9 lipca 2012

[Recenzje] Iron Maiden - "No Prayer for the Dying" (1990)



Choć album "Seventh Son of a Seventh Son" okazał się wielkim sukcesem, coś w zespole zaczęło się psuć. Najpierw zdecydował się odejść Adrian Smith, którego znudziło granie heavy metalu. Identyczny pomysł tkwił także w głowie Bruce'a Dickinsona, który miał nieco inną wizję muzyki, niż pozostali muzycy. Na razie skończyło się tylko na nagraniu czegoś poza zespołem - solowego debiutu "Tattooed Millionaire" (wydanego na początku 1990 roku) - ale był to wyraźny krok w stronę odejścia z Iron Maiden, co zresztą nastąpiło kilka lat później. A skoro już mowa o "Tattooed Millionaire", warto zauważyć, że to właśnie z muzyków biorących udział w nagraniu tego longplaya, wybrany został nowy gitarzysta Iron Maiden - mający polskie korzenie Janick Gers (wcześniej członek m.in. White Spirit i Gillan).

Nagrany w tym okresie "No Prayer for the Dying" przynosi także parę muzycznych zmian. Brzmienie stało się bardziej surowe, naturalne, a same kompozycje - bardziej zwarte (większość z nich trwa około czterech minut, dwie około pięciu). Zmienił się nawet głos Dickinsona, który stał się trochę niższy i zachrypnięty. O ile te zmiany wyszły nawet na dobre, to same kompozycje niestety nie są wysokich lotów. Często są zwyczajnie miałkie i szablonowe, żeby wspomnieć tylko o bezbarwnym otwieraczu "Tailgunner", inspirowanym pudel metalem "Hooks in You", czy największym singlowym przeboju grupy, dość żałosnym "Bring Your Daughter to the Slaughter". Niepotrzebnym patosem razi natomiast finałowy "Mother Russia". Jako tako bronią się natomiast melodyjne "Holy Smoke", "Public Enema Number One", "Fates Warning" i "Run Silent Run Deep", a zwłaszcza balladowy "No Prayer for the Dying". Daleko im jednak do najlepszych momentów poprzednich albumów.

Okładka reedycji z 1998 roku i okładka wydania Picture Disc.

"No Prayer for the Dying" jest ewidentną oznaką kryzysu, jaki dotknął grupę przez odejście Smitha i coraz mniejsze zaangażowanie Dickinsona. Z drugiej strony, samo odświeżenie brzmienia było dobrym pomysłem i nieco poprawia odbiór tego albumu.

Ocena: 5/10



Iron Maiden - "No Prayer for the Dying" (1990)

1. Tailgunner; 2. Holy Smoke; 3. No Prayer for the Dying; 4. Public Enema Number One; 5. Fates Warning; 6. The Assassin; 7. Run Silent Run Deep; 8. Hooks in You; 9. Bring Your Daughter to the Slaughter; 10. Mother Russia

Skład: Bruce Dickinson - wokal; Dave Murray - gitara; Janick Gers - gitara; Steve Harris - bass; Nicko McBrain - perkusja
Gościnnie: Michael Kenney - instr. klawiszowe
Producent: Martin Birch


3 komentarze:

  1. Ja od tej płyty rozpocząłem poznawać twórczość zespołu i metalu w ogóle i... nie żałuję.

    OdpowiedzUsuń
  2. Absolutnie nie zgodzę się z Pawłem w temacie Bring Your Daughter to the Slaughter. Na pewno nie jest to załosny kawałek. Moim zdaniem świetnie wprowadza trochę luzu i jajcarskiego rock'n rolla. Rewelacyjnie wypadał na koncertach w 92 roku z wokalnymi popisami Bruce'a co pokazuje płyta koncertowa z tej trasy. Nie rozumiem dlaczego Paweł tak bardzo nie lubi przebojowych kawałków o prostrzej strukturze. Druga sprawa to wokal Dickinsona. Nie uważam że jest on wymęczony i niechlujny. Natomiat ewidentnie jest bardziej surowy. Pojawiła się charakterystyczna chrypka i moim zdaniem super to brzmi. Ten głos od tego czasu znacznie zmężniał i nie był już taki "operowy" jak wcześniej. Na pewno nie jest to spowodowane że mu się nie chciało. Po tylu latach śpiewania głos się zmienia i można to obserwowac u wielu rockowych krzykaczy. Dickinson z pewnością należy do tych wokalistów których glos swoją szczytową formę przybrał po kilku latach śpiewania. Moim zdaniem początkiem najlepszej formy Bruce'a były właśnie lata 90. Wracając do płyty to faktycznie jest to jeden z najsłabszych albumów grupy.

    OdpowiedzUsuń
  3. Niezła płyta, co najmniej 5 utworów darzę sympatią... Chociaż wiadomo, nie ukrywajmy, jest to obok FOTD jedna z najsłabszych płyt z Dickinsonem na wokalu jeśli chodzi o jego pierwszy okres bytności w zespole. Poprzednia płyta - SSOASS była absolutnie genialna, unikatowa w ich dyskografii jeśli chodzi o poziom kompozycji, klimat.. Tu mamy wyraźny spadek formy, być może morale, a przy okazji powrót do korzeni. Skończyły się czasy monumentalnych koncertów z gigantycznym Eddiem w roli scenografii. Ograniczono formę do minimum, także (w pewnym stopniu) jeśli chodzi o muzykę. Z tego krążka lubię żywiołowego i chwytliwego Tailgunnera, luzackie, rockandrollowe, opatrzone zabawnym klipem "Holy Smoke", tytułową pół balladę, nawiązujące do amerykańskiego, komercyjnego hard rocka "Hooks in You" (ten refren!) i "Bring Your Daughter to the Slaughter", ukłon w stronę horrorów klasy B Wink . Reszta nie do końca mnie przekonuje (choć fajne momenty też się znajdą w pozostałych kawałkach). Jest trochę brudu, trochę rockandrolla, trochę NWOBHM, trochę Ameryki i mamy po raz pierwszy tak "chropawo" śpiewającego Bruce'a. Wbrew pozorom, sporo ten krążek łączy z jego następcą FOTD, który jest jednakże dużo przystępniej brzmiący dla przypadkowego odbiorcy.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.