "Need Some Love", "Take a Friend" i "In the Mood". Nieco ciekawiej robi się w "What You're Doing" za sprawą naprawdę fajnych riffów i bardziej zadziornego brzmienia. W "Before And After" smaczkiem jest długi balladowy wstęp, kontrastujący z bardzo czadową częścią główną. Najlepsze wrażenie robią jednak dwa najdłuższe utwory, kończące każdą ze stron winylowego wydania. "Here Again" to klasyczna bluesrockowa ballada, ze świetnymi solówkami Lifesona. Natomiast "Working Man" to potężny utwór o nieco jamowej strukturze, przypominający bardziej złożone kompozycje Led Zeppelin i koncertowe improwizacje Cream, a nawet mogący kojarzyć się z debiutem Black Sabbath. Zdecydowanie najciekawszy moment we wczesnej dyskografii Rush.

Zaletą pierwszego albumu Kanadyjczyków jest z pewnością jego surowe brzmienie, pozbawione zbędnych nakładek i udziwnień, dzięki czemu ma niemal koncertowy charakter, a każdy z instrumentalistów zdaje się pełnić tak samo istotną rolę. Pod względem stylistycznym jest to, niestety, bardzo wtórne granie i spóźnione o dobre pięć lat względem brytyjskich zespołów. Dopiero na kolejnych wydawnictwach Rush zyska własną tożsamość. A debiut to album przede wszystkim dla miłośników klasycznego hard rocka.

Ocena: 6/10



Rush - "Rush" (1974)

1. Finding My Way; 2. Need Some Love; 3. Take a Friend; 4. Here Again; 5. What You're Doing; 6. In the Mood; 7. Before And After; 8. Working Man

Skład: Geddy Lee - wokal i bass; Alex Lifeson - gitara; John Rutsey - perkusja
Producent: Rush


22 komentarze:

  1. Bardzo lubię ten pierwszy hard rockowy etap kariery Rush i bardzo lubie ten album. Pamiętam jak wiele lat tenu ten zespół w ogóle do mnie nie trafiał (ale byłem wtedy głupi;)). Nie ma chyba drugiej takiej grupy jak Rush, która by tak doskonale łączyła hard rocka z rockiem progresywnym. Chyba że Paweł coś tam z archiwum wygrzebał;). A jeśli chodzi o ten album to moimi faworytami są Here Again i Finding My Way.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest trochę zespołów, które łączyły hard i prog rock, z lepszym lub gorszym skutkiem. Tak na szybko, świetnie wychodziło to grupie T2 (album "It'll All Work Out in Boomland"), a wręcz genialnie zespołowi Gentle Giant (na pierwszych siedmiu longplayach).

      Usuń
  2. No tak tylko czytając recenzje Gentle Giants wyraźnie widać że ich muzyka jest bardzo trudna dla klasycznego rockowego ucha. Rush od razu wciąga i jedynie wokal może odrzucać. To jest właśnie fenomen tej grupy że nawet rozbudowane i progresywne utwory są przebojowe i melodyjne. Muzycy nie kombinują za wszelką cenę i nie przeciągają kompozycji w nieskończoność. Za to ich uwielbiam. A na dodatek ostro łoją czego brakuje mi u wielu grup progresywnych. Wracając do Gentle Giants to od jakiej płyty polecasz poznawanie ich muzyki?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak tak czytam ten Twój opis Rush, to doskonale pasuje on do Gentle Giant ;) Choć faktycznie może to być trudniejsza w odbiorze muzyka. Bo Rush to w gruncie rzeczy hardrockowa kapela, która kombinowała trochę więcej z metrum i tego typu sprawami, niż standardowy zespół hardrockowy. A Gentle Giant to zabawa przeróżnymi konwencjami, czerpanie inspiracji z muzyki dawnej, jazzu, folku, ale wciąż jest to zdecydowanie rockowe (a czasem hardrockowe) granie. Na początek najlepiej poznać debiutancki "Gentle Giant", bo jak na ten zespół jest dość konwencjonalny. A potem słuchać po kolei wszystkich albumów do "Free Hand", a nawet "Interview" włącznie. I nie zniechęcać się, jak coś od razu nie podejdzie, tylko za jakiś czas dać kolejną szansę ;)

      Usuń
  3. Muszę spróbować. Ale z wieloma grupami prog rockowymi mam problem bo ewidentnie za bardzo kombinują i nie czuję w tym spójności Np. ELP we większości do mnie nie przemawia z wyjątkiem debiutu i płyty z Cozy Powellem. Niektóre utwory są tak przekombinowane że dla mnie jest to zupełnie niestrawne a nawet powiem że niepotrzebne. Bo słuchając tych utworów widzę w nich potencjał na dobre rockowe kompozycje, które po odrzuceniu tych wszystkich udziwnień na pewno by zyskały. Obecnie "męczę" płyty Genesis i coraz bardziej mi sie podobają.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz jestem już pewien, że to zespół dla Ciebie ;) Muzycy Gentle Giant zawsze potrafili mierzyć siły na zamiary. Tak samo jak Rush czy Pink Floyd. Chociaż Floydom zdarzało się przeszarżować i przecenić swoje umiejętności ("Atom Heart Mother", studyjna "Ummagumma"), podobnie muzykom Rush (nie bardzo rozumiem sens tych wszystkich długich "suit", będących de facto kilkoma krótkimi utworami, zazwyczaj zupełnie nie powiązanymi ze sobą pod względem instrumentalnym). Olbrzymowi nie zdarzyło się to nigdy ;) Członkowie tego zespołu to fenomenalni kompozytorzy i instrumentaliści. Chociaż nie wszyscy, bo gitarzysta żadnym wirtuozem nie jest. Ale za to doskonale zna swoje ograniczenia i nie próbuje kombinować, tylko gra proste, rockowe riffy i solówki. Zupełnie inne podejście, niż u Keitha Emersona czy Ricka Wakemana, którzy uważali się za nie wiadomo kogo i przez ich popisy utwory ELP i Yes często są tak bardzo żałosne i patetyczne. W dodatku grając je, byli śmiertelnie poważni. Podczas gdy Gentle Giant prezentował bardzo luźne, zabawowe podejście do grania. Utwory zespołu są krótkie (nigdy nie trwają powyżej 10 minut, zazwyczaj nawet nie 5), ale bardzo treściwe i bez zbędnego kombinowania - wszystko jest tam na właściwym miejscu, nie ma żadnych niepotrzebnych dźwięków, żadnych dłużyzn ani smęcenia. Trudność ich muzyki polega natomiast na tym, że bardzo chętnie stosowali kontrapunkt - prowadzenie kilku melodii jednocześnie. Przy wielu utworach można odnieść wrażenie, że każdy instrument gra co innego, a wokalista śpiewa jeszcze inną melodię. Przy pierwszym, drugim, a nawet trzecim przesłuchaniu może to sprawiać wrażenie chaosu. Ale tak naprawdę wszystko tam się doskonale ze sobą zazębia. Dlatego trzeba wielu przesłuchań, nie przywiązywać się do swojego pierwszego wrażenia.

      Jak już ogarniesz jakieś albumy, to chętnie przeczytam Twoje opinie pod właściwymi recenzjami ;)

      Usuń
    2. Ach, zapomniałem dodać, że muzycy Gentle Giant byli także fenomenalnymi aranżerami. To słychać np. w partiach instrumentów smyczkowych, które dość często się pojawiają na ich albumach. Są zaaranżowane naprawdę pomysłowo i ze smakiem, niemalże jak w muzyce klasycznej i w ogóle nie brzmią kiczowato, jak u większości rockowych wykonawców, gdy zdecydują się dodać smyczki.

      Usuń
    3. Zapomniałem dodać że zaintrygowałeś mnie tym T2. Postaram się dotrzeć również do tej grupy. Raz jeszcze dzięki.

      Usuń
    4. Różnica między ELP a Yes jest taka że Yes nagrał świetne a przede wszystkim charakterystyczne Close to the Edge na którym rzeczywiście się popisują jak solówki a'la Malmsteen oraz podobną Relayer tylko mniej konwencjonalną a ELP jest bardzo nijakie, taka sztuka dla sztuki i chwilowe popisy które sa jakby wyrwane z kontekstu a poza tym nie nagrał ani jednej równiej i wybitnej płyty.

      Usuń
    5. Ale takich powszechnie cenionych albumów to ELP nagrali chyba jednak więcej od Yes. Są one nierówne, zwykle dominują na nich jakieś pretensjonalne popisy lub wygłupy (poza debiutem), ale dobrych momentów nie brakuje. I przynajmniej mieli bardzo dobrego wokalistę. A jak Lake przygrywał sobie tylko na gitarze, a Emerson siedział cicho, to już było naprawdę dobrze.

      Usuń
  4. No to mnie teraz nakręciłeś:-) Na pewno sięgnę szybko po Gentle Giants i dam znać. Wielkie dzięki za wyczerpujący komentarz. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Paweł, co sądzisz po latach o głosie Geddy'ego - kiedyś był tu chyba nieźle krytykowany, a jak jest teraz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie toleruję zniewieściałych głosów i to się nie zmieni. Facet powinien brzmieć jak mężczyzna, a nie baba. Głos Geddy'ego nie jest aż tak irytujący, jak np. głosy Jona Andersona z Yes, albo tego gościa z Radiohead, jednak w jakimś stopniu odbiera mi przyjemność ze słuchania Rush.

      Usuń
  6. Uwielbiam Rush z okresu 76-84, ale te pierwsze hard rockowe płyty niestety ani trochę mi nie podchodzą. Na debiutanckim "Rush" wszystkie utwory zlewają się dla mnie w jedną całość, ewentualnie prócz "Here Again", ale i ten utwór jest dla mnie potwornie nudny (choć końcowe solówki są świetne!). Rozumiem, że wielbiciela klasycznego hard rocka może ten album zachwycić, ale osobiście dałbym za to maksymalnie 4/10.

    OdpowiedzUsuń
  7. Wg. mnie Geddy Lee jeszcze babiał z wiekiem, w latach 80. brzmi bardzo babsko, a jeżeli chodzi o jeszcze późniejsze czasy, to przyjemność którą odczuwam ze słuchania niektórych momentów Counterparts też jest wyraźnie mniejsza z tego powodu. "Here Again" uwielbiam, "Working Man" nie wyróżnia się jak dla mnie niczym wyjątkowym - ale pewnie dlatego, że wymęczyła mnie bezbarwna bardzo reszta longplaya. Muszę go posłuchać "w oderwaniu" bo może rzeczywiście to coś dobrego.

    Poprawiasz cały Rush, łącznie z płytami które zdjąłeś bardzo dawno temu? Smuci wyrwa pomiędzy "Power Windows" a "Roll The Bones", szczególnie że chyba nie są to NAJgorsze albumy.

    Re-recenzje starych płyt ogromnie cieszą, a co do nowych, szkoda, że nawet załatwienie sobie mp3 graniczy czasem z cudem - Ty słuchasz 'nowości' z Youtube? Oni strasznie tną jakość /szczególnie jak ktoś wrzucał nagrania 8 i więcej lat temu) i to mi się nie podoba. Przy okazji pamiętam jak kiedyś się wkurzyłeś że nie będziesz publikował komentarzy gdzie będą linki do stron gdzie to można pobrać - uważasz, że to piractwo i nie będziesz go u siebie 'promował'?

    Tak w ogóle Pawle to przepraszam za burdy sprzed paru tygodni, ale każdy by czuł frustrację gdy o 'jego' długo przygotowywanej płycie słuch ginie po niecałym roku, a inne wydawane teraz płyty pojawiają się tu i tam... mimo że jak dla mnie biją cholerną nudą.

    Znalazłem w domu pewną, niemałą ilość WINYLI (tak, czarne duże płyty) z 50s-60s a może i początek 70s jazzem (i nie tylko, ale zapewne to jazz Cię interesuje). Wysłałbym Ci foto, może coś z tego znasz i polecasz? Albo sam byłbyś zainteresowany?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że wrócą te brakujące recenzje ;) Tylko jeszcze nie wiem, czy będę teraz poprawiał wyłącznie Rush czy na zmianę z innymi wykonawcami.

      Tak, słucham głównie online, nie tylko na YouTube. Jakość nie ma wielkiego znaczenia przy ocenie muzycznej wartości, więc do poznania i zrecenzowania taka wystarcza. Najlepsza jakość dźwięku nie uratuje przecież gniota, a słaba jakość nie obniży innych wartości. Ale jeśli jakiś album mi się podoba, to staram się go zdobyć na fizycznym nośniku, najlepiej na winylu. Nie zawsze jest to możliwe (niedostępność lub przesadnie wygórowana cena rzędu kilkuset złotych), więc niektóre albumy mam tylko w wersji najlepszego dostępnego mp3.

      To nie było wkurzenie, tylko ostrzeżenie. Nie chciałbym żeby ktoś mi zablokował stronę za nielegalne linki ;) A co do samego piractwa (kompletnie nieadekwatne określenie, bo kopiowanie plików to nie napad rabunkowy z ofiarami śmiertelnymi), moje zdanie jest takie: dobrze, że istnieje. Dzięki temu można poznać mnóstwo ciekawej muzyki, dotrzeć do niedostępnych w inny sposób wydawnictw, ale też uniknąć wydania pieniędzy na coś ich niewartego. W przeciwnym razie nie znałbym pewnie nawet 1/3 albumów, które posiadam na oryginalnych nośnikach. W interesie wytwórni i samych wykonawców jest, aby muzyka była dostępna za darmo w sieci. Choćby jako odsłuch online w średniej jakości (a jak chcesz lepszą jakość - kup płytę).

      Chętnie przejrzałbym te winyle ;)

      Usuń
  8. Za dawanie linków w komentarzu nic nie powinni blokować. Jest mnóstwo blogspotów gdzie pojawiają się posty w których znajduje się mniej lub bardziej ukryty link do płyty, vide muro, który prosperuje od wielu lat i wrzuca taką masę muzyki że nie dałoby się tego wszystkiego wysłuchać w ciągu jednego życia ;

    Zdjęcia do winyli wyślę Ci w tygodniu, tak z głowy pamiętam, że jest tam sporo Louisa Armstronga, jeden Django Reinhardt czy "Death Walks Behind You" Atomic Roostera (który zapewne masz)

    Czy mi się wydaje czy kiedyś miałeś też na stronie osobny post >>rozprawkę<< pt "winyle czy CD" gdzie jako jedyne atuty CD wymieniałeś rozmiar i że nie są tak wrażliwe na zabrudzenia?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niby tak, ale mam jakieś swoje zasady, których chcę przestrzegać ;)

      Taaa... Mam "Death Walks Behind You". Co prawda z dość sfatygowaną okładką, a i tak musiałem się sporo natrudzić, żeby chociaż takie zdobyć, ale przynajmniej nie było drogie dzięki temu stanowi. Bo jeśli masz to w dobrym stanie, wczesne wydanie, to możesz na nim sporo zarobić. Nawet z pół tysiąca, jeśli to wydanie UK lub US, a co najmniej dwieście złotych za niemieckie ;)

      Mówisz o tym? Pewnie jakieś bzdury tam nawypisywałem, nawet nie chcę tego czytać.

      Usuń
  9. Szalejesz z obniżaniem ocen tym pierwszym albumom. Progresywne granie im wychodziło przez kilka pierwszych "suit" bardzo nieporadnie, w związku z czym debiut - jednak z innych względów - postawiłbym nie niżej od nich. W tej chwili ma on identyczną ocenę jak plastikowy i wtórny debiut Rainbow (chwilę temu mi się przypomniało 16th Century Greensleeves, stąd porównanie z akurat tym krążkiem)

    A tak w ogóle to masz rację - najlepiej wychodzi im granie krótszych, bardziej przebojowych utworów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale jednak spora część debiutu to wyjątkowo proste, banalne granie, a jak już pojawia się coś ciekawego ("Here Again", "Working Man") to w sumie i tak jest to wtórne, spóźnione o kilka lat i jednak słabsze od pierwowzoru (czyli w sumie podobnie, jak na debiucie Rainbow). Na takim "2112" jest przynajmniej "A Passage to Bangkok", który brzmi bardzo świeżo i nie budzi skojarzeń z innymi wykonawcami (a jeśli już, to późniejszymi).

      Swoją drogą - wiedziałeś, że w środku rozkładanej okładki "Long Live Rock and Roll" Rainbow umieszczone zostało zdjęcie zrobione podczas koncertu Rush? Ktoś z publiczności trzyma tam transparent ze słowami, które dały tytuł tego albumu.

      Usuń
    2. Nie, nie wiedziałem, chociaż pewnie gdybym posiadał to wydawnictwo to książeczkę bym od razu przejrzał na wylot ;) A Rainbow na tyle nie lubię by coś kupować. Rozumiem, że mówisz o wersji CD?

      w Rush jest jak dla mnie coś świeżego nawet na debiucie, ale mam świadomość, że to rzemiosło i coś gdzie inspiracji jest więcej niż własnego wkładu. Jak daleko ich będziesz poprawiał? Czy Wishbone Ash kończysz na "Rub"? Bo potem chyba już było tylko gorzej.

      Jeżeli jednak grasz na gitarze (jakiś czas temu pisałeś, że nie zerwałeś z tym zupełnie) to spróbuj zagrać solo z "A Passage to Bangkok" - te krótkie frazy z wyraźnie zaznaczonymi pauzami są świetne, bardzo przyjemnie się to gra, jest nawet mała zmiana metrum. Równie dobra, choć trudniejsza jest wersja z "Exit... Stage left"

      Usuń
    3. Tzn. na tym zdjęciu widać samą publiczność, zespołu nie, więc można pomyśleć, że te tłumy przyszły na koncert Rainbow. Nie wiem jak jest w wersji CD. Na pewno było wewnątrz rozkładanej koperty winyla (ja akurat mam wydanie z nierozkładaną kopertą, więc bez tego zdjęcia, a dowiedziałem się o tym z jakiegoś wywiadu z Rush).

      Rush planuję poprawić w całości, a z Wishbone Ash to, co tu było (czyli jeszcze albumy z przełomu lat 70./80. i wydane po latach pierwsze demo). A ile faktycznie poprawię, to już inna sprawa.

      Przez ostatnie pół roku gitary prawie nie miałem w rękach, a jak już coś grałem, to nic bardziej skomplikowanego, niż linie basu z "A Love Supreme" i "Bitches Brew".

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.